Listy i e-maile

Listy i e-maile

Jarocin mógł się odbyć
W „Przeglądzie” nr 31 (85) Giełda pokazała palec w dół organizatorom odwołanego w tym roku festiwalu w Jarocinie. Piszę o tym z pewnym zażenowaniem. Dlaczego bowiem przedstawiciele Zarządu podpisali umowę z nieodpowiedzialnymi, niekompetentnymi organizatorami? Dlaczego kierowali się tylko żądzą pieniądza, odzyskaniem ubiegłorocznych strat finansowych na sumę 200 tysięcy złotych, a zabrakło idei?
Jako że kultura muzyczna jest mi szczególnie bliska (to ja przed laty wymyśliłem Wielkopolskie Rytmy Młodych, które przekształciły się w „Rockowiska Jarocińskie”), ze smutkiem obserwuję to, co się obecnie dzieje.
W roku 1995 od ówczesnych włodarzy Jarocina otrzymałem propozycję przedstawienia nowej wizji festiwalu. Moja koncepcja nie straciła na swojej aktualności. Gdyby tylko obecni członkowie Zarządu Miasta Jarocina zajrzeli do archiwum i zapoznali się skrupulatnie z moją wizją, można byłoby uniknąć takiego ogólnopolskiego blamażu jak w tym roku.
Krzysztof Wodniczak, Poznań

 

NIEKOMPETENTNI W MON
Publikacje najpierw w „Rzeczpospolitej”, a potem w „Polsce Zbrojnej” i „Przeglądzie”, scharakteryzowały powody, dla których podejrzenia o korupcję R. Szeremietiewa i spółki stały się bardzo czytelne. Artykuły te przypomniały mi wcześniejsze dyskusje w gronie członków Komisji Obrony Narodowej z SLD na temat nikłych możliwości kontrolowania przez parlament bieżących wydatków MON na zakup broni (ale nie tylko; chociażby sławetne kurtki).
Zwracaliśmy na ten problem uwagę, zwłaszcza przy okazji ostatniej dyskusji nad dorocznym absolutorium dla rządu J. Buzka. W czasie omawiania wykonania budżetu przez MON posłowie wskazywali na te fragmenty przedłożonego raportu kontrolnego NIK, w których potwierdzano zbyt częste naruszanie przepisów o zamówieniach publicznych poprzez dokonywanie zakupów z tzw. wolnej ręki. NIK wyraźnie sugerowała potencjalne podłoże korupcyjne dla takich decyzji. Na uwagi i pytania posłów SLD (zwłaszcza Janusza Zemke, znakomitego specjalisty od finansów wojskowych, występującego w roli sprawozdawcy komisji) sekretarz stanu w MON – R. Szeremietiew – przyjął postawę obrażonej cnoty, mówiąc nam, że należy ważyć słowa, zwłaszcza te, które krążą wokół czegoś tak brzydkiego jak korupcja.
Ma rację autor artykułu „Szeremietiew i… spółka”, że słuchy o „korzystnych” zakupach, dokonywanych przez ekipę Szeremietiewa, wracały do nas uporczywie. Dochodziły do nas również skargi firm zagranicznych na przebieg pewnych przetargów i negocjacji, w czasie których nasi partnerzy odnosili wrażenie, że prawo sobie, a życie sobie.
Jestem przekonana o tym, że podobne wieści musiały też dochodzić do obu ministrów i AWS-owskich przewodniczących Komisji Obrony Narodowej. Zgorszeni tym, co dzieje się w MON – przy okazji odejścia z Komisji Obrony Narodowej B. Komorowskiego – próbowaliśmy zmienić polityczny układ w komisji, wybierając na funkcję przewodniczącego posła SLD, Jerzego Szmajdzińskiego (osobiście dwukrotnie zgłaszałam). Na skutek przetargów międzyklubowych Jerzy Szmajdziński przegrał, ponieważ posłowie AWS, UW i PSL poparli kandydaturę posła Stanisława Głowackiego wysuniętą przez AWS (klub PSL zyskał wtedy funkcję wiceprzewodniczącego). W ten sposób upadła możliwość urealnienia funkcji kontrolnej Komisji Obrony Narodowej, i to w warunkach nasilania się sygnałów o korupcji w MON.
Warto o tym zdarzeniu przypomnieć dzisiaj, zwłaszcza posłom UW i PSL.
Jaki z tego wszystkiego wniosek?
Komisja Obrony Narodowej, korzystając nawet z takich instrumentów jak kontrola NIK oraz interpelacje i zapytania, w niewielkim stopniu może w praktyce wniknąć w bieżące wydatki MON, które zawsze polegają na uruchamianiu olbrzymich sum, bo armię mamy sporą, a broń jest zawsze droga.
Dla dobra Rzeczypospolitej należałoby się dziś zastanowić nad metodą zapobiegania sytuacji, w której o wydawaniu pieniędzy na zapewnienie krajowi bezpieczeństwa decyduje w politycznym kierownictwie resortu skłócony z każdorazowym ministrem teoretycznie jego najbliższy współpracownik oraz jakiś bliżej nieznany Farmus (wraz z synem).
Myślę, że jednym ze sposobów byłaby kontrola wstępna planowanych, konkretnych wydatków, dokonywana przez Komisję Obrony Narodowej, która mogłaby polegać na scharakteryzowaniu potrzeb MON i przedłożonych w związku z tym ofert. Uważam, że warto to zrobić, nawet gdyby to wymagało zmiany przepisów i przyzwyczajeń, ponieważ rak korupcji rozkładającej nasz kraj jest podstawowym niebezpieczeństwem dla demokracji.
Niechże będzie dla nas w tej mierze przykładem procedura stosowana w Kongresie USA, którego komitet odpowiedzialny za sprawy bezpieczeństwa korzysta przed wyrażeniem zgody na zakup broni z olbrzymiego sztabu rozmaitych ekspertów. Toczą się przy tym w Kongresie rozmowy, w czasie których Pentagon musi przekonać do swoich preferencji. Ja wiem, że ustrojowo jest to inny system rządzenia, ale czy w najbliższej kadencji nie należałoby powołać własnego zaplecza, umocnić zaplecze eksperckie Komisji Obrony Narodowej, którego analizy nie pozwoliłyby np. Szeremietiewowi pojawić się na posiedzeniu tej komisji raptem trzy razy w czasie całej kadencji.
A swoją drogą, w głowie takiego „czerwonego pająka” jak ja nie mieści się moralność przedstawicieli „pierwszej kadrowej” Lecha Wałęsy, którzy mieli w każdych okolicznościach usta pełne patriotycznych haseł i narodowego posłannictwa, ze znaczkiem „Solidarność” poszli do pracy w MON, gdzie narobili zwykłego smrodu. Wyróżnili się niekompetencją, nie umieli przygotować dobrego prawa, jeździli na pogrzeby pilotów, którzy spadali w tych swoich samolotach na ziemię, ponieważ ich zwierzchnicy nie potrafili podjąć decyzji zapewniających im bezpieczeństwo lotów, lądowań itd.
Ja – były członek Komisji Obrony Narodowej – wstydzę się za to przed Wojskiem Polskim.
I na koniec: SLD proponował na początku tego roku kalendarzowego, aby nowe wybory parlamentarne odbyły się w maju. Dziś nikt nie ma chyba wątpliwości, że była to propozycja ze wszech miar właściwa. Proces gnicia „obozu posierpniowego” mielibyśmy już za sobą.
Danuta Waniek

Zatrute ziarno
W waszym tygodniku z 16.07.2001 r. p. Aleksander Małachowski w swoim felietonie opublikował opinię o ludziach z Łomżyńskiego jako bardzo wrogich Żydom – zalicza ich do najbardziej antysemickich środowisk w kraju. Jest to opinia nieprawdziwa. Ja też znam tych ludzi z okresu wojny, od lipca 1941 do 1945 r. Przykładem może być sołtys we wsi Usza Mała koło Ciechanowca, którego niemieccy żandarmi zastrzelili, bo podawał żywność Żydom ukrywającym się w lesie. Trafili do niego po śladach na śniegu, tych Żydów też zastrzelili.
Jeśli zdarzały się przypadki wciągnięcia przez Niemców niektórych Polaków do zbrodni, to trzeba stwierdzić, że byli to bandyci, a nie rozciągać hasła antysemityzmu na całą społeczność.
Andrzej Domieniecki, Gdańsk

Mit o długach Gierka
Występujący w telewizyjnej „Kropce nad i” pan premier Jerzy Buzek, mówiąc m.in. z okazji pogrzebu byłego I sekretarza KC PZPR, Edwarda Gierka, o dużej popularności jego osoby, wspomniał o długach, które jako Polska musimy spłacać – około 9 mld zł rocznie. Chciałbym się więc dowiedzieć:
1. Jakie zadłużenie przejęły rządy solidarnościowe w 1989 r.?
2. Jakie kwoty zostały nam umorzone m.in. przez Klub Paryski?
3. Jakie kwoty zostały uzyskane ze sprzedaży majątku narodowego i jaki procent z nich został przeznaczony na spłatę naszego zadłużenia?
4. Jakie sumy zostały pożyczone od zagranicznych pożyczkodawców po 1989 r. i jak przedstawia się spłata?
5. Czy pan premier wie, że Polska Ludowa spłacała zadłużenie II RP oraz Rządu na Emigracji w okresie okupacji – było to zadłużenie za sprzęt wojskowy wykorzystywany przez żołnierza polskiego, walczącego w Polskich Siłach Zbrojnych na Zachodzie, w tym lotnictwa w obronie Wielkiej Brytanii, a nie w obronie ziem polskich?
Zarzuty stawiane przez pana premiera Buzka odnoszące się do zadłużenia z okresu gierkowskiego są w mojej ocenie i niesmaczne, i niesprawiedliwe.
Chciałbym też dowiedzieć się, jak to się stało, że pieniądze na usuwanie skutków zniszczeń poprzedniej powodzi nagle się odnalazły, dlaczego nikt z rządzących o tych pieniądzach (niby) nie wiedział?
Karol Władysław Wyszyński, Elbląg

Co to znaczy odpowiedzialność?
Od dłuższego już czasu nurtuje mnie problem „odpowiedzialności” w naszym państwie. Mówi się często potocznie i oficjalnie: odpowiedzialna praca, odpowiedzialne stanowisko, funkcja itp. Pojęcia tego używają najczęściej politycy i tzw. menedżerowie polskiej gospodarki, uzasadniając swoje – na ogół wygórowane – pensje i różnorakie przywileje.
O bardzo odpowiedzialnej funkcji wiele mówią ministrowie, posłowie, marszałkowie sejmików, szefowie kas chorych, starostowie, a nawet wójtowie. Bardzo „odpowiedzialne” stanowiska zajmują też prezesi i członkowie zarządów i rad nadzorczych, zwłaszcza gdy zasiadają w kilku.
Jeżeli mówimy o odpowiedzialności, to rodzi się pytanie o jej realne egzekwowanie. Prawie nie słychać, żeby ktoś z tych elit poniósł dotkliwą odpowiedzialność karną i finansową za fatalny stan gospodarki i budżetu, za sknocone prawa (lub ich brak), tworzone w Sejmie. Nie wiem, czy jeszcze ktoś wierzy, że za korupcję w ministerstwach poniosą należną odpowiedzialność zdymisjonowani ostatnio ministrowie (zastępcy) i ci, którzy sami odeszli. Bardziej realne jest to, że dostaną wysokie odprawy.
Kto personalnie poniesie odpowiedzialność za spaprane reformy ochrony zdrowia, edukacji i systemu emerytalnego? Owszem, skutki już ponoszą pacjenci, polska młodzież z tzw. prowincji, ze wsi, a emeryci odczują to za 15– 20 lat, kiedy wyjdzie cała prawda o reformie systemu zabezpieczeń społecznych.
Przedstawiciele naszych elit niczym nie ryzykują, bo w najgorszym wypadku ludzie ich nie wybiorą, ale zawsze znajdzie się kumpel z dawnych układów i pomoże. Można też zmienić szyld partii i przetworzyć swoje poprzednie hasła wyborcze (vide: Platforma Obywatelska). Na szczytach polityki i gospodarki istnieje niepisana solidarność partyjna, a nawet międzypartyjna, gdy chodzi o kasę i przywileje, a przykładem niech będzie głosowanie w Sejmie o jawności majątkowej posłów.
Władysław Jaszczyszyn, Rabka

To polska fundacja zawiniła w sprawie odszkodowań
W „Przeglądzie” nr 31 w „Giełdzie” negatywnie oceniliście działalność Niemieckiej Fundacji „Pamięć, Odpowiedzialność, Przyszłość” za to, że „nie chce naprawić skutków przeliczenia marek na złotówki po skrajnie niekorzystnym kursie, ze szkodą dla polskich robotników przymusowych”. Uważam, że odpowiedzialność za taki stan rzeczy ponosi całkowicie strona polska.
Polscy negocjatorzy zaproponowali Niemcom wypłacanie rekompensat w złotówkach, aby z wysokich odsetek bankowych obowiązujących na polskim rynku, powstałych pomiędzy datą przekazania pieniędzy do polskiego banku a ich wypłatą poszkodowanym opłacić koszty administracyjne Fundacji Polsko–Niemieckie Pojednanie.
Gdyby umowa przewidywała wypłaty w markach, z odsetek byloby mniej środków na utrzymanie administracji. Renegocjacje umowy, ze względu na niewyobrażalne w przyszłości straty, są konieczne, ale należy stronę niemiecką o to prosić, a nie żądać i grozić sądem.
Ryszard Niedźwiecki, Pabianice

List otwarty
do ministra sprawiedliwości
Uprzejmie pana ministra informujemy, że nie satysfakcjonuje nas odpowiedź, jakiej na nasz list otwarty z 1.06.br. udzielił zastępca Prokuratora Generalnego RP, pan Janusz Kaczmarek. (…)
Pan zastępca – jednocześnie wiceminister – pisze, że nasz list przesłał… „Prezesowi Sądu Okręgowego w Warszawie, celem ewentualnego wykorzystania w ramach toczącego się postępowania w sprawie przeciwko gen. Wojciechowi Jaruzelskiemu…”. Tu na marginesie nasze „drobne pytanie” – postępowanie toczy się w „sprawie”, czy „przeciwko”? Jak się orientujemy, w procedurze prawniczej ma to kolosalne znaczenie.
Obserwując postępowanie sądu w dniach 15-18 maja br., spodziewamy się, że pan prezes ten list włoży do akt sprawy bez najmniejszego odzewu i takie będzie „ewentualne wykorzystanie” jego treści. Obyśmy się mylili.
Rozumiemy, że nie jesteśmy stroną w sprawie, ale to wcale nie może oznaczać, ze skutkiem naszego działania ma być tylko objętościowy wzrost dokumentacji procesowej. Zwróciliśmy się do pana ministra „o osobiste zainteresowanie się aktem oskarżenia, w szczególności całą procedurą jego powstawania, stosunkiem do wniosków obrony, fałszerstw kompromitujących organa ścigania itd., licząc, że pan minister, stosownie do swych uprawnień, rozpatrzy i wyciągnie wnioski z przedstawionych przez nas uwag i niepokojów…”. Na tę część naszego listu nie ma żadnej odpowiedzi. A to przecież jest jego główną treścią i istotą.
Na podstawie lektury wielu artykułów oraz listu otwartego gen. Jaruzelskiego do ministra sprawiedliwości jesteśmy przeświadczeni o popełnionym przez prokuratora Bogdana Szegdę fałszerstwie antydatowania postanowienia o oddaleniu wniosków dowodowych obrońców generała z marca 1995 r. – co zostało przypomniane i udowodnione 15 maja br. podczas rozprawy w Warszawskim Sądzie Okręgowym – oraz współudziale prokuratora Macieja Schultza w nieprawidłowym postępowaniu gdańskiej prokuratury sprzed sześciu lat. Są to ewidentnie czyny karalne, których dopuścili się prokuratorzy. Wnosimy więc do pana ministra – Prokuratora Generalnego RP o natychmiastowe odwołanie tych panów ze składu orzekającego.
Akt oskarżenia generała i współoskarżonych zawiera wady prawne, wręcz absurdalne stwierdzenia i oceny, co przyznał nawet warszawski sąd i co dowodnie zostało wykazane we wspomnianych materiałach. Obrońca generała, mec. K. Łojewski – sława warszawskiej palestry – publicznie nazwał ten akt „prawniczym bublem, policzkiem wymierzonym polskiemu prawu i orzecznictwu Sądu Najwyższego…”. Popieramy generała i jego obrońców w żądaniu poprawy tego aktu, o co wnioskowano niejednokrotnie od kilku lat. Przecież taki ułomny akt oskarżenia ośmiesza sądownictwo, czyni farsę z procesu mającego tak wielką prawną, historyczną, polityczną i moralną wymowę. (…)
W oskarżeniu generała jak w soczewce widać wpływ „politycznego zapotrzebowania” na działanie organów władzy sądowniczej, które w każdym przypadku, a tu szczególnie, powinny być „kryształowo apolityczne” i bezstronne. Liczymy, że pan minister szybko do tego doprowadzi. (…)
Wiceprezes Zarządu Okręgu Warszawskiego ZIW RP, Daniel Przemysław

Prezes Zarządu Głównego Związku B. Żołnierzy Zawodowych i Oficerów Rezerwy WP,
płk w st. spocz. dr. inż. Zenon Biesaga

Prezes Związku Żołnierzy LWP,
płk dypl. w st. spocz. Roman Orłowski

Wydanie: 33/2001

Kategorie: Od czytelników

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy