Małe tęsknoty

Małe tęsknoty

Podobne duety miały w sobie potencjał, nic więc dziwnego, że nieustannie wracają. Jest sezon 1968, co pokazuje film „Różyczka” (2010) Jana Kidawy-Błońskiego. Ubek z tużpowojennego zaciągu, który za całe przygotowanie miał siedmioklasową szkołę podstawową i resortowe kursy, rozkochał w sobie maszynistkę z dziekanatu. I od razu przydzielił robotę – wepchnął ją w związek z profesorem historii na Uniwersytecie Warszawskim, a w szczególności korespondentem Wolnej Europy. Miłość? Bardzo trudno ją uskuteczniać, gdy wybranka ubeka co noc sypia z tamtym mężczyzną, ale oboje wierzą, że najważniejsza jest „misja”. Cokolwiek miałoby to znaczyć. Oficer prowadzący i konfidentka kochają się więc z doskoku. A seks uprawiają w przerwie w redagowaniu raportów dla centrali. Wychodzi z tego psychologiczny łamaniec, wprost nie do ogarnięcia. I jeszcze się pogłębia. Bo ten głupi i cyniczny ubek tak się zapędził w robocie, że nie zabezpieczył tyłów. Zapomniał o własnym żydowskim rodowodzie (naprawdę nie nazywa się Rożek, lecz Rozen i ma siostrę w kibucu). W dobie marcowej nagonki! Ubecja to nie jest bynajmniej klub dżentelmenów, tu wszyscy szukają na siebie nawzajem haków. Cóż, nie okazał się zbyt bystry, więc jak wyjeżdża z Dworca Gdańskiego z biletem w jedną stronę, widzowi wcale go nie żal. Współczuje tylko tej jego zwerbowanej współpracowniczce, która nie dość, że zostaje w smutnej, gomułkowskiej Polsce, to jeszcze jest z nim w ciąży.

I ta sama konfiguracja, lecz tym razem sezon 1989, czas Okrągłego Stołu, w filmie „Zwerbowana miłość” (2010) w reżyserii Tadeusza Króla. Widza miał ten obraz tentować urokiem życia prostytutek w schyłkowym PRL-u. W sklepach jeszcze wszystko na kartki, a ekskluzywne hotelowe panienki noszą futra z norek i wiewiórczo rude peruki. W co bardziej zasobnych mieszkaniach „meble Kowalskich” i – oczywiście – fototapeta. Czasem to się poplącze, bo w roku 1989 panienka z zaparciem nuci „Małą Lady Punk”, która była już wtedy piosenką mocno przebrzmiałą. Podobnie jak „Jolka, Jolka”, którą inna pani zapodaje na imprezie jako rewelację sezonu. W wątku miłosnym długi czas trudno się połapać. Ubek, wąsko wyspecjalizowany w werbowaniu nowych agentów, najpierw długo panienkę osacza. Widz się domyśla, że jest w pracy. Jednak raz po raz zdradza przejawy zakochania, i to w stylu szkolnym. Ona – a co mi szkodzi? Toż to jeszcze jeden klient, w dodatku zdradza romantyczne „odpały”, podaje „gorzał” w każdej ilości i nad ranem wyciągnie z „dołka”. Tak więc oboje używają siebie nawzajem. Pozostaje tylko pytanie, kto kogo przechytrzy w finale. Odpowiedzi widz doczeka się szybko, bo film trwa mniej niż półtorej godziny, ale ta wiedza nie da mu przyjemności ni satysfakcji, gdyż ani cyniczny ubek, ani wulgarna dziwka nie pozwolili się polubić. Zresztą cały romans to wstawka, która ma przytrzymać publiczność przy pytaniu, kim są „oni”. Czyli ubecja w ubecji. Wąska grupa wysoko postawionych oficerów, która kopiuje i przechowuje w wiedeńskim banku teczki najważniejszych TW. „Każdy każdego trzyma za jaja – słyszymy – ale jak będziemy mieli teczki, to nikt bez nas niczego nie zrobi”. I raz za razem wznoszą luksusowym alkoholem toasty za przyszłe wpływowe i dostatnie życie.

Układ piętrowy

Z kolei ubecy w „Psach” (1992) Władysława Pasikowskiego, którzy piją jeszcze więcej, zachowują się nad wyraz szlachetnie. Zamiast wykradać teczki ważnych TW celem przyszłego szantażu, palą je na miejskim wysypisku. No i jeden z nich miał pecha zakochać się w „złej kobiecie”, córce księdza, nieletniej zresztą. Wyciągnął ją z policyjnej izby dziecka, nakarmił, przygarnął, a ta mu się puściła z jego najlepszym kumplem. Ubek nie wiedział o tym do chwili, aż zadzwonił TEN telefon. A kiedy już się dowiedział, chciałby zapewne panience nawrzucać, upokorzyć ją, poniżyć za swoją krzywdę. Ale nie jest w stanie, bo właśnie otrzymał cios między oczy. I w tym zamroczeniu mówi kwestię pierwszą z brzegu, najgłupszą: „Nie chce mi się z tobą gadać…”.

A nasz ulubiony zestaw osobowy przewija się również w sezonie 2011, kiedy to rozgrywa się akcja filmu „Uwikłanie”. Pani prokurator prowadzi samodzielne, jak jej się wydaje, śledztwo. Bardzo szybko przychodzi jednak otrzeźwienie. Zaczyna rozumieć, że „»oni« mogą wszystko”. Po czym w fabule następuje myk: pewien prawy policjant, jej były kochanek, wygarnia z karabinu do tej esbeckiej bandy, która prześladowała panią prokurator. Szczęśliwy finał? Pozbyliśmy się „onych”? A skąd! Policjant po tej efektownej rozwałce bierze telefon i melduje: „Zrobione!”. Okazuje się – też należał do układu. Po pierwsze, dlatego że układ jest piętrowy. A po drugie – i o wiele ważniejsze – musi zostać temat na następny film.

Strony: 1 2 3

Wydanie: 19/2016

Kategorie: Kultura

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy