Lekcja arabskiego

Lekcja arabskiego

Język arabski stracił status oficjalnego języka Państwa Izrael. Tysiące Izraelczyków protestują

Kiedy na początku lipca premier Benjamin Netanjahu opublikował propozycję kolejnej ustawy zasadniczej Izraela, nie przypuszczał, że rozpęta burzę. Izraelczycy wyszli na ulicę, by protestować przeciwko polityce władz.

Ustawa zasadnicza ma imitować konstytucję, która w zasadzie do tej pory nie została uchwalona. Oprócz kwestii flagi i hymnu narodowego, a także stwierdzeń, że Państwo Izrael, wraz z Jerozolimą, należy do narodu żydowskiego pod względem kulturowym i historycznym, pojawił się w niej kontrowersyjny zapis dotyczący języka arabskiego. Na mocy tej ustawy traci on status jednego z oficjalnych języków w Izraelu.

Niecałe dwa tygodnie później, stosunkiem głosów 62:55, uchwalono w Izraelu tzw. prawo narodowe. – To ważna chwila w historii państwa. Na stałe uchwaliliśmy prawo dotyczące naszego języka, hymnu oraz flagi. Obiecaliśmy, że Państwo Izrael będzie istnieć jako państwo narodu żydowskiego. Niech żyje Izrael! – powiedział po głosowaniu premier Netanjahu.

W mediach społecznościowych natychmiast rozlała się fala krytyki. Nitzan Horowitz, poseł do Knesetu w latach 2009-2015, napisał: „Cały dzień tylko wrzaski i krzyki o flagi (…) i ceremonie. Czym, do jasnej cholery, zajmuje się ta władza? To, co dziś się wydarzyło, w żadnym stopniu nie dotyka prawdziwych ludzkich zmartwień. To tylko prowokowanie kłótni i sporów. Nie do tego potrzebny jest nam rząd. Na tym tle lepiej wypada żłobek mojej bratanicy”. Na jego post odpowiedział izraelski dyplomata Alon Pinkas, doradca Ehuda Baraka i Szimona Peresa: „W żłobku przynajmniej istnieją prawa i podstawowe kody moralne”.

Głos zabrali także zwykli obywatele, głównie w sieci. „Podziękowania dla szanownego pana premiera. Dzięki tobie po 70 latach wreszcie wiemy, jak nazywa się nasze państwo, jaki jest nasz język, hymn itd. Co byśmy bez ciebie zrobili?”, pisze Ori. Ostrzej zareagowała Rivka Weiland „o lewackiej duszy”: „Niszczyciel demokratycznego państwa. Tak zostaniesz zapamiętany”. Jednak chyba najsmutniejsze jest pytanie Telhamiego Fayeza, prawdopodobnie arabskiego obywatela Izraela: „Panie Premierze. Jestem chrześcijaninem. Co mam powiedzieć mojemu synowi, który służył w armii przez 22 lata?”.

Przecież Izrael to nie tylko Żydzi. To też Beduini, druzowie i tzw. izraelscy Arabowie. Wszyscy oni są, przynajmniej w teorii, pełnoprawnymi obywatelami państwa. Odbywają służbę wojskową, płacą podatki, głosują w wyborach, a nawet tworzą partie polityczne. Świetnie mówią po hebrajsku, lecz ich głównym językiem często pozostaje arabski.

W obronie druzów 2 sierpnia stanął Saar Pen, który na Twitterze napisał: „Żyd czy druz – to nie ma żadnego znaczenia. Wszyscy jesteśmy braćmi i razem żyjemy w Państwie Izrael. Wszyscy jesteśmy ludźmi”. Dwa dni później przytoczył wypowiedź jednego z bliskich współpracowników Netanjahu: „Kości zostały rzucone. Nie wolno zmieniać ani jednego słowa w Prawie Narodowym. Jeżeli komuś nie pasuje, niech pamięta, że w Syrii istnieje duża społeczność druzów. Tam możecie utworzyć swoje państwo”. „Kto jest takim idiotą, by w ten sposób zwracać się do druzów, którzy wysyłają dzieci, by walczyły po stronie Żydów i poświęcały swoje życie za Izrael?! Przysięgam, że zrobię wszystko, by usunąć ten chory rząd. Wstydźcie się! Netanjahu jest dla mnie skończony”, skomentował wzburzony Saar.

30 sierpnia Izraelczycy zaprotestowali przeciwko wykluczeniu języka arabskiego z grupy oficjalnych języków Izraela, zbierając się na placu w pobliżu Teatru Narodowego w Tel Awiwie, by uczestniczyć w „największej na świecie lekcji języka arabskiego”. Wydarzenie miało pokazać, że arabski nie zniknie z przestrzeni publicznej. „Oto adekwatna odpowiedź na to rasistowskie prawo”, zachęcał do udziału bloger i aktywista Edan Ring. Corey Gil-Shuster, od wielu lat zaangażowany w próby budowania pokoju między Żydami i Arabami, na FB zamieścił zdjęcia, na których widać na placu tłumy z transparentami i w koszulkach z napisem „Mówię po arabsku”.

Społeczeństwa izraelskiego nie można postrzegać zero-jedynkowo. Sprowadzanie go do miana okupantów będzie obrazą dla tych, którzy protestują przeciwko łamaniu podstawowych praw mniejszości.

Fot. AFP/East News

Wydanie: 37/2018

Kategorie: Świat

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy