Lekowy rozbój

Lekowy rozbój

Dlaczego mamy najdroższe recepty w Europie?

W ciągu ostatnich 12 lat wydatki przeciętnego Polaka na leki wzrosły trzykrotnie. Za receptę płacimy półtora raza więcej niż Francuzi, Grecy czy Włosi. Wśród 25 państw poszerzonej Unii mamy najdroższe (po Łotwie) leki. Ceny niektórych popularnych preparatów są u nas wyższe niż w bogatszych krajach Unii. Co czwarty pacjent nie wykupuje recepty.
Jesteśmy zaskoczeni ceną leku. Sądzimy, że gdy jest on na liście leków refundowanych, powinien być tani. A nie jest, bo refundacja dotyczy tylko ceny do pewnego limitu. Powyżej płacimy ze swojej kieszeni. Płacimy dużo, bo urzędnicy resortu zdrowia mówią, że państwa nie stać na większe dopłaty. Szkoda, że nie korzystają z innej możliwości – negocjowania cen z koncernami. Byłoby to także cenne w przypadku leków nierefundowanych, gdy cały koszt ponosi pacjent.

Gigantyczne lobby kontra pacjent

W polityce lekowej królują bałagan, skomplikowana refundacja, brak standardów leczenia. Kwitną zmowy cenowe, korupcja, czarny PR. Około 30. tys. zł ma kosztować materiał dziennikarski, w którym specjaliści (utytułowani) powiedzą, że produkt konkurencji przyspiesza zejście, a nie wyzdrowienie. Określoną cenę ma również głowa ministra zdrowia.
Wszelkie próby uregulowania systemu powodują natychmiastowe reakcje – firmy farmaceutyczne zapowiadają, że chorzy umrą, bo nie mają dostępu do drogich, czyli najlepszych leków, a w ogóle to oni przestają inwestować w tak wrogim państwie jak Polska. Jeśli jakiś koncern jest zagrożony, że np. jego lek nie wejdzie na listę leków refundowanych, ambasador macierzystego państwa chętnie przyjmie polskiego ministra zdrowia. W celu perswazji.
Z kolei lekarze mówią, że chcą leczyć najlepiej, czyli też drogo. I bez żadnej kontroli, bo chodzi o życie ludzi. Przy okazji rozbrajająco twierdzą, że o nowych metodach wiedzą tyle, ile im powie rep, czyli przedstawiciel medyczny firmy. Ich 10-tysięczna rzesza jeździ po Polsce, wkręca się w kolejkę pacjentów i uczy lekarzy jednego – że ich lek jest najlepszy. Pozostają po nich zegary, notesy i długopisy.
– Promocja na granicy uczciwości – ocenia onkolog, prof. Jacek Jassem z gdańskiej AM. – Trudno jest oddzielić plewy od ziarna, gdy ma się przed oczami tylko ulotkę reklamową – dodaje.
– Żyjemy w kraju demokratycznym i naciski zawsze będą – tak sytuację podsumowuje wiceminister zdrowia Rafał Niżankowski.
Źródłem wiedzy o lekach są też kongresy, a tam stoiska i prelekcje osób związanych z koncernami. Nie ma edukacji obiektywnej, opłacanej przez państwo. Która firma dopcha się do lekarza, ta ma go na własność. Szczególnie cenieni są dziś lekarze rodzinni. W Polsce bowiem obowiązuje system, w którym każdy lekarz może zapisać wszystko. Nie jest tak jak w innych krajach, że po szczególny lek, np. onkologiczny, trzeba się udać do specjalisty.
Wszelkim regulacjom opierają się także aptekarze i hurtownicy, którzy żyją z obrotów i marży.
W niejasnym systemie kwitną nadużycia. Wszyscy za to zachowują się, jak ogniwa łańcuszka św. Antoniego – przerwiesz jedno, a słono zapłacisz. Tak oto funkcjonuje w Polsce gigantyczne lobby, swoista mafia. Łańcuszek św. Antoniego kontra państwo i pacjent.
Całość nadzorują zmieniający się ekspresowo ministrowie zdrowia i szefowie trzymającego nasze składki (30 mld zł) NFZ, z których dopiero ostatni prezes, Jerzy Miller, robi wrażenie dobrego, choć skąpego finansisty.
Ulubionym zajęciem wszystkich zainteresowanych jest szukanie winnego, oczywiście najlepiej w przeszłości. Do tego celu idealnie nadaje się były minister Mariusz Łapiński. Ale rzucanie go w kółko na pożarcie przestało zadowalać pacjentów, którym trudno uwierzyć, że ciągle winny jest ktoś, kto nie rządzi służbą zdrowia od dwóch lat i kto jako pierwszy tupnął na koncerny farmaceutyczne, tak że obniżyły ceny niektórych preparatów.
Próby oszczędzania znalazły się także w działaniach ministra Sikorskiego. Ale była to tylko kosmetyka. Na razie wszystko obraca się w sferze dobrych chęci.

Koperta za refundację

Czego skutecznie broni gigantyczne lobby? Koncernom zależy, by lek umieścić na liście leków refundowanych, ale dla wszystkich uczestników lobby ważne jest, by lista ta była bardzo długa i skomplikowana. Dlatego w Polsce refunduje się dawki podane w miligramach lub mililitrach, gdy tymczasem np. w Anglii obowiązuje prosta zasada – 1 funt dopłaty do każdego opakowania. Na liście obok tanich preparatów jest wiele identycznych, drogich, do których zdezorientowany pacjent musi dopłacić z własnej kieszeni. I o to chodzi.
Jak to zmienić? Pomysł ekspertów, by lek trafiał na listę w drodze przetargu, nie zachwyca prof. Kazimierza Roszkowskiego, dyrektora Instytutu Gruźlicy i Chorób Płuc. Uważa, że przetargi źle się kojarzą. Ale jego zdaniem, potrzebne jest uregulowanie, takie jak w każdej sferze życia publicznego, gdzie możliwe są nadużycia i drenaż publicznego grosza. Mirosław Blachowski, dyrektor medyczny zachodniopomorskiego NFZ, uważa, że przetarg powinien zamykać się w grupie leków o tym samym składzie. Na listę wchodziłby tylko najtańszy. W ten sposób udałoby się połączyć skuteczność z ceną. Inna propozycja to wpisywanie na listę nie nazw handlowych, kojarzonych z firmą, lecz nazw chemicznych.
Ale na razie lista i ceny są tak zagmatwane, że sam lekarz w nich się gubi i często nie wie, który preparat jest najtańszy. Jednocześnie, przy tak rozbuchanej liście, od sześciu lat nie wpisano na nią żadnego leku innowacyjnego.
Dotychczas działania koncernów farmaceutycznych układających sobie listy leków refundowanych są dla nich korzystne. – Czy były koperty? – tak na konferencji Polskiego Towarzystwa Onkologii Klinicznej zastanawiał się dr Grzegorz Luboiński z Centrum Onkologii, który na drzwiach swojego gabinetu powiesił odstraszające repy hasło: „Handel obwoźny zabroniony”. – Wszystko jest w półmroku, nie do udowodnienia – ocenia dr Luboiński i dodaje, że jeśli budżet firmy farmaceutycznej przekracza budżet Polski, to nietrudno kupić każdego.
Na ostatnim zjeździe lekarzy rodzinnych w Międzyzdrojach każdy lekarz, który tylko podszedł do stoiska pewnej firmy i wziął ulotkę, w nagrodę dostawał „kielicha”, jak to określił przedstawiciel oddziału NFZ. – Przekroczono kolejną granicę – mówi urzędnik, który do tej pory sądził, że dolną granicą etyki jest wręczanie złotych piór.
Normą jest też, że na zjeździe towarzystwa medycznego najpierw wita się firmy, które go sponsorowały, potem dopiero szanownych doktorów.
Na razie koncerny, zwane w USA Big Pharma, nie narzekają. Wartość polskiego rynku w 2003 r. to 2,5 mld euro. O 13% więcej niż rok wcześniej.

Precz z kontrolą recept

Kolejną sprawą, której lobby broni skutecznie, jest brak kontroli nad receptami. W tej biedzie w niektórych przypadkach leczymy drożej niż najbogatsi. Prof. Roszkowski podaje przykład POCHP, przewlekłej obturacyjnej choroby płuc. W Polsce co drugi pacjent jest leczony droższymi aerozolami wziewnymi o przedłużonym działaniu, w USA tylko 8%. Oczywiście, droższe preparaty są bardziej komfortowe dla pacjenta, ale leczą tak samo jak tanie. Czy nas stać na luksus?
Na insulinę Polska wydaje dwa razy więcej niż Wielka Brytania. Każdy chory na cukrzycę chce mieć najwygodniejszą strzykawkę, tymczasem w USA ma ją tylko kilka procent. Czy nas stać?
– Receptę łatwo wypisać, lekarz nie ponosi żadnej odpowiedzialności. To tylko kilkadziesiąt sekund, a koszty poniesie budżet państwa – mówi prof. Jacek Jassem i dodaje, że takie niekontrolowane decyzje zabijają proces myślenia. Lekarz nie musi się zastanawiać, czy koszt metody ma związek ze skutecznością.
Anglicy mówią, że recepta to takie specyficzne zaproszenie na lunch. – Lekarz zaprasza pacjenta, a płaci budżet. Gdyby była kontrola, płatnik mógłby zapytać lekarza, dlaczego tak drogo leczy, dlaczego stosuje leki z górnej półki – mówi prof. Kazimierz Roszkowski i opowiada: – W Anglii, która ma bardzo dobry system kontroli, mój kolega lekarz był przerażony, gdy zapytano go, dlaczego tak gwałtownie wzrosły koszty leczenia. Musiał się tłumaczyć.
W Polsce lekarz rządzi receptą, jak chce. Nadal częste jest wpisywanie hasła „nie zmieniać”. Oznacza to, że aptekarz nie może zaproponować tańszego zamiennika.
– Dlaczego w leczeniu raka prostaty zajmujemy ostatnie miejsce? – pyta prof. Jassem. – Bo za leczenie wzięli się urolodzy, choć wiadomo, że najskuteczniejsza jest chirurgia. Tymczasem pacjent dostaje drogie i nieskuteczne zastrzyki z hormonami. U onkologa ląduje w fatalnym stanie, choć by mu pomóc, wydano już ogromne sumy.
– Dla firm farmaceutycznych niezwykle korzystne jest to, że w Polsce stażysta może zapisać to samo co profesor – mówi Mirosław Blachowski z NFZ. – Okulista może zapisać najdroższe leki stosowane w psychiatrii czy okulistyce.
To dlatego rifampicyna, jeden z najcenniejszych leków przeciwgruźliczych, jest stosowana jako antybiotyk.
Takich możliwości koncerny będą bronić jak niepodległości.
Dlatego wszelkie próby zmiany kończą się fiaskiem. W 1995 r. pojawiła się koncepcja RUM, czyli rejestru usług medycznych. Jest to system informatyczny służący do zbierania, przetwarzania oraz analizowania danych o usługach medycznych udzielonych pacjentowi. Dzięki temu NFZ „widziałby”, co zapisują lekarze.
Lobby nie może do tego dopuścić.

Inwalida wpadnie w łapance

Pomysł na okiełznanie lekarzy miał Mirosław Blachowski. Przed kilkoma laty, jeszcze za czasów kas chorych, postanowił wprowadzić receptariusze, czyli spisy zalecanych tańszych leków. Lekarz, który poddał się tej dyscyplinie, otrzymywał 18 zł za jednego pacjenta.
I zaczęło się. Blachowskiemu zarzucono zamach na decyzje lekarzy, ograniczenie dostępności do leków. Lekarze obrazili się, że chce się im narzucić sposób leczenia. Były doniesienia do prokuratury. Padło słowo eutanazja. I udało się. – Stałem się trędowaty – wspomina Blachowski. Wytrwał 2,5 roku. W jego kasie chorych działo się coraz lepiej, bo zaoszczędzone na lekach pieniądze przeznaczano na inne świadczenia. Jednak kazano mu się wycofać.
Szczęśliwie dla lobby łańcuszek nie został przerwany. Inne kasy, które też chciały wprowadzić receptariusz, szybko się wycofały.
Dziś izby lekarskie, które wtedy go wyklęły, piszą, że trzeba odkurzyć ten pomysł. Prof. Jassem, choć ma zastrzeżenia do receptariuszy, zdecydowałby się na nie, bo każde rozwiązanie jest lepsze od żadnego.
Na razie oddziały NFZ radzą sobie z kontrolą, jak potrafią i chcą. Duże sukcesy mają właśnie w woj. zachodniopomorskim. To tam od czterech lat recepty są kodowane. – Dzięki temu mamy rozkręcone trzy śledztwa w sprawie fałszowania recept – mówi Mirosław Blachowski – ale jako lekarz wstydzę się za kolegów. To tak jakby użyli pieczątek zamiast łomów.
Śląski oddział NFZ też ma precyzyjny system rejestracji wypisywanych recept. Wiedzą, komu recepta została wypisana, jaka apteka ją realizowała i kto ją wypisał. Dzięki „Startowi” złapano kilka tygodni temu dwoje chirurgów, którzy wypisali bezpłatne recepty na 138 tys. zł. Już na pierwszy rzut oka można było podejrzewać, że kombatantom nie są niezbędne leki na bezpłodność. Ciekawym przypadkiem był też inwalida z Gorzowa Wlkp., który jako uprawniony otrzymał bezpłatnie 879 tabletek viagry, wartych 170 tys. zł.
Inny sposób to wypisywanie recept pacjentom, którzy nic o tym nie wiedzą. Jak dotąd wpadki oszustów są w wynikiem donosu, ślepej kontroli i obławy. Nie ma to nic wspólnego z systemem kontroli, działającym bezwzględnie i non stop. Ale historie tych, którzy wpadli, są tylko sygnałem, jakie przekręty dzieją się w lekach. Wierzchołek góry lodowej to np. sprawa siedmiu lekarzy z Nowej Huty, którzy wyłudzili z NFZ 250 tys. zł, a także kontrola aż 50 tys. recept w Mińsku Mazowieckim, gdy okazało się, że na wielu są wypisane środki psychotropowe dla osób, które nie powinny być nimi leczone.
Z szacunkowych danych NFZ wynika, że pod hasłem „inwalida wojenny” otrzymuje bezpłatne leki 300 tys. osób rocznie, co pochłania 8% budżetu funduszu. Eksperci oceniają, że na nieistniejące potrzeby inwalidów z budżetu wycieka co najmniej 700 mln zł rocznie.
Rozrzutność panuje także w szpitalach, które kilka lat temu wydawały na leki 11% przychodów. Teraz już około 20%. Dyrektorzy bronią się, że wzrost cen leków powinien się przekładać na podnoszenie wysokości kontraktów, a tak nie jest. Eksperci mówią, że w szpitalach szasta się lekami.

Pacjent weźmie na kredyt

Na dole tej drabiny uwikłanych w lekowy interes stoją pacjenci. I nie wykupują recept. Ci w małych miasteczkach lub zasiedziałych dzielnicach czasem mają lepiej, bo dostaną na kredyt. Apteki w Łodzi, Bełchatowie, Łęczycy, wszędzie te same scenki: – Prosiłam lekarza o tańszy lek, a on mi zapisał za 50 zł. – Poproszę tylko jedno opakowanie. – Poproszę „na kreskę”.
Krystyna Ćwiek z łódzkiej apteki świetnie zna swoich klientów. Nauczyli się prosić o tańsze leki, ale nie zawsze ich słowa docierają do lekarza. Potem stoją z receptą i medytują. Wykupią leki na nadciśnienie i krążeniowe. Przeciwbólowe? Poproszą najtańsze, antybiotyki też. Reszty nie wykupią. O witaminach bez recepty nie ma mowy, chyba że dla dziecka. – Czasami sprzedaję na kredyt – mówi Aleksandra Wolf z Łęczycy. – Ale tylko wtedy, gdy znam klientów i wiem, że zapłacą. Lepiej, żeby zażywali leki, bo jeśli trafią do szpitala, ich leczenie będzie nas wszystkich jeszcze drożej kosztowało.
Mądrze powiedziane, szkoda, że wiedza aptekarki z Łęczycy nie jest popularna w Ministerstwie Zdrowia.

Czy Balicki zdąży?

Ale niesprawiedliwe byłoby stwierdzenie, że nie ma pomysłów na obniżenie wydatków na leki, które nie uderzałoby w pacjenta. Powstał raport „Gospodarka lekowa” opracowany pod kierunkiem prof. Witolda Orłowskiego ze Szkoły Biznesu Politechniki Warszawskiej. – Proponujemy kody paskowe na receptach i dopłaty tylko do najtańszego leku – mówi dr Tomasz Hermanowski, współautor raportu. – By zapobiec oszustwom, proponujemy stworzyć system skoordynowanej opieki farmaceutycznej (SFO). Przy wpisywaniu recepty do kodu kreskowego zostałyby wprowadzone dane pacjenta i lekarza. Aptekarz wczytuje je i przesyła do centrali. Tam sprawdzi się, czy taki lekarz istnieje, czy pacjent żyje i ile takich leków ostatnio mu zapisano. System pokaże także, czy chory jest leczony drogo, czy tanio, czy nie jest mu zapisywany piąty miesiąc preparat, którego zażywanie nie powinno trwać krócej niż miesiąc.
– Wejście na listę leków refundowanych byłoby możliwe tylko dzięki udziałowi w przetargu – dodaje dr Hermanowski.
Taki system działa już w krajach skandynawskich, także w USA. Według dr. Hermanowskiego, stworzenie go kosztowałoby w Polsce 100 mln zł. Ale już po roku oszczędności winny wynieść 1,7 mld. – Można by te pieniądze przeznaczyć na wdrożenie ustawy o ratownictwie – marzy Mirosław Blachowski ze szczecińskiego NFZ. – A może przeznaczono by je na skrócenie kolejki szczególnie na operacje ratujące życie?
Raport powstał w czerwcu. I co? – I nic – odpowiada dr Hermanowski. – Dostarczyliśmy go także ministrowi Balickiemu, ale odpowiedzią jest milczenie.
Są opracowania, lecz są też indywidualności. Należy do nich dr Tadeusz Szuba, szef zespołu Ekonomiki Polskiego Towarzystwa Farmaceutycznego, który od lat tropi paranoję w cenach polskich leków. Pisze petycje, ale nie jest słuchany, podobnie jak eksperci Szkoły Biznesu Politechniki Warszawskiej. Niedawno dr Szuba odkrył, że jeden z leków na serce – bardzo drogie prestarium – jest tak ukochany przez polskich lekarzy, że mamy największą w świecie jego sprzedaż. W tak biednym kraju! I co? Wszyscy się zmartwili, ale łańcuszek św. Antoniego szybko się zacieśnił. I w niekontrolowanym systemie preparat nadal jest nagminnie zapisywany.
W piśmie „Aptekarz” dr Szuba pilnie śledzi nieprawidłowości. Przy chorobie wrzodowej aż 13 firm proponuje ten sam omeprazol pod różnymi nazwami handlowymi. Lekarze bardzo często zapisują najdroższy. Często też stosowane są statyny obniżające poziom cholesterolu. Są różne ich rodzaje, nie ma żadnych dowodów potwierdzających, że jedna jest lepsza od drugiej. Podobny przykład to diklofenak, lek powszechnie stosowany w bólach stawów. Na liście leków refundowanych jest kilkanaście preparatów. Lekarze zapisują najdroższy, a pacjent płaci to, co jest powyżej limitu.
A jakie są plany rządu? W dokumencie dotyczącym „działań ministra zdrowia od 2 maja 2004 r.” jest króciutki rozdział „Gospodarka lekami”, a w nim informacja, że resort do marca 2005 r. przygotuje ustawę porządkującą rynek leków. Obszerniejszy dokument to „Gospodarka lekowa 2004-2008”, a w niej powrót receptariuszy.
Minister Balicki zapowiada, że tak zmieni refundację leków, by zmniejszyć współpłacenie pacjentów. Ceny leków będą regulowane jednym rozporządzeniem, a nie kilkoma jak dotychczas. Ma być taniej i przejrzyściej. – Cena generyku, który wskoczy na listę, musi być o 10% niższa od najtańszego leku już refundowanego w tej grupie – zapowiada min. Balicki, który chce też stworzyć Agencję Oceny Technologii Medycznych. Byłby to także organ kontroli.
– Potrzebna jest odwaga ludzi, którzy powiedzą, na co nas stać w leczeniu. Ale będzie to lista przejrzysta i w ramach solidaryzmu dostępna dla wszystkich – mówi prof. Jacek Jassem.
Konieczny byłby też mocniejszy głos towarzystw i organizacji medycznych. Jaskółką jest apel dr Janusza Medera, szefa Polskiej Unii Onkologii. To on bezwzględnie domaga się, by lekarze innych specjalności nie mogli zapisywać leków onkologicznych. Są one wykorzystywane w dziwacznych terapiach, nienormalnych dawkach, wbrew zaleceniom onkologów. – Prowadzi to do ponoszenia przez budżet nieuzasadnionych kosztów oraz pogorszenia wyników leczenia – mówi dr Meder.
Czy Markowi Balickiemu uda się rozerwać łańcuszek św. Antoniego, zmowę koncernów, lekarzy, hurtowników i aptekarzy? Czy utonie w mafii? Czy przegra tak jak Hillary Clinton, która nie zdołała naruszyć amerykańskiego systemu ochrony zdrowia?
Także premier Belka zapowiedział sprawdzenie systemu wydawania leków, bo to jest, jak powiedział, bomba finansowa każdego systemu usług medycznych.
Obyśmy się nie stali ofiarami jej wybuchu.


Abecadło pacjenta
* Lek innowacyjny to lek po raz pierwszy dopuszczony do sprzedaży i zawierający nową substancję leczniczą. Na jej stworzenie potrzeba około 10 lat, a koszt opracowania i przebadania wynosi około 250 mln euro.
* Lek generyczny to lek odtwórczy, tańszy odpowiednik leku innowacyjnego, wytwarzany po wygaśnięciu patentu. Zawiera tę samą substancję, co lek oryginalny. By zarejestrować generyk, trzeba wykazać równowartość farmaceutyczną (ta sama ilość i jakość środka leczniczego w podobnej postaci leku) i równoważność biologiczną, co oznacza te same efekty terapeutyczne.


Odpłatność
* Za leki bez recepty – pełna cena.
* Za leki podstawowe, ratujące życie oraz niezbędne w terapii – symboliczne 3,2 zł. Na to leczenie zrzucamy się my wszyscy w ramach solidaryzmu.
* Za leki uzupełniające, stosowane wraz z podstawowymi – 30 lub 50% ceny.
* Inwalidzi wojenni (recepta oznaczona Rp) otrzymują leki bezpłatne.


Czy lekarz wypisując receptę, rozmawia o cenie i możliwości zamiany na tańszy lek?
47,3% – nigdy
16% – czasami
11,3% – bardzo rzadko
9,7% – często
7,9% – nie pamiętam takiej sytuacji
7,8% – zawsze
Źródło: Polski Związek Pracodawców Przemysłu Farmaceutycznego 2004


Ile pieniędzy z budżetu pochłania refundacja leków? (w mld zł)
1999 – 3
2000 – 3,8
2001 – 4,4
2002 – 5,4
2003 – 6,1
Źródło: Ministerstwo Zdrowia


Lekarzu, czy godzisz się na receptariusz?
Tak – 216
Nie – 417
Nie mam zdania – 62
Głosy z internetowej sondy portalu Esculap. Niektóre, te negatywne, były opatrzone komentarzami w rodzaju: „Czy jest moralne narzucanie mi terapii?”, „Ale ich pogięło, ubezwłasnowolnić lekarza w procesie terapii”, „To może wpłynąć na wysokość łapówek, które biorę”, „Receptariusz jest niepotrzebny, bo to ograniczy dostęp do prezentów od firm”.
Czarny humor? Żarty? Ziarno prawdy?


Zablokowani przez koncerny
Doc. Wiesław Szelejewski, dyrektor Instytutu Farmaceutycznego

– Czy ceny leków innowacyjnych muszą być tak wysokie?
– Ceny tych leków są niezwykle wysokie. Ale w Polsce dochodzi do sytuacji skandalicznych. Sto kapsułek leku onkologicznego glivec kosztuje 12,5 tys. zł, a do tego podrożał on w tym roku, co jest zupełnie nieuzasadnione. Argument producenta był taki, że skoro jesteśmy w Unii Europejskiej, ceny muszą być zrównane. Tymczasem w moim instytucie w ostatnich dniach wytworzyliśmy substancję do tego leku i mogę zaproponować cenę dwukrotnie niższą. Niestety, nie można go wytwarzać, bo producent ma wyłączność danych klinicznych. Jestem zablokowany do roku 2011.
– No to część pacjentów nie doczeka taniego, polskiego odpowiednika.
– Tak, oni pewnie nie dożyją. Nieszczęście polega na tym, że nasi negocjatorzy traktatu akcesyjnego mimo pełnej wiedzy na temat skutku takiego posunięcia przedłużyli okres wyłączności z trzech lat do dziesięciu. I tak długo trzeba czekać z produkcją generyku. To zostało zrobione pod naciskiem firm zachodnich. Nasi się ugięli.
– Dlaczego ceny leków nierefundowanych, innowacyjnych są nam tak bezwzględnie narzucane przez firmy?
– Polskie firmy są pod kontrolą resortu finansów i każda podwyżka wymaga akceptacji ministerstwa, natomiast eksporter leku do Polski takiego zobowiązania nie ma i stąd bierze się następne głupkowate zjawisko, że import leków rośnie szybciej niż produkcja krajowa. Tylko 34% wartości rynku stanowią leki produkowane w kraju i jest to tendencja spadkowa.
Z technicznego i ekonomicznego punktu widzenia tak duży import nie ma sensu. Powinno się importować leki, które są produkowane w krótkich seriach, gdy lokalna produkcja jest nieopłacalna albo tam, gdzie jest licencja niemożliwa i producent nie prowadzi w Polsce żadnej działalności. Ale to nie powinno być więcej niż 30%. Czyli import leków jest w Polsce dwukrotnie za duży.
– Ale w cenie leku, co jest zdumiewające, największy udział ma reklama.
– To prawda. Struktura ceny jest taka – cena substancji i wytworzenia leku nie przekracza 10%-15% ceny fabrycznej, na badania przeznacza się od 5% do 15%, na marketing zaś – od 30% do 40%. Ale jeżeli ktoś tego nie zrobi, w ogóle nie sprzeda leku. Będzie miał tani lek, ale go nie sprzeda. W Polsce mamy do czynienia z marketingiem leków dopiero od 15 lat. I to zachodnie koncerny narzuciły polskim firmom tak szaloną promocję.
Poza tym uważam, że te tzw. nowości farmaceutyczne są zbyt intensywnie reklamowane. Wcale nie było tak źle z tymi starszymi lekami i takiej różnicy nie ma. Psychiatria, tu bym się zgodził, nowość oznacza większą skuteczność, natomiast w chorobach krążenia, układu nerwowego jest wiele starszych bardzo dobrych leków, więc po co wprowadzać nowe, które są 10 razy droższe. To jest jakaś egzotyka.
– Czy głosy ekspertów, takich jak pan nie są wysłuchiwane?
– Wszystkie rządy były po kolei aroganckie w stosunku do ekspertów. Nigdy ich nie słuchano, a zły początek dał premier Mazowiecki, który przyjął przedstawicielkę rządu amerykańskiego i w pięć dni podpisał nowe regulacji w zakresie ochrony własności intelektualnej, nie licząc się ze skutkami, które do dzisiaj ponosimy.
– W tej sytuacji płacimy dramatycznie dużo za wykupienie recepty.
– Odpłatność polskiego pacjenta należy do najwyższych w rozwiniętych krajach. Ale przyczyną jest niewydolność budżetu, który nie jest w stanie wydusić z siebie pieniędzy. W rozwiniętych krajach świata konsumpcja leków na jednego mieszkańca wynosi 400 dol., w Polsce 70. No to gdzie my jesteśmy?
– Dziwny absurd. Nie stać nas na wykupienie leków, a jednocześnie zajmujemy drugie miejsce w Europie, po Francji, w ich spożyciu.
– To błędne przekonanie. Pokazuje się tylko liczbę opakowań i porównuje nas z Francuzami. Czym innym jest pożeranie ogromnych ilości witaminy C, czym innym zużycie leku na schizofrenię. Trzeba patrzeć, co się sprzedaje i jaką to ma wartość terapeutyczną. Moja teza jest odwrotna – konsumpcja leków w Polsce jest zbyt mała.
– Jakie są sposoby, by i państwo, i pacjenci mniej wydawali na leki?
– Monitorowanie i sterowanie. Kiedy tego nie ma, powszechna jest praktyka zmów cenowych, z którymi organy powołane sobie nie radzą.
Ważne byłoby też kształcenie lekarzy, którzy na razie uczą się tylko na zjazdach sponsorowanych przez firmy. I to jest tendencyjna nauka. A dlaczego się tego nie robi z punktu widzenia ministra zdrowia? Są branżowe instytuty, np. instytut kardiologii powinien prowadzić szkolenia w sprawie kardiologii.
Jednak trzeba zacząć od tego, żeby na listach leków refundowanych promować leki generyczne i wprowadzić sztywne limity cenowe. To jedyna droga do powstrzymania inwazji drogich leków. Firmy innowacyjne mogą udzielać licencji, ale tego z reguły nie robią. Tak więc musimy promować krajowe generyki. Polska jest biednym krajem i na drogie leczenie długo nas nie będzie stać.
– Kto powinien się kłócić z firmami o ceny?
– W bogatej Ameryce ceny są negocjowane z ubezpieczycielami. I potrafią tam zbić ceny dwu-, a nawet trzykrotnie W Polsce mógłby to robić ZUS.
– A kupowanie lekarzy, płacenie im za to, by sprzyjali producentowi. Czy Polska jest szczególnie złym wyjątkiem?
– To jest plaga na całym świecie. Ostatnio byłem w Grecji, gdzie obowiązuje oficjalna stawka za receptę – 1 euro. Tyle lekarz bierze za przepisanie konkretnego specyfiku. Wszystkie koncerny płacą, a jak nie, to nie sprzedają leku.
– W jakich dziedzinach jest największa konkurencja i najwięcej firma może zarobić?
– W onkologii jest to szczególnie nabrzmiały problem. Istnieje kilka wariantów terapeutycznych, zaledwie 30 leków, z tym niektóre są konkurencyjne. W zależności od tego, która firma się przebije, jest lansowany ten, a nie inny preparat. Leki onkologiczne są niezwykle drogie i to będzie się utrzymywać. Czasem ich wartość okazuje się problematyczna, bo mówi się, że preparat wydłuża życie o trzy miesiące, a kosztuje kilkanaście tysięcy dolarów drożej niż ten starszej generacji. Za to największym rynkiem jest kardiologia. Są tam leki, które stanowią znaczący postęp i są takie, które są me-too, pseudonowościami (z angielskiego „ja też”, czym określa się leki bardzo podobne do leku innowacyjnego, drogie, ale tylko udające nowość – przyp. red.). Po co mi pseudonowość, która będzie kosztować dwa razy tyle? Ale w tej sytuacji przydatność musi zbadać niezależny ekspert. Tyle że o takich trudno, bo w Polsce opinion leader, ktoś z kim środowisko się liczy, jest powiązany jak nie z tą firmą, to z inną. Jeśli potrafi się przebić ze swoją opinią, jest na celowniku firm farmaceutycznych. Chcą mieć go na własność.

 

Wydanie: 45/2004

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy