Krajobraz po Gdyni

Krajobraz po Gdyni

Polscy reżyserzy próbują coś powiedzieć o teraźniejszości, ale niezbyt śmiało, prawie z lękiem

Zanim uwagę publiczną zajęła olimpiada, media lansowały osobliwie ekscytujący temat filmowy, czyli nową – a ściślej – dwie nowe ekranizacje “Krzyżaków” Henryka Sienkiewicza. Już sam pomysł poprawiania Forda wydaje się niedorzeczny, realizowanie dwu filmów niemal równocześnie zakrawa na wręcz pastiszowe naśladownictwo praktyk hollywoodzkich. Wielka kinematografia amerykańska może sobie pozwolić na realizację remake’ów, czyli nowych wersji starych filmów, mała zaś kinematografia niewielkiego kraju europejskiego powinna zadbać przede wszystkim o zachowanie własnego dziedzictwa kulturowego, także w dziedzinie sztuki filmowej.
Bardzo możliwe, że taka właśnie idea przyświecała Andrzejowi Wajdzie, który po ćwierćwieczu odświeżył swoją “Ziemię obiecaną” według Reymonta. Odświeżył, będzie w tym przypadku terminem najwłaściwszym, bo artysta wymienił kilka scen, a niektóre wręcz usunął. Do tych ostatnich należy słynna

sekwencja erotyczna w salonce,

czego najbardziej nie mogą autorowi darować zagorzali przeciwnicy tego rodzaju praktyk. Reżyserowi nie powinno się jednak odmawiać prawa do nich, zwłaszcza że poprzednia wersja filmowej “Ziemi obiecanej” pozostała nienaruszona. A jeśli ta odświeżona przyciągnie do kina nowe pokolenia widzów, to będzie tylko czysty pożytek, gdy dzieciaki, które mają znacznie większy problem ze składaniem liter niż obsługą komputera, poznają z ekranu fragment niezłej literatury rodzimej.
A do literatury polskie kino odwoływało się w swoich najlepszych okresach, gdy święciło sukcesy nie tylko krajowe; praktycznie prawie wszystkie nominacje naszych filmów do Oscara przyznawane były adaptacjom naszych dzieł literackich. Jak dalece działa związek literatury z ekranem przekonały ubiegłoroczne sukcesy frekwencyjne “Ogniem i mieczem” Jerzego Hoffmana i “Pana Tadeusza” Andrzeja Wajdy. Przyszły rok również zaowocuje adaptacjami powieści znaczących, będących także widowiskami kostiumowymi, a do nich należy przede wszystkim realizowana obecnie przez Jerzego Kawalerowicza pierwsza polska ekranizacja “Quo vadis” Henryka Sienkiewicza. Nieporównywalnie bliższy teraźniejszości, ale także już historyczny będzie film Filipa Bajona “Przedwiośnie”, według Stefana Żeromskiego.
Wielkie adaptacje literatury to jednak w realiach naszej kinematografii zjawiska odświętne, które nie mają wiele wspólnego z codziennością.
Szczęśliwie, jak się wydaje, nasi reżyserzy zrezygnowali z prostego naśladownictwa schematów hollywoodzkich, chociaż nadal z nadzieją, że widownia to bez wątpienia zaakceptuje, starają się tak zwany temat współczesny

przyozdobić intrygą sensacyjną.

Tak jest w przypadku filmu Olafa Lubaszenki “Chłopaki nie płaczą” o perypetiach dwóch młodych ludzi, którzy korzystając z usług pracownic agencji towarzyskiej, popadają w zależność od grupy gangsterskiej. W przypadku filmu Waldemara Krzystka “Nie ma zmiłuj”, już daleko wyraźniej chodzi o obnażenie drapieżnych prawideł polskiego kapitalizmu, ale, niestety, możliwą ostrość obserwacji, choć nazbyt delikatnie zaakcentowaną, reżyser ostatecznie topi w happyendowym rozwiązaniu. Próbują więc coś powiedzieć o teraźniejszości swojego kraju, ale nazbyt nieśmiało, prawie z lękiem, że to się może nie spodobać. A dlaczego nie, panowie, pod warunkiem że w was samych będzie absolutna pewność, iż przemawiacie językiem dla wszystkich zrozumiałym na temat rzeczywistości, jaką opisujecie. Taką zaś pewność ma bez wątpienia Jacek Bromski, który filmem “To ja, złodziej” pokazał tę rzeczywistość od jej upokarzającej podszewki, zderzając wielką nędzę z wielkim bogactwem w historii utalentowanego w dziedzinie elektroniki chłopaka z dołów społecznych, który kradnie samochód króla show-biznesu tylko dlatego, żeby udowodnić swoją techniczną sprawność i przy okazji dać po nosie właścicielom gangu samochodowego. Przesycony znakomitą obserwacją obyczajową, pełen humoru, a równocześnie chwytający za gardło film Jacka Bromskiego należy do najwybitniejszych realizacji tego roku, co mało kto zauważył.
Bo pojawiły się filmy,

które miały być ważne.

W tej kinematografii zawsze pokutował temat, który zależnie od jego wagi znaczeniowej determinował produkt. To miało swoje uzasadnienie w czasach cenzury, gdy na przykład kino moralnego niepokoju najdosłowniej wyręczało publicystykę gazetową. Nie wypadało wówczas powiedzieć, że artystycznie bywało kiepskie. Czasy się zmieniły, nawyki pozostały. Jeżeli więc podejmuje się realizację filmu o kardynale Stefanie Wyszyńskim, to samo przez się rozumiemy, że to ma być właśnie utwór ważny. Tymczasem rzeczywistość ekranowa mocno podważa takie przekonanie, bo “Prymas. Trzy lata z tysiąca” w reżyserii Teresy Kotlarczyk jest, niestety, utworem chybionym. Głównie z powodu osobliwych ambicji scenarzysty, który dążąc do wątpliwego zresztą uatrakcyjnienia monotonnych lat w odosobnieniu, dopisuje bohaterowi osobę-sobowtóra sterowanego przez służby bezpieczeństwa, a taki wątek pachnie już sensacją bondowskiej proweniencji. Szkoda, że autorka nie potrafiła nad taką propozycją literacką zapanować, szkoda też, że nie zdecydowano się zrealizować tego filmu w konwencji paradokumentalnej, która prawdopodobnie byłaby jedyna do przyjęcia.
Z podobnym dylematem, realizując film o polskich losach Karola Wojtyły, zetknął się przed prawie 20 laty Krzysztof Zanussi, który obecnie wraca do tematu już kiedyś w jego twórczości poruszonego. Jest to mianowicie temat śmierci, w której obliczu staje lekarz,

człowiek cyniczny i egoistyczny,

usiłujący w ostatnim okresie przed nadejściem ostatecznego wydobyć wszystko, co się da z samego życia i filozofii odmiennej od tej, jaką sam wyznawał. Film pod długim i pretensjonalnym tytułem “Życie jako śmiertelna choroba przenoszona drogą płciową” jest przede wszystkim dyskursem filozoficznym, który jednak nie przenosi się na jednostkowe losy i decyzje w sposób poruszający, nie budzi emocji. Szkoda. Na ostatnim XXV Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni zdobył on Grand Prix. Nie najlepszy film autora “Barw ochronnych”. Jak mawia jeden z naszych twórców, który zasiadał wielokrotnie w różnych gronach oceniających: “Nie wybiera się spośród arcydzieł, ale spośród tego, co się ma do dyspozycji, bo nawet wśród filmów kiepskich można wybrać najlepszy”. To jest pewnie solenna prawda. Prawdą jest również i to, że obecna kondycja polskiego kina nie budzi satysfakcji. Może jedynie z powodu liczby debiutów i to nie tylko w kategorii statystycznej. A w tym roku było ich aż osiem.
Jeden z nich na tym zakończonym przed tygodniem festiwalu zdobył nawet Nagrodę Specjalną Jury. “Pół serio” Tomasza Koneckiego to zabawna historia o perypetiach młodych filmowców, proponujących producentowi różne scenariusze, które zależnie od humoru zleceniodawcy bywają na ogół pastiszami znanych tematów. Film ma wdzięk, werwę i urok świeżości, co nie znaczy, że jest wolny od prawie szkolnych błędów. Ale tu leży właśnie pies pogrzebany. Jeśli bowiem dzisiejsi debiutanci mają solidnie

stanąć na własnych nogach,

potrzebna im jest bezwzględnie opieka artystyczna ze strony doświadczonych reżyserów, co pokazuje większość filmów nie tylko debiutanckich. Za czasów kinematografii państwowej ówczesne Zespoły Filmowe pełniły taką funkcję, co przyzna każdy reżyser, który do nich należał. Obecny system organizacyjny, jeszcze nie całkiem kapitalistyczny, ale już zupełnie odbiegający od niegdysiejszych kanonów, zostawia reżysera na pastwę producenta. A producentem filmowym może dziś być każdy, może nie mieć pojęcia o realizacji filmu, byle umiał zorganizować pieniądze, a organizując pieniądze, ma prawo żądać, żeby było szybko, tanio i dobrze. A tego się właśnie nie da pogodzić. Jeśli więc ta polska kinematografia ma przetrwać, należy znaleźć takie rozwiązania organizacyjno-producenckie, żeby w euforii przekształceń jakich bądź nie wylać dziecka z kąpielą. Nie stracić tego, co najważniejsze – polskiej twórczości filmowej.

 

Wydanie: 40/2000

Kategorie: Kultura

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy