Major w Warszawie
Z gadziej perspektywy Czyn samobójczy popełnił Waldemar „Major” Frydrych, legendarny twórca Pomarańczowej Alternatywy, startując w kampanii wyborczej na prezydenta Warszawy. Bo nie ma Go tu jako happenera. Ale jakże On ma być w mieście tak rozciapcianym, śpiesznym, zadufanym i goniącym za pieniędzmi Wielkim Happenerem, kiedy pierwszy z brzegu kandydat przebija go surrealizmem. Kandydat Olechowski głosi publicznie rządy bezinteresowne, kandydat Kaczyński – wielkie przeczyszczenie, kandydatka Pitera, aktywistka Ligi Republikańskiej – apolityczność. Kandydat Dzido postuluje wielkie roboty dla bezrobotnych i patrole emeryckie, które przepłoszą przestępców, kandydat Piechociński – wiejskie jadło, a kandydat Bujak twierdzi, że interesują go przynajmniej dwie kadencje. I jakże bledziutko wypada na takim poważnym happenerskim tle legenda „pomarańczowych”. Przecież gdyby „Major” zaproponował warszawiakom wodotryski z kąpiącymi się w oranżadzie słoniami na każdym podwórku, i tak nie przebiłby kandydatów obiecujących szybką budowę drugiej, trzeciej nawet, linii metra. Pachnące, luksusowe, szybkie tramwaje i kolejki miejskie. Cóż z tego, że podczas mityngów wyborczych prezentuje się w krasnalskiej czapce, skoro wielu kontrkandydatów przebija go innymi przebraniami. Olechowski ubrał się w kostium pracowitego, Kaczyński – szeryfa sprawiedliwego, Piechociński – polityka stołecznego. Krasnalska czapka „Majora” nie odstaje od reszty. Kampania samorządowa nie budzi większych społecznych emocji. Poza personalnymi przepychankami. Ale nie typowymi przepychankami między kandydatami z konkurujących partii. Największe emocje budzą walki frakcyjne kandydatów znajdujących się na wspólnej liście. Walki kolegów i koleżanek partyjnych. Wydaje się, że kandydaci uwierzyli w sondaże i potoczne opinie. Uznali, iż zgodnie z prognozami, SLD weźmie te trzydzieści parę procent, a pozostali po naście procent. I nie ma już o co się bić pomiędzy partiami. Warto za to wybić się na mandat na własnej liście. I to jest większy surrealizm niż cała krasnalowatość „Majora”. Kampania samorządowa, jesienna, nie pobudza do działań plenerowych, happenerskich. Smutne, szare festyny i deszczowe mityngi skłaniają do jednego postulatu. Aby każde wybory odbywały się na wiosnę. Bo wtedy i kandydatom, i społeczeństwu jeszcze się chce. Czyn samobójczy popełnił znakomity happener Waldemar „Major” Frydrych. Wystartował w kampanii, która okazała się bezbarwna, nudna, zimna, odpychająca. I utonął w niej. Bo potraktowano go jak jednego z wielu polityków. A przecież nie ma nic gorszego dla radosnego happenera niż nuda. Nuda, nuda, śmierć. Udostępnij: Share on Facebook (Otwiera się w nowym oknie) Facebook Share on X (Otwiera się w nowym oknie) X Share on X (Otwiera się w nowym oknie) X Share on Telegram (Otwiera się w nowym oknie) Telegram Share on WhatsApp (Otwiera się w nowym oknie) WhatsApp Email a link to a friend (Otwiera się w nowym oknie) E-mail Drukuj (Otwiera się w nowym oknie) Drukuj






