Lewicowy liberał

Lewicowy liberał

Nie da się mówić o PRL, nie znając dorobku Mieczysława Rakowskiego

Jeden człowiek, a tyle twarzy. Premier, wicemarszałek Sejmu, I sekretarz KC PZPR. A przede wszystkim – Redaktor. Przez duże R.
Na taki tytuł niewielu zasługuje. We Francji Hubert Beuve-Méry, założyciel „Le Monde”, przyjaciel gen. de Gaulle’a. W Niemczech – Rudolf Augstein, założyciel tygodnika „Der Spiegel”, przyjaciel Willy’ego Brandta. W Polsce – Jerzy Giedroyc, Jerzy Turowicz… W III RP – Adam Michnik.
I Rakowski, na którego „Polityce” wychowała się wielka część polskiej inteligencji. To on ją w dużym stopniu ukształtował, otwierał na Europę, oswajał z racjonalnym myśleniem, z debatą i razem z nią przechodził znamienną ewolucję – od wiary w lepszy świat, po wojnie, potem po Październiku, potem po Grudniu, do przekonania, że tzw. realny socjalizm trzeba zakończyć, że przegrał w skali historycznej.
Jeżeli dziś ktoś by chciał wyjaśniać takie, a nie inne reakcje na dane wydarzenie, zachowania inteligencji, to pomijając Rakowskiego i jego tygodnik, będzie skazany na niepowodzenie.
W krajach Układu Warszawskiego prasa była nudna i bura. Za to słuszna. Taka też miała być „Polityka”, zakładana na gruzach „Po prostu”. Tymczasem w ciągu kilku lat Rakowski zrobił z tego pisma najlepszy tygodnik na wschód od Łaby.
I potrafił go obronić. I rosnąć wraz z nim.
Gomułka urządzał awantury Rakowskiemu, pisał mu dymisję, ale ostatecznie odpuszczał. Gierek się z nim liczył i kokietował go. Jaruzelski zaprosił do swojego rządu.
Mimo że ciągnęła się za nim opinia „rewizjonisty”, że nie znosił go partyjny aparat i ambasada ZSRR.
Sukces Rakowskiego nie zawsze był widoczny. W lutym 1982 r. Andrzej Krzysztof Wróblewski, jego redakcyjny kolega, pisał do niego: „Kruchy dziś może się wydawać dorobek „Polityki”, bo nie wpoiliśmy naszym czytelnikom z żadnej strony barykady dosyć mądrości, żeby uniknąć tragicznej konfrontacji”.
Owszem, miał rację. Ale czy inne siły mogły wystawić sobie w tym czasie lepsze świadectwo?
Zasadniczo inną ocenę wystawił mu Aleksander Kwaśniewski, jeszcze w roku 1995, przed kampanią prezydencką, w książce „Nie lubię tracić czasu”: „Rakowski chciałby wyraźnie podkreślić swoje dokonania jako polityka, a nie to stanowi o jego naprawdę istotnej roli w życiu Polski. Największa rzecz, którą zrobił Rakowski, to było przez wiele lat kierowanie „Polityką”. Ten tygodnik był wyspą na tym całym morzu hamowania wymiany myśli, obiegu myśli i zamknięcia się w różnego rodzaju intelektualnych gettach. To było pismo, które wykazywało daleko idącą otwartość, zdrowy rozsądek, europejskość, technokratyzm, potrafiło wiele rzeczy nazywać po imieniu. Sądzę, że tamta „Polityka” ukształtowała w dużej mierze pokolenie, które dzisiaj tworzy nie tylko SdRP, ale także inne ugrupowania. Wychowywała w duchu racjonalnego myślenia o polityce. Była chyba głównym pismem, które czytaliśmy, które nas kształtowało”.

W co wierzył Rakowski?

Czyż można marzyć o lepszej laurce? Być wychowawcą pokoleń? Prezydenta? W dorosłe życie Rakowski wszedł, mając lat 18. W roku 1945. Chłopski syn, zaciągnął się do Wojska Polskiego, bo chciał pomścić zamordowanego przez Niemców ojca. W wojsku szybko awansował. Pierwszą gwiazdkę dostał, gdy jeszcze nie miał matury.
„Nie znałem marksizmu, gdy w 1946 r. wstąpiłem do Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej – pisał w latach 90. – Opowiedziałem się po stronie siły zapowiadającej budowę nowego ładu społecznego. Urzekła mnie idea sprawiedliwości społecznej, wizja ustroju, w którym ludzie żyjący z pracy swych rąk, nie będą musieli zginać karku przed obszarnikami i kapitalistami. (…) W latach, gdy powstawał nowy kształt Polski, nie byłem jedynym, którego urzekły wspomniane idee. Dziesiątki i setki tysięcy młodych chłopców i dziewcząt postąpiło podobnie jak ja. Co więcej. Były to lata, w których wiele najświatlejszych umysłów świata opowiedziało się jednoznacznie po stronie socjalizmu. Taki był duch owych czasów. Kto o tym zapomina, a, co gorsza, z pogardą odnosi się do tych, którzy uwierzyli w możliwość zbudowania lepszego świata, ten jest po prostu intelektualnym karłem, osobnikiem, który nie jest w stanie pojąć ani zrozumieć zawiłych dróg, po których kroczą kolejne pokolenia”.
Jeżeli wybór 18-letniego chłopca łatwo było wytłumaczyć, to późniejsze jego drogi dowodziły i siły intelektu, i siły charakteru, i siły… marzeń.
W swych „Dziennikach”, które są nie tylko kapitalnym dokumentem epoki, bez lektury których nie sposób zrozumieć PRL, ale podręcznikiem myślenia politycznego, pod datą 17 października 1961 r. pisał: „Z punktu ukształtowania mojej osobowości na pewno główną rolę odegrał przewrót październikowy oraz wszystko to, co po nim nastąpiło. Bardzo głęboko odbiły się na mnie przeżycia roku 1960. Była to duża próba charakteru, a jednocześnie chwila, która pogrzebała wiele moich złudzeń.
Ale a propos złudzeń. Czy przypadkiem jeszcze w nich nie tkwię? Oczywiście, że nie jestem już tym neofitą, którym byłem w latach 50. Dużo się nauczyłem, dużo zrozumiałem. To zjawisko naturalne. Co faktycznie pozostało? Wiara w ogólne wartości humanistyczne, w ideał świata Dobrego i Sprawiedliwego. Nie mam jednak zbyt wielkiej pewności, że taki świat jest możliwy do osiągnięcia w najbliższej, a nawet dalszej przyszłości. Nasze ideały są na pewno najlepsze z tych, jakie dotychczas świat znał. Ale czy jesteśmy w stanie je zrealizować? Bardzo wątpię.
Każda władza ma coś demoralizującego w sobie. Po 16 latach Polski Ludowej istnieją już u nas zjawiska negatywne, które spotkać można także w innych systemach. A więc kliczki, kliki, grupy, uprzedzenia itp. Niestety, trzeba się z nimi liczyć, uważać na nie, bo ten, kto chciałby być dzisiaj bezkompromisowy, rychło skończyłby bardzo źle”.
Oto wyznanie wiary partyjnego liberała – widział wszystkie nonsensy i słabości ustroju. Również w szerszej perspektywie – bo jeździł po świecie, był w ZSRR, Chinach w okresie rewolucji kulturalnej, w Niemczech, w Stanach Zjednoczonych. Widział i oceniał. Chciał więc ten ustrój zmieniać, poprawiać, mając świadomość granic, do których można się posunąć.

Usiłujemy się nie ześwinić…

Nieprzypadkowo „Dzienniki” są w wielkim stopniu zapisem jego nadziei i rozczarowań. Rakowski opisuje w nich walki frakcyjne w PRL, wojny, które toczył z twardogłowymi, aparatem, Rakowiecką, protegowanymi ambasady ZSRR.
Na wszystkich zakrętach historii.
Tak było w latach 60., gdy rosła siła Moczara i partyzantów, tak było w roku 1968, tak było w latach 70., gdy Gierek z Jaroszewiczem proponowali mu tekę ministra kultury, a aparat to utrącił, tak było w latach 80., także po stanie wojennym, gdy partyjny beton mówił o nim jako o „rakowatej narośli” na zdrowej partii.
Próbę charakteru przeszedł w roku 1968, kiedy obronił „Politykę” przed włączeniem jej w antysemickie szaleństwo. W „Dziennikach” możemy przeczytać, jak bronił się przed wydrukowaniem artykułu Słonimskiego z roku 1924 „O drażliwości Żydów”. Artykuł, wyciągnięty z archiwum, pisany w innych czasach, na inny temat, miał być drągiem i na Słonimskiego, i na „Politykę”, której miał złamać kręgosłup.
„Na razie usiłujemy się nie ześwinić, ale to nie może być programem – pisał w notatce z 24 marca. – Osobiście nie wróżę sobie zbyt długiej kariery. Już bym zresztą rzucił w diabły ťPolitykęŤ, a także troskę o kraj, gdybym nie wiedział, że zostanę natychmiast podłączony pod grupę wichrzycieli, ich popleczników itp. Słowem, dziś jest to niemożliwe. Nie chcę być opluty. Wolę już dostać kopniaka. Mój dramat polega z jednej strony na lojalności wobec Gomułki, a z drugiej na tym, że ja też uważam, iż to kierownictwo już dawno powinno odejść, z trzeciej zaś strony – metody używane przez „goryli” budzą we mnie wstręt i nie mogę się jakoś przekonać, że ci ludzie będą w stanie działać na rzecz rozwoju Polski. Podejrzewam, że będą bezwzględni, będą się sycić uzyskanymi stanowiskami i trzymać naród za mordę. Stosowane przez nich obecnie metody przypominają mi najczarniejsze dni stalinowskie. Są brutalni, chamscy, a ich powoływanie się na humanizm i socjalizm jest bijącą w oczy, krzyczącą niesprawiedliwością. A więc, co robić? Przecież nie palnę sobie w łeb z tego powodu, że kilkunastu drani wyczynia nieprawdopodobne harce”.
Zapiski z roku 1968 to także kronika czystek, kiedy autor, bynajmniej nie beznamiętnie, opisuje kolejne kampanie, napaści i zwolnienia z pracy kolejnych ludzi. Pokazuje upokarzających i upokarzanych. I marcowy język. I logikę tamtych wydarzeń.
„Sens tej szczególnej troski o czystość naszej ideologii, powtarzającej się w każdej niemal rezolucji, jest jeden: odsuńcie się od koryta, dość się już nażarliście, teraz na nas kolej. Nieszczęście polega na tym, że do tej pory nasz system nie wypracował żadnych instytucjonalnych gwarancji, które umożliwiałyby naturalną rotację kadr. Wtedy nie trzeba by się uciekać do ohydnych prowokacji, do zatruwania narodu różnego gatunku jadem, by osiągnąć to, co jest w pewnym sensie normalne, tj. stałą wymianę kadry. Mści się także istniejąca selekcja negatywna, a więc forowanie zer”.

Mamy do czynienia z zarozumiałymi pyszałkami…

Po Grudniu 1970 i Rakowski, i „Polityka” poparli ekipę Gierka, licząc na technokratyczny rozwój, otwarcie na świat. Podobnie jak większość Polaków. „Fachowiec, ale bezpartyjny”, pisali, mając nadzieję, że choć częściowo uda się rozbić upiorny system nomenklatury. Początek lat 70. to miodowe lata. Gierek z Jaroszewiczem proponują Rakowskiemu tekę ministra kultury, ostatecznie, na skutek kontrakcji części aparatu, z propozycji się wycofują. Rakowski, który najpierw propozycją jest zafascynowany, szybko dochodzi do wniosku, że więcej by na niej stracił, niż zyskał, że w starciu z partyjnym aparatem stałby na straconej pozycji. Zwłaszcza że na ekipę Gierka patrzył coraz bardziej krytycznie, na jej przemianę – z ludzi początkowo wsłuchanych w głos obywateli, w takich którzy stają się coraz bardziej pewni siebie i popełniają coraz większe błędy.
„Patrząc na rządy obecnej ekipy, mimo że należy jej wyrazić uznanie za osiągnięcie przełomu w niektórych dziedzinach, niestety dochodzę do wniosku, że jest ona tak samo w pewnych ważnych kwestiach ograniczona jak poprzednia – pisał 9 marca 1975 r. – Utwierdzam się w przekonaniu, że mamy do czynienia z zarozumiałymi pyszałkami, którzy wszystko lepiej wiedzą i rozkoszują się nieograniczoną władzą, jaką mają. Obawiam się, że praźródłem tego zarozumialstwa i beztroski jest świadomość, że koniec końców Polacy tak czy owak nie mogą zbyt wysoko podskakiwać, ponieważ zawsze można ich postraszyć racją stanu (w domyśle: uważajcie, bo zjawią się radzieckie czołgi). Jedno jest pewne: gdyby Polska nie miała za swego sąsiada ZSRR, tylko np. Anglię i Francję, to polscy komuniści musieliby, gdyby chcieli utrzymać władzę, codziennie zaglądać w oczy narodowi. No, ale niestety, historia wyznaczyła nam nasze miejsce tutaj, nad Wisłą, i tego nie zmienimy”.
Sierpień 1980 Rakowskiego więc nie zaskoczył. Choć zaskoczyła go organizacja nowych związków zawodowych, nowe pokolenie, które weszło na polityczną scenę. Przywitał je bez większych obaw, za to z pewnymi nadziejami. „Jesteśmy świadkami końca pewnej epoki – epoki jedynowładztwa PZPR – pisał w październiku 1980 r. – na miejsce jedynowładztwa wchodzi układ partnerski – jako perspektywa. Perspektywa dlatego, ponieważ partia musi usunąć jeszcze sporo barier (psychologicznych i innych), zanim uzna nowe związki za równorzędnego partnera”.
Niektórzy partyjni reformatorzy widzieli w niezależnych związkach zawodowych element, którego zawsze im brakowało – ciało zdolne kontrolować partyjne ogniwa, zapobiegające degeneracji systemu. Coś w rodzaju półdemokracji, bo przecież o władzy dla związkowców nie było mowy. Z dzisiejszej perspektywy to było myślenie naiwne. Ale na przełomie lat 70. i 80., w Polsce zatopionej w Układzie Warszawskim, to było myślenie wywrotowe. Rakowski pisał więc: „Szanować partnera”. Licząc, że uda się stworzyć taki system, w którym do pogodzenia będzie i dogmat o kierowniczej roli PZPR, i prawo obywateli do krytyki i własnego zdania. Z takim przeświadczeniem przyjął propozycję gen. Jaruzelskiego, obejmując w lutym 1981 r. tekę wicepremiera w jego rządzie („O jeden rząd za wcześnie”, komentowała Warszawa). W tamtym czasie było to odważne polityczne posunięcie. Jaruzelski brał do rządu na stanowisko numer dwa osobę spoza aparatu, mającą opinię rewizjonisty i własne kontakty z opozycją, mówiącą i myślącą inaczej niż 99% PZPR-owskich działaczy. Mówiącą o dialogu. Wydawało się, że kto jak kto, ale on będzie potrafił znaleźć wspólny język z ludźmi „Solidarności”.
To się nie udało.
„Jeśli pominiemy zajadłych radykałów, działających zarówno w naszym obozie, jak i w „Solidarności”, to trzeba stwierdzić, że byliśmy zarówno my, jak i nasi rozmówcy, wobec siebie nieufni i podejrzliwi. Jedni nie wierzyli drugim – pisał Rakowski w roku 1991, przypominając tamte czasy. – Moje zapewnienia o szczerych intencjach, Wałęsa i jego przyjaciele przyjmowali z niedowierzaniem, ja zaś jego postawę niejeden raz uznawałem za chytrą grę. Wałęsa, podobnie jak ja, uczył się trudnej sztuki negocjowania”.

Nieoczekiwana zmiana wizerunku

Historycy pewnie do końca świata spierać się będą, czy stanu wojennego dałoby się uniknąć, czy też nie. Ja sądzę, że w tamtym czasie był nieuchronny, że Wałęsa miał swoich radykałów, nad którymi tracił kontrolę, ale przede wszystkim radykałowie byli w obozie władzy. To był coraz bardziej wystraszony aparat, no i przede wszystkim grupa twardogłowych, nad którymi Jaruzelski nie tylko nie miał kontroli, ale musiał się z nimi liczyć, bo czuli oni potężne zaplecze – poparcie ambasady ZSRR.
Rakowski wspomina w „Dziennikach” wizytę w gabinecie generała, 11 listopada 1981 r. „Wieczorem w gabinecie WJ załatwiałem bieżące sprawy, a po nich rozmowa zeszła na ogólną sytuację. Pogarsza się z dnia na dzień. Obaj mamy wrażenie, że przez kraj przetacza się fala żywiołu, której za chwilę nikt nie będzie w stanie opanować. Wojskowi, z generałem na czele, wiedzą więcej niż my, cywile, ale wiem, że Polska jest penetrowana przez oficerów radzieckich, nierzadko występujących w cywilnym przebraniu. Badają teren i z całą pewnością nie pod kątem spędzenia tu urlopów. Widmo wojskowej interwencji wciąż wisi nad nami.
Zbierałem się już do wyjścia, gdy generał powiedział: „Wyjdźmy na balkon”. I tam usłyszałem od niego: „Mietku, kiedy tu wejdą, to obaj wiemy, co ze sobą zrobić. Ty jesteś oficerem rezerwy, ja służby czynnej…”. Wróciłem do mojego gabinetu w ponurym nastroju. Tego, co usłyszałem, nie zapomnę do końca życia. Jaruzelski wie, co mówi. Jeśli dojdzie do interwencji, to nie będą się z nami cackać jak z Dubczekiem i jego współtowarzyszami. Tych, którzy stoją najbliżej generała, na Kremlu uważa się za mięczaków, oportunistów, świadomie oddających kontrrewolucji jedną pozycję za drugą. Ja zajmuję poczesne miejsce wśród nich”.
Stan wojenny, który Rakowski przyjął z ulgą, odmienił i jego pozycję.
Do lutego 1981 r., do czasu, gdy przyjął stanowisko wicepremiera, uchodził za partyjnego liberała, osobę, na którą Moskwa patrzyła z największą podejrzliwością, oskarżając o to, że jest socjaldemokratą, zapatrzonym na Zachód.
Czas „Solidarności”, nieudane rozmowy z „Solidarnością” ten wizerunek nadwątliły. A po stanie wojennym Rakowski jako członek ekipy Jaruzelskiego nagle stał się synonimem twardego aparatu.
On sam doskonale to wiedział.
3 czerwca 1982 r. zapisał taką refleksję: „Gdyby nie mój szczególny stosunek do Wojciecha, już bym odszedł. Ale też chwilami zastanawiam się, czy nawet ten powód jest wystarczający do tkwienia tu, w tej sytuacji, chyba raczej beznadziejnej. Dlaczego beznadziejnej? Otóż odnoszę wrażenie, że jak bym nie tłumaczył mojej obecności w rządzie, faktem jest, że dla świata, dla współczesnych i historii, należę do tej grupy ludzi, którzy poparli wprowadzenie stanu wojennego, co niezmiennie uważam za słuszne. Jednocześnie, popierając tę decyzję, ponoszę odpowiedzialność za wszystko, co dzieje się pod tym „parasolem”. A dzieje się nie najlepiej, ponieważ na pewno wzrosła wszechwładza policji, podobnie jak łamanie praworządności w tysiącach drobnych przypadków, ale to zawsze dotyczy losów człowieka, z czym nie mogę się pogodzić. I wreszcie, nie ulega wątpliwości, że w partii i sprawowaniu władzy umacnia się twardy kurs, którego reprezentanci lekceważą naród, tak jak lekceważyli w przeszłości. Wiadomo, że w istocie rzeczy nie mamy poparcia w społeczeństwie. Popierają nas jakieś grupy emerytów i oczywiście wszystkie aparaty, ale wiadomo, że gdyby nas ktoś wtrącił w otchłań, np. Olszowski, to ci sami będą nas zaciekle atakować. Popierają nas, dopóki jesteśmy na czele. Co się mnie tyczy, to nie uniknąłem ataku, ponieważ uważają mnie za śmierdzącego liberała, podobnie jak Barcikowskiego i Kubiaka, a Jaruzelskiego za człowieka, który nam ulega. Za najgroźniejsze uważam to, że nie widzę w najbliższych latach możliwości zwycięstwa polityki środka. Powiedziałem kiedyś Wojciechowi, że, prawdę mówiąc, walka na dwa fronty nie istnieje. Ciągle bije się tylko w jeden front, to znaczy w ludzi „Solidarności”, co w praktyce oznacza walkę z ideą „S” czy z ludźmi, którzy poszli do „S” z pobudek bardzo szlachetnych, oraz walkę z tymi, którzy chcieliby „rozmiękczyć” socjalizm”.

Pierwszy i ostatni

To była przenikliwa notatka. W następnych latach w aparacie władzy przewagę uzyskało twarde skrzydło, Rakowski został przesunięty na stanowisko wicemarszałka Sejmu. Ale już w roku 1988 miał swój comeback. Rozpoczęły się rozmowy z opozycją, on sam 27 września został premierem. I rozpoczął demontaż ustroju.
Uwolnił ceny mięsa, zlikwidował kartki na benzynę, wprowadził prawo pozwalające każdemu Polakowi mieć w szufladzie paszport, zaoferował kredyty na budowę domów jednorodzinnych, wprowadził ustawę o działalności gospodarczej, która dziś stanowi obiekt westchnień liberałów.
Postawił też w stan likwidacji Stocznię Gdańską, wywołując tym samym wielką awanturę. Rakowski bronił się, tłumacząc, że kierował się względami ekonomicznymi. Ale i tak nikt mu nie wierzył.
11 grudnia 1988 r. w „Dziennikach” zapisał: „Coraz bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że system, który po drugiej wojnie światowej powstał w Polsce, przegrał w skali historycznej. Trzeba go zastąpić innym, po prostu wydajniejszym. Powstaje jednak pytanie, czy mogą to uczynić ci, którzy go zbudowali? Mam co do tego poważne wątpliwości”.
Prostą konsekwencją tych wątpliwości było styczniowe plenum KC PZPR, kiedy to, grożąc dymisją, Jaruzelski z Rakowskim wymusili na partii zgodę na Okrągły Stół. A konsekwencją Okrągłego Stołu były czerwcowe wybory i oddanie władzy.
W lipcu 1989 r., gdy Wojciech Jaruzelski objął stanowisko prezydenta RP, Rakowski został I sekretarzem KC PZPR. Chyba już wtedy wiedział, że będzie pierwszym sekretarzem i zarazem ostatnim. Że czas PZPR się skończył, że trzeba szukać innej politycznej reprezentacji. On, przez kilkadziesiąt lat oskarżany o rewizjonizm i socjaldemokratyzm, liczył jeszcze, że stanie na czele reformatorskiego nurtu wychodzącego z PZPR. Tak się nie stało, za bardzo kojarzył się z PRL, z tamtymi czasami (czyż polityka nie bywa okrutna?), musiał ustąpić młodym. Ale wcześniej, 27 stycznia 1990 r., zakomenderował: „Sztandar wyprowadzić”. Człowiek klęski? „Nie wyszliśmy z Sali Kongresowej jak stado zmokłych kur”, mówił po latach. I miał rację – bo ta zmiana, nad którą czuwał, otworzyła drogę do oszałamiającego sukcesu SLD i jego liderów.
Czy nie zbyt oszałamiającego?
Już po powstaniu SdRP, w prywatnych rozmowach z jej liderami, mówił, że czeka ich teraz 15 lat opozycji. A oni do władzy wrócili już w roku 1993!

Mentor

Lata III RP to czas innego Rakowskiego. Polityka jest niesprawiedliwa – Rakowski stał się nagle symbolem PRL, przypomina mu się kłótnię z Wałęsą ze Stoczni Gdańskiej albo zamknięcie tej stoczni, przypomina ostatni zjazd PZPR. W gruncie rzeczy, nie wiadomo po co, żeby przykopać i iść dalej.
On sam w tym wszystkim też nie znajdował się najlepiej.
Człowiek refleksyjny, ceniący spokojną, merytoryczną debatę, na poważne argumenty, czuł się obco w gronie współczesnych „publicystów”, podszytych rewolucyjnym zapałem, zwłaszcza tych reprezentujących polską prawicę. Miał o nich marne zdanie. Mniej więcej takie jak o „dziennikarzach” Marca 1968.
Irytowały go nie tylko ich opinie, ale i forma tych wypowiedzi. Pisał o tym w swym ostatnim artykule, opublikowanym w „Przeglądzie”, na dwa tygodnie przed śmiercią: „Prawicowi specjaliści od potępiania wyimaginowanego „komunizmu” w Polsce, po 1989 r. doprowadzili do niesłychanego obniżenia wszelkich standardów życia publicznego, do cynicznego, amoralnego wprowadzania na salony polityczne pozbawionych instynktu państwowego karierowiczów spod ciemnej gwiazdy, a także do sponiewierania języka polskiego. Prekursorem tych mechanizmów, a dzisiaj normy, był pegeerowiec Andrzej Lepper. Jego dzieło rozwinął twórczo premier Jarosław Kaczyński. Spróbujcie, drodzy państwo, wziąć do ręki papier i notować na nim wszystkie wulgaryzmy używane przez polityków, a także przykłady ich wzajemnego obrzucania się obelgami. Właśnie w świetle schamienia języka publicznego przypatrzmy się słownictwu, jakim wiodące w Polsce partie określają Wojciecha Jaruzelskiego. Zbiera się na torsje”.
Irytowało go jeszcze jedno: nieporadność intelektualna lewicy. Przez lata, czy to w roli szefa „Polityki”, czy naczelnego naszego poprzednika, „Przeglądu Tygodniowego”, czy polityka, stale kontaktował się z najważniejszymi osobami w państwie. Owszem, narzekał na wielu z nich, zarzucając im wąskie horyzonty, antyinteligenckie fobie. Ale w tym gronie byli też ludzie wszechstronnie wykształceni, o głębokich zainteresowaniach, z którymi toczył debaty. Niepokoiło go więc, że liderzy lewicy raczej zaliczają się do tej pierwszej, a nie drugiej grupy. „Nic nie czytają – mówił podczas jednej z częstych wizyt w redakcji „Przeglądu”. – Gdy ich pytam, czy znają „Dziś”, to mi mówią, że nie czytali, ale przeglądali”.
Za upadek SLD obwiniał jego liderów – ich błędy, pazerność, nieprzygotowanie. W „Dziś”, na łamach innych mediów, jeszcze gdy SLD stał nieźle w sondażach, przestrzegał ich przed katastrofą. Za odpowiedź miał wzruszenie ramion i uśmieszki – że odezwało się grono zasłużonych towarzyszy.
W ostatnich miesiącach życia próbował rozruszać intelektualne życie na lewicy, złoszcząc się, że ogranicza się ono coraz bardziej do pustych frazesów. A przecież w politycznej grze decydującą rolę odgrywają szare komórki.
„Postuluję debatę, ponieważ – tak naprawdę – w Sojuszu nigdy nie było poważnego namysłu nad sobą – mówił latem br. w wywiadzie dla „Przeglądu”. – Było sporo banalnych formułek, ale zastanawiania się nad modelem lewicowej partii w okresie przywracania w Polsce kapitalizmu – nie. Teraz słyszymy, że Sojusz pomaszeruje w lewo. Ale co to będzie znaczyło w praktyce?”.
I proponował: „Ludzie odpowiedzialni za losy lewicy dziś i jutro, mają do wyboru dwie drogi. Albo przez wiele lat będziemy mieli lewicę podzieloną na grupy, na kanapy skaczące sobie do oczu, lądujące w końcu na klepisku sekciarzy, albo centrolewicę, która ma szansę walczyć w miarę szybko o władzę, ponieważ prawica, nawet ta, co zowie się centroprawicą, już utyka. A przecież to dopiero początek drogi rządowej”.
Rady człowieka, który o polityce wiedział wszystko, który przez 50 lat w niej uczestniczył, i to z powodzeniem, który dalej widział, były więc jednoznaczne. Ale pozostały bez echa. Ba, źle je odbierano…
Pewnie do tego się przyzwyczaił. Ileż razy w swym długim życiu dobrze podpowiadał, a spotykało go wzruszenie ramion? Albo pismo o dymisji? Ta formacja, w której uczestniczył, miała w sobie wielką umiejętność glajszachtowania i sprowadzania ludzi do parteru. Rakowski nieraz znajdował się w tych trybach i miarą jego wielkości było, że się nie dał. Choć miał chwile zwątpienia… Tak było 18 listopada 1960 r., kiedy to po raz pierwszy odwołano go ze stanowiska szefa „Polityki” (po miesiącu decyzję cofnięto). Wtedy, rozżalony, pisał tak: „Nie mam zamiaru więcej nadstawiać karku bardziej, niż to ustalone i dopuszczone przez kierownictwo. Trzeba będzie zwalczyć w sobie tego bakcyla działania i stać się obojętnym, dążąc do zajęcia wygodnej posady. Żyjemy tak krótko, iż nie warto się zadręczać. Przecież nie chodzi o to, by po śmierci spocząć w Alei Zasłużonych na Powązkach”.

———————————————————

Jaki testament pozostawił Polakom Mieczysław F. Rakowski?

Lech Wałęsa, b. prezydent
Należał do nieszczęśliwego pokolenia, bo za długo wierzył w to, że system komunistyczny pomoże ludziom pracy. Potem, gdy się zorientował, że to utopia i nic nie wyszło, uważał, że to nie honor, aby się wycofać. Nie był w stanie tego zrobić. To był bardzo wartościowy człowiek i lubiłem go. Pokolenie nieszczęśliwe, bo było świadkiem, jak Polskę oszukiwano – i w 1939, i w 1945 r. Chcieli potem rozwalać ten system od środka i nie dawali rady. W innych warunkach okazałoby się, jak bardzo to byli wartościowi ludzie.

Olgierd Łukaszewicz, aktor
Warto przypomnieć o okolicznościach, w jakich doszło do realizacji filmu „Wierna rzeka” Tadeusza Chmielewskiego. Jerzy Passendorfer jako odpowiadający z ramienia ministra kultury wstrzymał produkcję, uznając ten film za zbyt antyrosyjski. Natomiast na osobistą interwencję pana Mieczysława Rakowskiego film jednak powstał, właśnie kręcono go w stanie wojennym. Pamiętam, jak w związku z tym jeździłem taksówką na plan filmowy, a lufy karabinów ostrzegały przed rzeczywistością dookoła. Ale to dosyć dobrze pasowało do idei obrazu, który wybijał na czoło nasze tradycje niepodległościowe i dążenia do suwerenności. Myślę, że Mieczysław Rakowski musiał sobie zdawać z tego sprawę jako premier, że ten film będzie miał ciężkie życie – i rzeczywiście długo nie mógł trafić na ekrany. Gdy wreszcie ukazał się w kinach, była inna sytuacja. Do dziś otrzymuję wiele listów, które podnoszą zalety „Wiernej rzeki” i mojej roli, ale ich autorzy nie wiedzą być może o trudnych okolicznościach, w jakich ten obraz powstawał.

Sławomir Wiatr, polityk, działacz lewicy, publicysta
Podstawową wartością, o którą zawsze apelował i której był żywym dowodem, był nowoczesny patriotyzm polegający na znajomości świata, umiejętności rozumienia zadań państwa, szacunku do innych i troski o dobro wspólne. W żadnym wypadku patriotyzm ten nie był przeciwstawieniem własnego wizerunku innym ani kreowaniem obrazu wroga. Całe piśmiennictwo Rakowskiego, od najwcześniejszych lat, wyzwala takie rozumienie patriotyzmu. Inną wyznawaną wartością, którą traktował jako wartość lewicy, był postęp i sprawiedliwość społeczna. Oba te pojęcia zawsze łączył mniej lub bardziej dosłownie. Przez sprawiedliwość społeczną rozumiał też wyrównywanie szans wszystkich grup społecznych poprzez udział w postępie, do takiej sprawiedliwości dążył. Był też człowiekiem niezwykle tolerancyjnym, do jego testamentu politycznego i intelektualnego należy otwartość na poznawanie innych postaw i innych wartości. Nawet w ostatnich dniach życia zachował ciekawość świata. Pamiętam, jak na dzień przed śmiercią skarżył się, że „Obama nie dał mu spać”. Mimo środków uśmierzających słuchał wytrwale i bardzo chciał dożyć informacji, że w Ameryce nastąpiła zasadnicza zmiana, na którą liczył.

Wiesław Uchański, Wydawnictwo ISKRY, wydawca „Dzienników politycznych” MFR
Myślę, że – po pierwsze – testament to imperatyw budowania dobrych, przyjaznych stosunków z sąsiadami ze Wschodu, Zachodu, Południa. Po drugie, testament to rozmowy mimo wszystko. I wiara w to, że ta rozmowa, choć czasami bardzo trudna, będzie miała sens. Po trzecie, testament mówi, by jednak pamiętać o tych, dla których los nie był życzliwy i są w najtrudniejszej sytuacji. Znalazł się więc tutaj Rakowskiego socjalizm nie wprost.

Krzysztof Teodor Toeplitz, publicysta
Myślę, że jego testament jest dosyć bogaty, bo zawiera kilka ważnych kwestii. Chodzi o stosunek do dorobku i przeszłości PRL, mówi też o konieczności porozumienia na lewicy bez działalności rozłamowej, której Rakowski był zdecydowanie przeciwny, ale także o sensownym stosunku do Rosji jako naszego sąsiada. Widać w tym jego kwalifikacje jako polityka, bo choć sam Mieczysław Rakowski był źle odbierany w ówczesnej Rosji, to nie był obarczony żadnym kompleksem antyrosyjskim.

Prof. Jan Kofman, historyk, politolog
Na pewno pamięć o nim przetrwa w dziejach najnowszych. Jego rola w pewnym momencie była zdecydowanie pozytywna, i to nie tylko jego rola długoletniego redaktora naczelnego „Polityki”, ale nawet w latach 1980-1981. Z perspektywy czasu tak to wygląda. Potem trzeba wspomnieć o jego postawie w latach 1988-1989, kiedy był przeciwny porozumieniu z opozycją solidarnościową, przynajmniej tak to wyglądało, ale poparł gen. Jaruzelskiego. Jako premier zapisał się przyjęciem wielu ustaw liberalizujących życie gospodarcze, choć nie wszystkie jego posunięcia można uznać za właściwe. Konflikt o Stocznię Gdańską na pewno był błędem, a postawienie zakładu w stan likwidacji nie dodało mu sympatii, nawet wśród osób mu sprzyjających. Jako ostatni sekretarz KC PZPR doprowadził do pogrzebu partii, choć nie wiadomo, na ile świadomie. Warta odnotowania jest też jego działalność publicystyczna w miesięczniku „Dziś”, interesujące były teksty ludzi, którzy tam publikowali. Bez wątpienia pozostanie człowiekiem, który chciał budować socjalizm z ludzką twarzą, jednak konsekwencją była porażka i tu nastąpił zwrot w karierze tego polityka. Na czoło jednak wybiłbym jego rolę jako szefa „Polityki” i twardą postawę w walce przeciwko wszystkim nacjonalizmom. To ogromny plus Mieczysława Rakowskiego.

Prof. Hieronim Kubiak, filozof
Mieczysław F. Rakowski to zarówno mąż stanu, polityk lewicy, jak i ktoś, kto nam jako ludziom ze Stowarzyszenia „Kuźnica” dzięki swojej odwadze intelektualnej skutecznie pomagał.

Krzysztof Piesiewicz, senator, scenarzysta filmowy
Przede wszystkim był redaktorem naczelnym tygodnika „Polityka”, gdzie udało mu się w znanych okolicznościach przygotować do pracy ku pożytkowi publicznemu dużą grupę wybitnych ludzi, którzy wyszli z jego redakcji, by wymienić tylko Hannę Krall, Wróblewskiego, Dziewanowskiego i wielu innych. A to jest, biorąc pod uwagę ówczesną rzeczywistość medialną, ważna dziedzina tworzenia komunikacji społecznej. Jak do tego doszło i dlaczego Rakowski mógł tak działać, to już zupełnie inna historia. Pozostanie po nim wyraźny ślad i ludzie, którym udało się być w tamtym miejscu, którzy wnieśli wiele dobrego do polskiej kultury i do polskiej rzeczywistości sensu largo.

Jan Ordyński, publicysta, współautor ostatniego wywiadu rzeki z MFR
Chciał Polski mądrej, a nie zapyziałej, nierozważnej; nieskłóconej z sąsiadami, tolerancyjnej. Dla niego to były najważniejsze sprawy i strasznie go denerwowało, że Polska może się znaleźć w ogonie Europy, jako skansen, nawet mimo naszego wstąpienia do Unii Europejskiej. Bolał nad tym, że pogrążamy się w waśniach nie tyle historycznych, ile pseudohistorycznych. Mnie się chciało śmiać z tych ostatnich pojedynków między prezydentem a premierem o miejsce w samolocie czy przy stole, a on dostawał szału, widząc, jak to jest strasznie niepoważne, jak władze same się ośmieszają. I było mu obojętne, która władza, prawicowa czy lewicowa to robi. Według niego, władza miała być mądra, tolerancyjna, skromna. Nie mógł ścierpieć, że przez to wszystko, co się w kraju dzieje, Polska może utracić szanse i wlec się w ogonie Europy.
Not. BT

 

Wydanie: 47/2008

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy