Kobieta – tak, kobiety – nie

Z GADZIEJ PERSPEKTYWY

Uwielbiałem kobiety przychodzące do pracy w redakcji, zwłaszcza panie młodsze. Wówczas redaktorzy częściej wpadali do pracy i myli się częściej.
„Kobiety nie mogą w naszym kraju narzekać”, powtarzają monotonnie niczym mantrę działacze prawicy, zwłaszcza tej narodowo-katolickiej. Kobiety nie tylko mogą świecić pełnym blaskiem w domu i zagrodzie. Pełnią też ważne funkcje państwowe, zadając kłam lewicowej tezie, iż na prawicy kobiety ukrywane są w garach.
Bo przecież jest pani marszałek Senatu, Alicja Grześkowiak. Kobieta, a mimo to pełni jedną z najwyższych, konstytucyjnych funkcji w państwie. Ministrem skarbu w rządzie Jerzego Buzka jest nadal pani Aldona Kamela-Sowińska, osoba o niewątpliwie kobiecych cechach. Ocalona ostatnio przed zmową posłów, głównie mężczyzn. Ministrem spraw związanych z rodziną jest Maria Smereczyńska. Wzór cnót kobiecych i klasztornych. Doradcą premiera – takim krajowym kardynałem Richelieu – jest minister Teresa Kamińska, połyskująca zresztą kardynalskim odcieniem włosów. Można przytoczyć jeszcze chwalebny przykład premier, minister Hanny Suchockiej, wybierającej się ponoć na placówkę dyplomatyczną do Watykanu. Albo zawrotną karierę posłanki Anny Sobeckiej, byłej lektorki Radia Maryja, otwierającej listę wyborczą AWS Prawica w Toruniu i okolicach. Nawet Unia Wolności desygnowała do Najwyższej Izby Kontroli posłankę Helenę Góralską. Czegóż zatem te kobiety chcą? Skoro mają tak wspaniałe szanse kariery w naszym kraju. Dodatkowo kobiety mogą robić kariery w opozycji. W zbliżającym się do władzy SLD zagwarantowano jedną trzecią miejsc na listach wyborczych osobom o płci kobiecej. Kariery polityczne Krystyny Łybackiej, Izabeli Sierakowskiej, Jolanty Banach i Alicji Muranowicz są dowodem na prokobiecą wrażliwość tej partii.
Ale przeglądając listy wyborcze, nie tylko prokobiecego SLD, zauważamy, iż wiele miejsc „kobiecych” zostało tak obsadzonych, aby kobiety nie wykorzystały swojej szansy. Często umieszcza się podobne kandydatki obok siebie. Zblokowuje, aby mogły zablokować sobie wejście do parlamentu. Łatwiej jest młodszemu, męskiemu działaczowi lewicy dostać się na początek listy niż kobiecie, choćby znanej już z kwalifikacji i działalności. W moim okręgu wyborczym znana m.in. z łamów „Przeglądu” posłanka Piekarska znalazła się, jako pierwsza z kobiet, na siódmym miejscu.
W okręgu gmin okołowarszawskich znana dziennikarka „NIE”, absolwentka SGH, Renata Łuczyńska, wylądowała na końcu listy, jako ostatnia z kobiet. Liderzy woleli postawić na byłą sportsmenkę, kalkulując zapewne, iż magia nazwiska będzie w parlamencie bardziej przydatna niż ekonomiczne wykształcenie i kwalifikacje. Zresztą oprócz Sylwii Pusz, uporczywie redukowanej do roli maskotki SLD, niewiele młodych, wykształconych kobiet znajdziemy na preferencyjnych miejscach list Sojuszu.
Kobiety w Polce są jedyną mniejszością, która mimo iż liczebnie stanowi większość, jest nadal dyskryminowana w pracy. Kobiety zarabiają mniej niż mężczyźni, statystycznie zajmują pośledniejsze stanowiska. Chwalebne przykłady przypominają kanadyjskie listy indiańskich absolwentów college’ów, którzy dostali się na studia. Listy obficie reklamowane w mediach. Kobieta w Polsce może już zrobić karierę, kobiety jeszcze nie.

Wydanie: 29/2001

Kategorie: Blog

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy