Letnie rozkosze kinomana

Letnie rozkosze kinomana

Na co można, warto i koniecznie trzeba się wybrać do kina w czasie wakacji

Zwykło się mówić, że wakacje to trudny moment dla dystrybutora i dla widza, który lubi być na bieżąco. Prawda, ale nie do końca. Podczas gdy większość oper, teatrów i filharmonii kończy sezon, kina nie próżnują, chociaż też łapią oddech. Repertuar, owszem, jest zdecydowanie lżejszy, a i premier nie tak dużo jak w ciągu roku, jednak widzowie poszukujący ambitniejszych propozycji wcale nie są skazani jedynie na nadrabianie zaległości. W oczekiwaniu na jesienne mocne rozdanie, no i na premiery polskich filmów wyróżnionych w Gdyni, także z tej kanikułowej oferty można wyłuskać co najmniej kilka tytułów wartych uwagi, a przynajmniej obiecujących przyjemne spędzenie czasu.

WTOREK, PO ŚWIĘTACH
– Rozterki niewiernego męża

Na otwarcie wakacji jeden z najlepszych ostatnio filmów kinematografii rumuńskiej, robiącej światową karierę, ale nierozpieszczanej u nas. Kandydat do tegorocznych Oscarów, a przy okazji film, który, jak niesie plotka, zdobył niesamowitą popularność wśród publiczności nowojorskiej. Ten sukces z jednej strony zaskakuje, a z drugiej – łatwo go wytłumaczyć. Reżyser Radu Muntean nie szukał nie wiadomo gdzie, lecz sfilmował historię wybitnie życiową – małżeńską zdradę. Mężczyzna około czterdziestki, szczęśliwy i spełniony ojciec, o ustabilizowanej sytuacji zawodowej, zakochuje się w dwudziestoparolatce. Przez jakiś czas wiedzie podwójne życie, aż wreszcie przerywa ten wygodny stan i przyznaje się żonie do nowego uczucia. No i kogo taka fabuła zafascynuje (chyba że instruktażowo, jeśli jest w podobnej sytuacji)? Nie w temacie tu jednak siła, ale w sposobie jego pokazania. Najpierw dostatecznie długo poznajemy wszystkich bohaterów, żeby traktować ich jak dobrych znajomych i doskonale rozumieć – każdego. Właściwie to ich podglądamy, uczestniczymy w codziennych rytuałach intymności. Potem zaś następuje trzęsienie ziemi. Muntean nie ocenia, nie komentuje, nie wskazuje winnych ani niczego nie rozstrzyga. Po prostu z niebywałym wyczuciem i zmysłem obserwacji pokazuje życie. I ludzi, z którymi można się identyfikować. Takiego właśnie obyczajowego kina prawdziwego psychologicznie nam brakuje i taka kameralna zwyczajność może być pociągająca. Premiera 1 lipca.

LARRY CROWNE – UŚMIECH LOSU – I uśmiech Julii Roberts
Również na otwarcie coś lżejszego, z obsadą, która zazwyczaj zapewnia sukces, przynajmniej frekwencyjny, czyli Tomem Hanksem (który również wyreżyserował ten film) i Julią Roberts. W wielkim skrócie chodzi o to, że „życie w najmniej oczekiwanych momentach potrafi przynieść największe niespodzianki”. Tak to już jest z niespodziankami, prawda? Tu obiektem igraszek losu jest tytułowy Larry (Hanks), przeciętniak, który traci pracę i coś musi ze sobą zrobić. Uczy się więc jazdy na skuterze, no a przede wszystkim idzie na studia, w myśl zasady, że na naukę nigdy nie jest za późno. A gdzie jest Julia? Otóż właśnie tu – ma obłędny uśmiech, loki i jest nauczycielką retoryki. I teraz już bez niespodzianek – „coś” wisi w powietrzu. Postać Larry’ego duchowo jest chyba bliska Forrestowi Gumpowi. A i Julia była już inspirującą nauczycielką w „Uśmiechu Mony Lizy”. Na pewno będzie romantycznie, zabawnie i pokrzepiająco: trudy umacniają, a nowe szanse tylko czekają na nasz gorszy moment, żeby przypomnieć o swoim istnieniu. Premiera 1 lipca.

W LEPSZYM ŚWIECIE
– Tegoroczny Oscar

To się nazywa dystrybutorska odwaga – wprowadzać duński tytuł Susanne Bier uhonorowany Oscarem dla filmu nieanglojęzycznego i Złotym Globem w miesiącu mało kinowym. Tym bardziej należy docenić, bo to kino, które ani nie koi nerwów, ani nie wycisza, ale prowokuje do dyskusji – zwłaszcza nad werdyktem Amerykańskiej Akademii Filmowej, jeśli porównamy z konkurencją. Rozgrywająca się na dwóch kontynentach historia sięga do korzeni przemocy. Tam, gdzie dorośli nie dają sobie rady, do akcji wkraczają dzieci, które trochę zostawione same sobie i zawstydzone własnymi problemami, wymierzają sprawiedliwość po swojemu, takimi środkami, jakie mają. Wydarzenia w Danii i w Afryce skleja postać ojca jednego z chłopców, przy czym spoiwo to nie jest zbyt mocne i część afrykańska mocno kuleje. Wspólnym mianownikiem jest właśnie przemoc. Jednak obrazki z obozu dla uchodźców to emocjonalny szantaż na widzu i łopatologiczne uzasadnianie tezy o narodzinach i konsekwencjach zła. Amerykańscy akademicy kochają takie narracje – z pełnym rozmachem, z oczywistym dramatyzmem, mimo wszystko niewzbudzające kontrowersji (jak chociażby współnominowany „Kieł”). Widzom mogły już się przejeść. Premiera 8 lipca.

HARRY POTTER I INSYGNIA ŚMIERCI CZ. 2 – Czyli koniec pieśni
Wychodzi na to, że każda epoka ma swojego Harry’ego – był Brudny Harry, był Harry Angel, ale ostatnią dekadę zaanektował Harry czary-mary. Ba, jego imię padało nawet z ambon jako szerzyciela magii, okultyzmu i satanizmu wśród niewinnych dziecięcych duszyczek. Trzeźwiej myślący cieszyli się, że dzieciaki trudno odgonić od lektury, chyba jak nigdy dotąd. Bestsellerom książkowym J.K. Rowling towarzyszyły ekranizacje, a firmowali je tacy reżyserzy jak Chris Columbus, Alfonso Cuarón, Mike Newell, wreszcie David Yates, który zamyka orszak i który postawił kropkę nad i jak insygnia śmierci. To w ekranizacjach przy-
gód Harry’ego Pottera rozbłysły gwiazdy Daniela Radcliffe’a, Emmy Watson i Ruperta Grinta, którzy rośli i dojrzewali na oczach całego świata. Tak czy inaczej zjawisko potteromanii na trwałe wpisało się do popkultury. I jak to zwykle bywa, wielu nie czytało, nie widziało, ale słyszał każdy – i ma zdanie na ten temat. A kolejnego Harry’ego już chyba nie będzie. Pożegnanie 15 lipca.

DEBIUTANCI – O ojcu geju i psie, który wszystko rozumie
Historia tak fajna, że aż wydaje się nieprawdziwa, a oparta jest na autentycznych wydarzeniach z życia reżysera i scenarzysty Mike’a Millsa i jego ojca, który stał się pierwowzorem postaci Hala. Po śmierci żony 75-letni Hal (Christopher Plummer) przyznaje się synowi (Ewan McGregor), że jest gejem, i zaczyna nowe, ale to zupełnie nowe życie. Począwszy od garderoby, na towarzystwie i hobby skończywszy. I wreszcie jest naprawdę sobą, spełnia się w różnych dziedzinach, nawiązuje interesujące znajomości, włącza się w akcje społeczne i przeżywa wielką, bezwarunkową miłość. Po jego śmierci Oliver – nawiasem mówiąc, atrakcyjny, ale depresyjny nudziarz – usiłuje się odnaleźć w nowym związku z ekscentryczną Anną, często wracając do ostatnich lat z odmienionym ojcem. Oliverowi towarzyszy osierocony pies ojca, też smutny i melancholijny, do którego Oliver dużo mówi. Psina wytrwale słucha – i niekiedy odpowiada, przekaz zaś nie jest banalny („Powiedz jej, że jeśli nie nastąpi teraz coś spektakularnego, pochłonie nas mrok”). Dodajmy, że nie chodzi o rozrywkę w stylu „Komisarza Reksa”, ale o poszukiwanie szczęścia, cokolwiek ono dla każdego znaczy. Niesztampowa fabuła, którą zdecydowanie niesie Plummer. I pies. Premiera 15 lipca.

PARKING KRÓLÓW
– Foka dla freaka

Swego czasu o Islandii było głośno jako o kraju, którego polska siła robocza jeszcze nie zadeptała i w którym nadal można zarobić (w przeliczeniu na złotówki rysowało się to imponująco), głównie w przetwórniach ryb. W każdym razie, jeśli komuś z naszych by się nie powiodło przy patroszeniu, mógłby trafić na Parking Królów, będący prawdziwym domem całkiem zacnej liczby Islandczyków. Do tego domu wraca Junior (Gísli Örn Gararsson, resztę obsady stanowią członkowie grupy teatralnej Vesturport) w towarzystwie przyjaciela (niemiecki aktor Daniel Brühl). Wygląda to jak cmentarzysko przyczep kempingowych, a jest miejscem, gdzie znaleźli schronienie sami ekscentrycy, dziwacy, anonimowi samotnicy i inni niemieszczący się w standardach. Są więc bracia kierujący ruchem na drodze, którą mało kto jeździ. Jest matka Juniora nieruszająca się bez wypchanej foki, ojciec Juniora – były milioner, pozujący na rockmana Onni, nałogowa palaczka Sally i inni. A co człowiek to historia
Na fotelu reżyserskim usiadła Valdís Óskarsdóttir, ceniona montażystka, a przy tym filmie również scenarzystka, która, jak sama mówi, nakręciła historię „o kilku nieszczęśnikach, którzy utknęli w równie nieszczęsnym miejscu” (widocznie nie odkryli przeznaczenia w przetwórni). Fani kina Północy, jego specyficznego humoru i dystansu, powinni być zadowoleni. Premiera 22 lipca.

PALACZ ZWŁOK – Czeska klasyka zawsze w cenie
Jak to dobrze lubić swoją pracę, jak dobrze spełniać się w rutynowych czynnościach, zaprowadzać ład, higienę, swoistą estetykę… Karl Kopfrkingl (Rudolf Hrušínský), po godzinach zwykły Czech, z żoną, dziećmi i ładną łazienką, ma pracę niezwyczajną. Jest palaczem zwłok, a zajęciu temu oddaje się z podziwu godnym – użyjmy tego słowa – zapałem. Ten powoli przeradza się w obsesję wydajności i w szaleństwo. Rzecz dzieje się w 1938 r., a film na podstawie powieści czeskiego pisarza Ladislava Fuksa zrealizował w 1969 r. Juraj Herz. Wielowymiarowy i symboliczny tytuł trafia do innego już pokolenia widzów po ponad 40 latach. W edukacji filmowej to jedna z pozycji nie do pominięcia. Premiera 22 lipca.

MISJA KADROWEGO
– Wyprawa z trumną

Izraelska kombinacja (w koprodukcji z Rumunią, Francją i Niemcami) dramatu, thrillera i kina drogi opowiada o wyjątkowo antypatycznym kadrowym w jednej z największych piekarń w Jerozolimie, dla którego liczy się przede wszystkim praca. Kiedy w samobójczym ataku ginie Julia, pracownica piekarni, z pochodzenia Rumunka, firma zostaje oskarżona o niehumanitarne traktowanie zagranicznych pracowników. Zadaniem kadrowego będzie złagodzenie skandalu i przywrócenie piekarni dobrego imienia. W tym celu wyrusza z trumienną misją do Rumunii. Efekty, owszem, będą – przede wszystkim dla kadrowego. To specyficzna terapia mężczyzny, w której uczestniczą towarzysze podróży: izraelska konsul i jej mąż, nieznośny reporter oraz niepokorny nastoletni syn Julii. To dzięki nim kadrowy uczy się wyrażania emocji i pokory.
Eran Riklis nakręcił ten film na podstawie książki „Kobieta w Jerozolimie” Abrahama B. Jehoszuy. I opłaciło się, bo Izraelska Akademia Filmowa sypnęła nagrodami, m.in. za najlepszy film, najlepszy scenariusz (Noah Stollman) i dla najlepszego reżysera. A „Misja kadrowego” stanęła w oscarowe szranki – jak wiemy, bez powodzenia, ale to i tak wyróżnienie, na które polskie produkcje nie mają co liczyć. Premiera 5 sierpnia.

KRET – Polski akcent
Pokazywany w konkursie głównym festiwalu w Gdyni „Kret” jest debiutem fabularnym Rafaela Lewandowskiego, uznanego dokumentalisty (imponująca lista tytułów). Wystąpili w nim Borys Szyc, Wojciech Pszoniak, Magdalena Czerwińska, Bartłomiej Topa, Sławomir Orzechowski i Marian Dziędziel. Ten ostatni do licznych nagród po tegorocznej Gdyni dołożył jeszcze statuetkę za drugoplanową rolę męską. Akcja toczy się na Śląsku, dotyka kwestii rozliczeniowych i lustracyjnych, które rozwalają życie rodzinne i zawodowe bohaterów. Filmowi zarzuca się brak subtelności i emocji, które pulsowały w „Rysie” Michała Rosy. Niemniej jednak warto zobaczyć, co trafiło do ostrej głównej selekcji naszego najważniejszego festiwalu, zanim dystrybutorów znajdą tegoroczne krajowe objawienia. Premiera 5 sierpnia.

PASSIONE – Zobaczyć Neapol i zaśpiewać
I wreszcie coś dla miłośników dokumentu, czy raczej historii muzycznych w stylu „Życie jest muzyką” Fatiha Akina. Tamten film opowiadał o muzycznej scenie Stambułu. W „Passione” John Turturro, w charakterze reżysera i narratora, dzieli się fascynacją muzyką i pieśniarską tradycją Neapolu. Szczerze powiedziawszy, mógłby sobie te osobiste występy darować i oddać głos artystom, na szczęście monologuje umiarkowanie. A emocje wyśpiewują m.in. Misia, Lina Sastri, Mina, Peppe Barra, Pietra Montecorvino, Fausto Cigliano i inni, bardziej znani lokalnie. Ich repertuar to mieszanka kulturowo-historyczna i stylowa. Ale śpiewają też przypadkowi ludzie. O czym? Przede wszystkim o miłości. Nawet gdy ktoś nie zna języka, to
tęskne amore wyłapie. Kawałki dokumentalne przeplatane są zdjęciami archiwalnymi i inscenizowanymi. Powstaje wrażenie, że w Neapolu nie robi się nic innego, tylko śpiewa, wystarczy kawałek placyku i jakaś publiczność, choć to drugie niekoniecznie. Solidna dawka pasji i namiętności – bywa, że na granicy kiczu. Premiera 12 sierpnia.

Agata Gogołkiewicz

 

Wydanie: 26/2011

Kategorie: Kultura

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy