Małe tęsknoty

Małe tęsknoty

Polskie kino do niczego tak uparcie nie wraca jak do PRL-u

III RP stuknęło już ćwierćwiecze, a kino do niczego tak uparcie nie wraca jak do PRL-u. Górą idą filmowe biografie Wałęsy, Kuklińskiego, Religi oraz remanenty polityczne typu „Czarny czwartek”. Moda na „żołnierzy wyklętych” jak nagle się zaczęła, tak pewnie szybko się skończy. A dołem biegną sobie, jeden za drugim, od lat, skromne filmiki nostalgiczne, które mają za tło tzw. dzień powszedni PRL-u. Najczęściej nie chodzi w nich o nic – poza czystą przyjemnością wspominania czasów, kiedy było się młodym. No, może jest i nuta tęsknoty do ustroju, w którym życie było wprawdzie bez porównania trudniejsze, ale i o wiele prostsze. Teraz o wszystko trzeba walczyć samemu, za tyle rzeczy brać odpowiedzialność. Ale nie wymądrzajmy się, zostawmy to socjologom. Niech przemówi kino.

A kino przypomina: nie było jednego PRL-u. Polska bierutowska nijak się miała do Polski gierkowskiej, a ta do jaruzelskiej. Poza tym inaczej wyglądał ten dziwny kraj od strony oborowego w pegeerze w Koszalińskiem, a zupełnie inaczej od strony bywalca warszawskiego SPATiF-u. Nic więc dziwnego, że filmowa obyczajówka, która ma Polskę Ludową za tło, zupełnie do siebie nie przystaje. Tym, co te filmy spaja, jest mgiełka nostalgii i rzewny, balladowy ton. Przywołujemy najważniejsze, ale lista tytułów jest dwa razy dłuższa.

Dewocja i milicja

Rekordowo nostalgiczny jest jesienny Kraków z „Małej matury 1947” (2010) Janusza Majewskiego. Tu, na Plantach, mijają się: chór zawodzących dewotek i patrol MO z pepeszami w ręku. Do tłumu przemawia jednocześnie Stanisław Mikołajczyk (tak bardzo go kochają, że po Rynku obnoszą w samochodzie) i PPR-owski megafon. Na ulicy spotykamy jak nie „szanownego pana mecenasa”, to profesora albo radcę. Ci noszą się po wielkopańsku, a służba kłania się z przedwojenną rewerencją. Mieszkają w amfiladzie pokoi, siadują w przepastnych fotelach. Nad nimi palma, w tle ściana książek, wszędzie dookoła kotary, abażury i plusze. W gimnazjum męskim (bo osobno funkcjonuje żeńskie), w „naszej kochanej, starej budzie”, każdy belfer to dziwak, ale poczciwy z kościami. A jak po lekcjach się „harata w gałę” (tak to się nazywało, na długo zanim zaczął być popularny ten kabaretowy greps), ma się za plecami narodowe sanktuarium na Skałce. Zresztą Kraków godzi wszelkie sprzeczności: ubecję i dewocję, uchodźców ze Lwowa i powstańców warszawskich, Kościół i komunę. Byle mieć w domu ten głęboki fotel, przy nim lampę, książkę i okno otwarte na Planty.

Zupełnie inny PRL wychynął z „Biletu na księżyc” (2013) Jacka Bromskiego. Zbliża się 22 lipca 1969 r., z nim ćwierćwiecze Polski Ludowej. W tym brzemiennym momencie pewien młody człowiek jedzie z Rzeszowszczyzny do Świnoujścia, bo dostał przydział do marynarki. „Wojsko zrobi z ciebie człowieka”, słyszy w domu. Po drodze zagaduje tego i owego, a wszyscy się zgadzają, że w kraju „jest syf, a będzie jeszcze większy”. Z radia leci na przemian towarzysz Wiesław, który ciągle cytuje rocznik statystyczny (wiadomo, że robiony pod niego), i Wiktor Zatwarski z refrenem: „Rodzince strzeliło 25 lat”. Plus kapele ludowe. W „Dzienniku Telewizyjnym”: „Produkcja sznurka do snopowiązałek ruszyła pełną parą”. Ale, po prawdzie, banały klepią też ludzie dookoła. Uczennice z technikum gastronomicznego przysięgają, że Gomułka osobiście ustala grubość panierki na schabowym. Brat wyjaśnia chłopakowi skrót PKP: „Płać Konduktorowi Połowę”. Hotelowa panienka rzuci główną zasadę funkcjonowania RWPG (dla młodszych – Rady Wzajemnej Pomocy Gospodarczej): „My im dajemy mięso, a oni w zamian biorą od nas węgiel”. Wszyscy się zgadzają, że oszczędzać nie ma na co, nawet jeżeli jest się już „w czołówce oczekujących na mieszkanie”. Jedno, co warto, to upić się warto. No i zakombinować, byle nie na chama. Jak ten facet, co wykupił w spółdzielni ogrodniczej za grosze kilka tysięcy butelek sfermentowanego kwasu. Kwas wylał, butelki zawiózł do skupu i zarobił na tym ładnych parę tysięcy. Ale co z tego, skoro poszedł siedzieć za spekulację? Wszyscy więc trwają w swego rodzaju letargu, w półśnie, w zawiesinie. Z tym że – na szczęście – nikt od nich wiele więcej nie wymaga.

Strony: 1 2 3

Wydanie: 19/2016

Kategorie: Kultura

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy