Z łatką nieodpowiedzialnego

Z łatką nieodpowiedzialnego

Witkacy i Gombrowicz, mimo że nieczytani, złożyli się na fenomen polskości.

– mówi Piotr Szulkin

– Pana najnowszy film, „Król Ubu” na motywach twórczości Alfreda Jarry’ego, będzie miał niebawem premierę na festiwalu filmowym w Gdyni. Przez dziesięć lat mówił pan, że chce zrobić „Króla Ubu”, dlaczego tak długo pan zwlekał?
– Nie zwlekałem. Moje chęci nie miały tu nic do rzeczy. Brak woli politycznej lub, jak kto woli, wola boska…
– Musi więc być wola polityczna, żeby powstał film?
– Oczywiście. Wola polityczna jest warunkiem zaistnienia takich czy innych gestów władzy, tworzeniem atmosfery życia społecznego. Nasze państwo w zakresie wizji tego, czym ma być świadomość współczesnego Polaka, jego byt kulturalny nie wykazuje specjalnej wyobraźni. W związku z czym jesteśmy, jacy jesteśmy. Ogródki piwne zdobyczą naszej wolności. Z jednej strony, politycy wychowują nas, z drugiej strony, my wychowujemy polityków. Jeżeli chcemy mieć kulturę telenoweli, to za tym stoją zarówno polityczna wola decydentów, żeby tak było, jak i nasze przyzwolenie.
– Wszystko pan widzi przez pryzmat polityki?
– Wszystko jest polityką. Nieraz moi studenci składają deklarację: „Ja nie będę się zajmował polityką”. Przecież to deklaracja może naiwna, ale sensu stricto polityczna. Polityka jest rozmową społeczeństwa z samym sobą.
– „Król Ubu” jest taką rozmową? O naszej współczesności?
– Mam nadzieję, że jego przesłanie tak zostanie odczytane. To film o władzy, o pazerności władzy, o bezczelności władzy i bezwładzie społeczeństwa
– Ale władzy totalitarnej.
– To jak z rybą troszeczkę nieświeżą. Każda władza jest „troszeczkę” totalitarna. Miarą sprawności władz jest jej totalitaryzm. Miarą kultury władzy jest, by był to totalitaryzm w ramach umiarkowanej demokracji. (Nie hipokryzji, lecz demokracji). Właśnie przeczytałem w gazecie o niekaranym dotąd chłopaku, który za przerobienie szkolnej legitymacji dostał sankcję na trzymiesięczny areszt śledczy, z czego przesiedział już dwa. Niech pani zapyta go o jego poglądy na temat totalitaryzmu. Niech pani spyta o to samo ludzi, którzy go na ten areszt skazali.
– Wygląda na to, że będzie pan teraz robił kino polityczne. W zasadzie już pan robi…
– Prawie wszystkie moje filmy były postrzegane jako polityczne. Ja je uważałem często za takie dziwne komedie, może socjologizujące eseje… Filmów politycznych „wprost” nigdy robiłem, nie interesuje mnie polityka, jako zbiór doraźnych kopniaków. To jakby nie mój temperament. Uogólnienie, metafora… temu jestem bliższy. Myślę, że wyrażam w nich nie tylko mój stosunek do świata, lecz także, pośrednio, zwierzam się z siebie samego.
– Mówiono o panu: lewicowiec. Uważa się pan za lewicowca?
– Serce zawsze się ma po lewej stronie. Lecz czy można pretendować do miana lewicowca gdy, zna się jedynie dwóch lewicowców? Jednym jest pan hrabia Aleksander Małachowski, drugim Lionel Jospin. Zresztą obie te postacie są postaciami klęski. Nie ich osobistej klęski, lecz społeczeństw, w których żyją. Odejście Jospina od polityki jest tragedią nie tylko Francji, ale i Europy. Zepchnięcie Małachowskiego na margines jest wyrazem naszego kołtuństwa.
– Nie chciał pan sam zostać politykiem, tak jak wielu pana kolegów artystów?
– Do głowy mi to nie przyszło. Zawsze mnie traktowano jako człowieka nieodpowiedzialnego. I chyba dobrze. Mam kłopoty zawieraniem kompromisów. Choć może z wiekiem przychodzi to łatwiej.
– Wygodnie panu z tym żyć?
– Strasznie niewygodnie, ale nie potrafię być inny.
– A próbował pan? Walczył z tą bezkompromisowością?
– Próbowałem walczyć bezkompromisowo. I przegrywałem bezkompromisowo.
– Odkąd dziesięć lat temu zrobił pan „Feminę”, zaginął o panu słuch. Co się z panem działo?
– To nieprawda. Przez te dziesięć lat zrobiłem chyba z siedem realizacji. „Tango”, „Czapa”, Kariera Arturo Ui”, „Mięso” to nie jest takie nic. Uczę w łódzkiej szkole filmowej, trochę siedziałem we Francji, bo to jest taka moja mała druga ojczyzna z Kartezjuszem i Rewolucją na sztandarach niesionych przez strasznych burżujów. Natomiast jest we mnie wielki ból, że nie udało mi się zrobić więcej, że nie udało mi się zrobić rzeczy istotniejszych.
– Nakręcił pan jakiś film we Francji?
– We Francji je się żabie udka we fryturze, Francja jest moją macochą. Moim krajem jest Polska. I tu jest mój punkt odniesienia. I tu jest miejsce, bym mówił do ludzi. Mimo że czasami tak bardzo ich nie lubię. Francuzów i Polaków po równo.
– Dziesięć lat bez zrobienia filmu kinowego to długo przerwa.
– Pani znowu swoje. Tak, długa. Bardzo długa. Przerwa, która boli. Przerwa, która nie wynikła z mojej bezczynności. Pewnie mógłbym robić filmy, których bym się wstydził. Ale to by było bez sensu, szkoda by było marki, znaku, który swoimi produkcjami stworzyłem. A to łatwo zniszczyć. Sprawa kręgosłupa. Chyba warto było poczekać na „Króla Ubu”. Choć to czekanie było cierniste.
– Podobno zrobiony za prywatne pieniądze.
– Tak, ten film jest zrobiony poza systemem, wyłącznie przez firmę Euro-Film pani Iwony Cichowskiej. Otrzymaliśmy także „pakietowe” wsparcie od Agencji Produkcji Filmowej. Abstrahując od różnicy wysokości nakładów, poszliśmy ścieżką filmu „Edi”. To jest mój szósty film kinowy. Poza tym zrobiłem sporo filmów i teatrów dla telewizji. Lubiłem krótki metraż, gdy jeszcze istniał. Razem będzie tego ponad 30 produkcji. I mam nadzieję, że gdyby je puścić dzisiaj wszystkie razem, chyba nie wstydziłbym się ani za ich formę, ani za ich treść. To dosyć istotne dla mnie. Lecz jakkolwiek by liczyć, najbardziej pamięta się te realizacje, które nie doszły do skutku – choćby „Szewcy” Witkacego dla Teatru TV.
– Wybiera pan trudny repertuar. Trudną formę, bo ponoć Polacy nie bardzo rozumieją groteskę.
– A skąd! Przecież lubimy Mrożka. Mimo że nie czytani, Witkacy i Gombrowicz niejako przez nieświadomą osmozę złożyli się na fenomen polskości.
– Uważa pan, że współczesną Polskę najlepiej wyrazić w grotesce?
– Gombrowicz powiedział, że napisał „Operetkę”, by najpełniej wyrazić świat jemu współczesny. Świat, jako gigantyczna operetka, nieco szmirowata, z łuszczącą się charakteryzacją. Tak, on miał rację. Ogródki piwne, pieczone żeberka, telenowela, magazyny dla kobiet. To atrybuty naszej nowej operetki, którą wszyscy tworzymy. Nie jesteśmy ani gorsi, ani lepsi od innych narodów. Oprócz tego, że chcemy wypić całe piwo naraz i zjeść wszystkie żeberka. Stąd brakuje miejsca na moich „Szewców”. Brakuje rozmowy. Rządzących z rządzonymi. Rządzonych z rządzonymi. Wygląda, jakby jedni tylko byli sprytni i dogadali się między sobą – to nasza polska mutacja oligarchów. Nieco bezkształtni, ale skuteczni. Reszta to wieża Babel. Nie pomieszanie, lecz utrata języków. Jedynym radiem, które mówi, rozmawia ze słuchaczem, jest Radio Maryja. Czy nie można stworzyć jednej stacji radiowej z retransmisjami wykładów profesorów Szyszkowskiej, Janion, Garlickiego, Tazbira, a także profesora Giertycha seniora? W Polsce jest tylu ciekawych ludzi, pozwólmy im mówić, pozwólmy nam słuchać. Myślę rzecz jasna o polskim odpowiedniku stacji France Culture, gdzie istnieje tylko słowo.
– Mówi się nam, że media wychodzą naprzeciw zapotrzebowaniu społeczeństwa.
– To dajmy każdemu po beczce piwa, talony na bezpłatną pizzę, obłóżmy go prasą… no właśnie, jaką prasą? Z panienkami na okładkach. I puśćmy MTV. To nie jest kultura, to nie jest Europa, to nawet nie jest Polska. To tylko nasze zagubienie w demokracji i wolności. I jest prawdą, że w takim zagubieniu moi „Szewcy” nie są być może potrzebni. Lecz bez tych „Szewców” nie wygrzebiemy się z tego chocholego tańca. O tym jest także mój „Król Ubu”.
– A jaka jest w tej chwili ta nasza demokracja, pana zdaniem?
– Nie może być naszą wymówką, że jesteśmy głupi i mali, więc nie potrafimy sobie poradzić. Taka będzie nasza demokracja, jak ją sobie urządzimy. Zachowujemy się dosyć prymitywnie, tak rządzeni, jak i rządzący. Stary, ostry podział na społeczeństwo i na władzę kwitnie. Władza jest nowa, społeczeństwo jest nowe, ale został syndrom władzy będącej emanacją wiedzy wyższej, tajemnej. Możemy zmienić polityków, możemy zmienić partie polityczne, które nami rządzą, ale nie zmieni to mechanizmu rządzenia, bo tak się utarło. A raczej myśmy tak utarli. Myśmy stworzyli system, że zmiana barw politycznych niczego nie zmienia.
– Mówi pan nietypowe rzeczy. Widać, że jest pan idealistą, to dziś rzadkość. Co ukształtowało pana światopogląd?
– Po pierwsze książki, z którymi żyłem od najwcześniejszego dzieciństwa. Po drugie ’68 rok, ale w tej chwili ’68 rok przestaje się liczyć. Moje pokolenie ’68 wzięło tyle zakrętów, że już nie bardzo wiadomo, czy się przyznawać do tego ’68 roku…
– Wierzy pan, że współczesny reżyser może kształtować rzeczywistość?
– Wiem, że mogę przenieść ziarnko piasku. Jeśli moi koledzy też przeniosą po ziarnku piasku, powstanie mała kupka piasku. A z niej może powstać mała górka. A to już nowa rzeczywistość.
Chciałbym przenieść moje ziarnko piasku. Może pani nazwać to zdziecinniałym patriotyzmem. Lecz moja rodzina była i wywożona, i emigrowana. Napatrzyłem się na to z bliska na tyle, by zrozumieć, jaki jest powód mego tkwienia tutaj. Tu jestem najsilniejszy i tu mogę przenieść najwięcej ziarnek piasku.
– Nie rozumiem: to czuje się pan tu dobrze czy źle?
– Ja tu bardzo cierpię… A to jest obowiązkiem każdego Polaka. Czy ma przedstawić życiorysy Wielkich Polaków, którzy cierpieli na równi ze mną?
– Po „Feminie”, która zdenerwowała część krytyków, posypały się złośliwe uwagi o tym filmie, niby że jest antyreligijny i antyklerykalny, i o panu, że jest pan prowokatorem, enfant terrible. Pan – enfant terrible? Dlaczego?
– Bo zawsze mnie tak nazywano. Może to prawda.
– Ale co to ma wspólnego z enfant terrible? Taki Rimbaud to był enfant terrible, ale pan? Spokojny, zrównoważony…
– Kiedy widzę czarne, mówię czarne, a kiedy widzę białe, mówię białe. Bardzo zazdroszczę tym, którzy mówią w obu przypadkach – szare. Zaś co do prowokacji… To jeden ze środków wyrazu. Prowokacja wręcz bywa obowiązkiem, zwłaszcza gdy chodzi o sprowokowanie do myślenia, choćby o tym, kim jesteśmy. Bez niej nie dowiemy się, kim jesteśmy. Czasami człowiekiem trzeba potrząsnąć, żeby się obudził.

 

Pior Szulkin – reżyser filmowy i teatralny; wyreżyserował m.in. filmy: „Golem”, „Wojna światów”, „O-bi, o-ba. Koniec cywilizacji”, „Ga-ga. Chwała bohaterom” (których był także autorem scenariuszy), „Mięso”, „Femina” oraz spektakle dla teatru TV: „Tango” Mrożka, „Pępowinę” Krystyny Kofty, „Karierę Artura Ui” Jarry’ego.

 

 

Wydanie: 38/2003

Kategorie: Kultura
Tagi: Ewa Likowska

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy