Dlaczego taka decyzja?

Dlaczego taka decyzja?

Mateusz Morawiecki, bankowiec i milioner, to dla działaczy PiS obca osoba

Temat „rekonstrukcji rządu” do debaty publicznej wrzucony został dwa-trzy miesiące temu. Początkowo w PiS tłumaczono to koniecznością podsumowania dwóch lat pracy rządu, no i wymiany najsłabszych ogniw. W kuluarach rozpuszczano informacje, że wymiana będzie niewielka. Rząd jest popularny, więc dotknie ona dwóch-trzech ministrów.

Potem pojawiła się informacja, że „rekonstrukcja” będzie faktyczną wymianą premiera, a fotel szefa rządu obejmie Jarosław Kaczyński. Że jest na ten ruch zdecydowany.

Kolejne przecieki przyniosły zmianę. Prezes się waha, chyba jednak szefem rządu nie będzie – donosiły ulokowane w PiS wiewiórki. Czyżby czarne chmury wiszące nad głową Beaty Szydło miał rozwiać wiatr?

Niektórzy tak wnioskowali, patrząc na wielki show zorganizowany z okazji dwulecia rządu. Beata Szydło była jego główną bohaterką, zachwytom nad nią nie było końca. Jarosław Kaczyński ją chwalił, nazywał premierem niemal idealnym.

Ale przynajmniej od tygodnia było już wiadomo, że jej szanse na pozostanie w „małym pałacu” maleją z godziny na godzinę. Jarosław Kaczyński przedstawił Mateusza Morawieckiego jako kandydata na premiera i podczas kolejnych spotkań z szefami struktur PiS przekonywał do tej kandydatury. Przekonał.

7 grudnia, gdy w Sejmie trwała debata nad zgłoszonym przez PO wotum nieufności wobec Beaty Szydło, pani premier w towarzystwie Jarosława Kaczyńskiego i marszałka Sejmu Marka Kuchcińskiego była w Pałacu Prezydenckim u Andrzeja Dudy. Rozmawiano o scenariuszach na najbliższe dni.

Parę godzin później Sejm odrzucił wniosek PO, zostawiając Szydło na stanowisku. Posłowie PiS klaskali, a Jarosław Kaczyński wręczył jej wielki bukiet róż. Zupełnie bez sensu, bo i on, i ona wiedzieli, że za parę godzin zostanie ogłoszone jej odejście. I że na premiera wyznaczony zostanie jej zastępca, Mateusz Morawiecki.

Tyle historii jednej z najdziwniejszych dymisji w polskiej polityce. O co więc tu chodzi? Czego dymisja Szydło nas nauczyła? Dlaczego przyjęła ona swój los tak pokornie? Czy próbowała walczyć?

Przyczyny dymisji

W zasadzie nie pojawiła się do tej pory dobra odpowiedź na pytanie, dlaczego Beata Szydło musiała zrezygnować. Te powody jej dymisji, które są wymieniane, brzmią miałko. W PiS najczęściej mówiono, że nie dawała sobie rady w godzeniu interesów różnych partyjnych frakcji. Ale przecież nie taka była jej rola, więc trudno obarczać ją za to winą. System, który zbudował Kaczyński, polegał na tym, że Beata Szydło panowała tylko nad częścią, i to mniej ważną, rządu. Absolutnie autonomiczni wobec niej byli Antoni Macierewicz, Zbigniew Ziobro, Mariusz Błaszczak, Mariusz Kamiński, Jarosław Gowin i Mateusz Morawiecki. Niewiele też mogła powiedzieć ministrom Jurgielowi czy Szyszce. Jej premierowanie ograniczało się do koordynowania pracy ministrów i do reprezentowania.

Nie ona sprawowała w Polsce realną władzę, ta była w rękach PPR, czyli Prezesa Partii Rządzącej, Jarosława Kaczyńskiego. To on rozsądzał spory między ministrami i narzucał kierunki działania, bieżące administrowanie zostawiając Beacie Szydło. Dlaczego mu się to znudziło? I dlaczego przez dwa miesiące ją „grillował”, raz puszczając w świat informację, że ją odwoła, innym razem – że ją zostawi? Po co to upokarzanie?

Na te dwa ostatnie pytania odpowiedź chyba jest prosta. Kaczyński odwołał Szydło, upokarzając ją, bo tak ma. Tak traktuje swoich współpracowników, którymi szybko się nudzi. W ten sposób potraktował swego czasu Kazimierza Marcinkiewicza, podobnie traktował Andrzeja Dudę, o współpracownikach mniejszego formatu nie wspominając. A dlaczego trwało to tak długo? Może dlatego, że ta zmiana to wewnątrzpisowskie trzęsienie ziemi, nowe rozdanie. Wymagało więc nowych ustaleń. Z kim?

Duda czy Dudaczewski?

Co najmniej trzy ośrodki były tu ważne.

Pierwszy – zdecydowanie najsłabszy, ale od niego zacznijmy – to prezydent Andrzej Duda. Lipcowe weta wyniosły go do samodzielnej pozycji. O tym, że gra swoje, mogliśmy się przekonać, obserwując Jarosława Kaczyńskiego pielgrzymującego do Belwederu na rozmowy z Dudą. Czy rozmawiali tylko o ustawach sądowych? A może tematem rozmów był też kształt przyszłego rządu? Tego nie wiemy. Choć wiemy na pewno, że Andrzej Duda jest w głębokim konflikcie z Antonim Macierewiczem, zażądał jego odwołania. Zapowiedział równocześnie, że w przypadku sformowania nowego rządu nie podpisze nominacji Macierewicza na stanowisko ministra obrony.

Te przecieki z Pałacu Prezydenckiego pośrednio potwierdza reakcja ludzi związanych z Macierewiczem. On sam początkowo wybrał taktykę ugody, zapowiadając, że kontrwywiad wojskowy umorzy postępowanie sprawdzające gen. Jarosława Kraszewskiego, dyrektora Departamentu Zwierzchnictwa nad Siłami Zbrojnymi w prezydenckim Biurze Bezpieczeństwa Narodowego. I że nowa struktura dowodzenia wojskiem będzie bliska poglądom ośrodka prezydenckiego.

Macierewicz wykonał też ukłon w stronę Jarosława Kaczyńskiego – ogłaszając, że na wiosnę przedstawi raport dotyczący katastrofy smoleńskiej i udowodni w nim tezę o zamachu i winie Tuska. A potem przeszedł do kontrataku, eskalując oskarżenia wobec gen. Kraszewskiego i atakując gen. Piotra Pytla.

Z kolei sojusznicy Macierewicza ruszyli na wojnę i zaatakowali Dudę. Do mediów trafiły scenariusze odwołania prezydenta. A pretekstem do skrócenia kadencji miało być… złamanie przez prezydenta konstytucji.

Mamy też antydudową kanonadę w „Gazecie Polskiej”. Tytuł ten jest bliski Macierewiczowi, szef MON jest ojcem chrzestnym dziecka redaktora naczelnego „GP” Tomasza Sakiewicza. I tenże Sakiewicz w swoim tygodniku napisał otwartym tekstem: „Co do Macierewicza, to sprawa jest dla mnie prosta: jeżeli prezydent doprowadzi do jego dymisji, nie zagłosuję na Andrzeja Dudę w żadnych wyborach, nawet gdyby jego miejsce miał zająć Tusk. Widzę jeszcze dla niego drogę odwrotu i nie chodzi o to, czy ma szanse w wyborach prezydenckich, bo moim zdaniem nie ma już żadnych, ale o to, jak zapamiętają go ci, dzięki którym wygrał”.

Sekundował mu jego zastępca Piotr Lisiewicz, który w swojej rubryce „Zyziu na koniu Hyziu” stwierdził: „Jestem więc teraz najbardziej odpowiednią osobą, by ogłosić to, co widzą wszyscy – kogoś takiego, jak prezydent Duda już nie ma. Urzędem prezydenta rządzi hybryda, będąca połączeniem jakichś chorych odjazdów Dudy oraz lobby komunistycznych trepów z BBN. Odtąd hybryda owa będzie mieć w niniejszej rubryce nazwę »Dudaczewski«”.

Dodawał także: „Nie jest tajemnicą, że prezydent stara się zrobić wszystko, by doprowadzić do usunięcia Antoniego Macierewicza z rządu przy okazji nadchodzącej rekonstrukcji. Jako publicysta namawiałem Czytelników do głosowania na obecnego prezydenta i nie zamierzam teraz świecić przed nimi oczami, tylko reagować, gdy realizuje przeciwieństwo swojego programu”.

W ten sposób wojna Dudy z Macierewiczem przybrała formę wojny otwartej. Jaki będzie jej ciąg dalszy?

Teren ufa Szydło

Pewien wpływ na to ma drugi ośrodek, z którym Kaczyński musi się liczyć, czyli o. Rydzyk i jego Radio Maryja. Radio samo w sobie słuchalność ma niewielką, 2%. Ale kształtuje poglądy liderów opinii w parafiach, duchowieństwa, jest bastionem twardego elektoratu PiS. To do Torunia jeżdżą pisowscy politycy, by prezentować swoje poglądy. Do Torunia niedawno pielgrzymowali Antoni Macierewicz i Jan Szyszko. A w ostatnich godzinach swojego premierowania także Beata Szydło. Czy próbowała w ten sposób się bronić?

W wywiadzie dla Telewizji Trwam mówiła, że ufa prezesowi Kaczyńskiemu i jego decyzjom. Jednocześnie dodawała, że „wielokrotnie zwracała uwagę na to, żeby ten temat (rekonstrukcji rządu) został już zamknięty”. Dlatego że „szkodzi to Polsce, jak decyzje nie są podejmowane tak długo. Mam takie poczucie, wrażenie, że wszyscy chcieliby, żeby już tę kwestię zakończyć, bo faktycznie kolejne tygodnie uciekają”.

Dlaczego chciała sprawę swojego premierowania szybko zakończyć i naciskała na prezesa, by wreszcie się zdecydował? Gdyby oczekiwała decyzji, że ma odejść, sama mogła ją przyśpieszyć, składając rezygnację. Jednak tego nie robiła. Najwyraźniej więc liczyła, że ma szansę zostać. Dlaczego tak sądziła?

Ponieważ był jeszcze trzeci ośrodek, z którym Kaczyński musiał uzgodnić zmianę na stanowisku premiera, i tu szło mu najtrudniej. O ile z Dudą czy z Rydzykiem można było zawrzeć jakiś układ, coś za coś, tu było to niemożliwe. Chodzi o regionalnych liderów PiS, lokalnych działaczy, wśród których Beata Szydło cieszyła się (i wciąż się cieszy) dużym poparciem. Oni nie chcieli jej odejścia. A zwłaszcza zastąpienia jej przez Mateusza Morawieckiego, bankowca i milionera, dla działaczy PiS osoby obcej. Ludowa część PiS, przywiązana do 500+, do prostych przemówień Szydło – śmiesznych dla osób bardziej wykształconych, ale przecież trafiających pod strzechy – broniła Beaty.

Kaczyński musiał zatem użyć swojego autorytetu, by działaczy PiS do tej koncepcji przekonać. Na pewno jednym z argumentów było to, że odchodząca premier dostanie godną pozycję w nowym rządzie.

Czyli przydzieli ją Kaczyński. A co na to Mateusz Morawiecki? Także chce niedawną szefową widzieć w swoim rządzie? Jaką pozycję wypracował sobie u Kaczyńskiego na starcie? Jako czwarty, autonomiczny wobec niego ośrodek czy jako kolejna marionetka?

To ważne pytanie. Ostatnie miesiące pokazały bowiem, że wbrew temu, co piszą media, pozycja Kaczyńskiego w obozie władzy słabnie. Nikt nie kwestionuje jego starszeństwa, nikt nie podważa jego autorytetu, ale – jak widać – nie jest on w stanie zapobiec wojnom między różnymi koteriami. I chcąc przeprowadzić swoją wolę, musi się układać. Z Andrzejem Dudą, którego miesiącami ostentacyjnie lekceważył, z o. Rydzykiem, z Antonim Macierewiczem, ze Zbigniewem Ziobrą… Z grupami, których liderzy, jeden przez drugiego, zapewniają go, że to oni najwierniej mu służą i wypełniają jego wolę. A i tak robią swoje, a on nie potrafi wszystkiego kontrolować. Grają o kolejne części państwowego tortu, o wpływy, być może przygotowują się do walki o władzę po odejściu Kaczyńskiego. Bo lider PiS, co widać gołym okiem, nie wygląda najlepiej (68 lat…). A wszystkie plotki o tym, że jest słabego zdrowia, uwiarygodnił decyzją, że nie weźmie fotela premiera. Że odda go Morawieckiemu.

Jak wytłumaczyć, że Mateusz jest lepszy?

Tylko czy Mateusz Morawiecki sobie poradzi? Uspokoi wojny w PiS? Jego nominacja na pewno nie została przyjęta z zadowoleniem przez terenowych działaczy PiS. Świadczą o tym komentarze i posty zamieszczane w mediach społecznościowych. Pisowski lud poczuł się ograny. Nie zrozumiał, jak to możliwe, że o godz. 10 rano Beata Szydło jest przez Jarosława Kaczyńskiego broniona, wychwalana i otrzymuje od niego kwiaty, a o 10 wieczorem jest odwoływana. I że zastąpić ją ma człowiek de facto z zewnątrz, który do PiS przystał w roku 2016.

Trwa zatem w PiS wielka akcja, by wytłumaczyć wyborcom sens tego ruchu. Oto próbka takiego tłumaczenia, czyli fragment komunikatu Komitetu Politycznego PiS, który głosował nad dymisją Beaty Szydło: „Komitet Polityczny uważa, że w tym okresie – mimo wielkich trudności oraz pełnego determinacji przeciwdziałania ze strony wrogich idei dobrej zmiany sił wewnętrznych, jak i zewnętrznych – osiągnięte zostały wielkie sukcesy w kluczowych dla polskiego życia dziedzinach. Szczególną rolę w ich uzyskaniu odegrała Pani Premier Beata Szydło. Wykazała się Ona ogromną sprawnością polityczną, niezwykłym talentem medialnym, wyjątkową determinacją i odwagą, a także niezwykłą pracowitością”. Innymi słowy, była sprawna, utalentowana, odważna i pracowita, ale trzeba było ją wywalić.

Odejście Szydło tłumaczone jest też mądrością etapu (skąd my to znamy?). Beata Szydło miała pozyskać elektorat ludowy i to zadanie wykonała. A teraz przychodzi czas na zdobywanie elektoratu miejskiego i w tym dziele najlepiej może się spisać Morawiecki. Zna świat, języki obce, mówi w technokratycznym stylu, bliskie są mu problemy gospodarki. On ma być nowym otwarciem PiS i magnesem, który przyciągnie wyborców PO i Nowoczesnej. A przynajmniej ich część.

Drugie zadanie Morawieckiego polega na złagodzeniu stosunków z Europą. Beata Szydło jeździła do Brukseli i tam pokrzykiwała, nie może więc skutecznie bronić spraw Polski. Morawiecki ma inne notowania. Był przez Zachód zapraszany i traktowany jako jeden z niewielu poważnych polityków ekipy rządzącej. Traktowano go tak zwłaszcza w Niemczech. Tam pisało się o nim dobrze, zapraszało go, widać było wyraźnie, że w ekipie Szydło Morawiecki był dla Angeli Merkel osobą najważniejszą, że na niego stawiano. Ale czy to dobra rekomendacja dla obozu wyborców PiS? Z drugiej strony – czy to wystarczy, by odzyskać pozycję w Unii? Zwłaszcza w czasie układania kolejnego budżetu?

Czy sprawdzą się rachuby pisowskich spin doktorów, że elektorat ludowy tak czy inaczej przy PiS zostanie i teraz przyjdzie czas łowienia poparcia w wielkich miastach? Czy taka sztuczka może się udać? A przede wszystkim – jak Morawiecki ułoży sobie swój rząd i relacje z PiS?

Będzie chaos w PiS

Tego szybko się nie dowiemy, bo według scenariusza przekazanego mediom skład rządu Morawieckiego poznamy w styczniu. Teoretycznie ministrów powinno się powołać w ciągu 14 dni od desygnowania premiera, ale PiS najwyraźniej znalazło jakiś „myk”, który pozwala całą operację przeciągnąć. Najprawdopodobniej więc dopiero za kilka tygodni będziemy wiedzieli, czy Morawiecki jest premierem realizującym autorską wizję, czy takim samym zarządcą partyjnego stadka jak Beata Szydło.

A jakich jego decyzji możemy się spodziewać? Wiele w ostatnich miesiącach mówiono o konflikcie na linii Morawiecki-Ziobro. Rola tego drugiego może więc zostać bardzo zmarginalizowana. A może uda się nowemu premierowi wypchnąć go ze stanowiska ministra sprawiedliwości? To byłby chichot historii – Ziobro przygotował i przeforsował ustawy sądowe, ale z tej władzy korzystać będzie już ktoś inny. Mocno zapunktowałby tu Andrzej Duda, gdyby na stanowisko ministra sprawiedliwości udało mu się wepchnąć swojego kandydata. Tylko czy Morawiecki ma siłę pozbyć się Ziobry? Wątpliwe. W takim razie przyjdzie mu pracować z nieprzychylnym ministrem, kontrolującym prokuraturę i sądy i potrafiącym wysyłać przecieki do mediów.

A Macierewicz? Duda go nie chce. Morawieckiemu również łatwiej byłoby pracować bez niego. Czy zdecyduje się na nowego ministra obrony? I jak na takie ruchy zareaguje zaplecze PiS? Czy nie będzie to groziło dalszymi konfliktami wewnątrz rządzącej partii?

Odpowiedź na te pytania jest oczywista – zaplecze PiS woli Macierewicza niż Morawieckiego. Woli Ziobrę, Szydło itd. Morawiecki jest dla tych ludzi ciałem obcym, byłym doradcą Tuska, bankowcem, człowiekiem, któremu bliżej do Petru niż do przeciętnego działacza rządzącej partii. Mianowanie go premierem jest więc dla tych ludzi niezrozumiałe. A dla wielu z nich wręcz upokarzające. Jeżeli Morawiecki nie ułoży sobie szybko rządu i nie dogada się z najbardziej wpływowymi politykami obozu dobrej zmiany, czekać nas będą w najbliższych miesiącach pisowskie wojny wewnętrzne, awantury, przecieki.

PiS czeka zatem raczej zawierucha niż spokojna konsumpcja konfitur władzy. I tylko pozostaje pytanie, na które jeszcze nie znamy odpowiedzi – jakiej awantury i jakich kłopotów obawiał się Jarosław Kaczyński, że zdecydował się na ruch z wymianą premiera.

Wydanie: 50/2017

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy