Za mało mówimy o szczęściu

Za mało mówimy o szczęściu

Dajmy dzieciom żyć. Sobie przy okazji też

Katarzyna Miller – filozofka, poetka, pisarka, psycholożka, psychoterapeutka z przeszło 30-letnim doświadczeniem w prowadzeniu terapii indywidualnej i grupowej. Wykładała psychologię na Uniwersytecie Warszawskim. Pisze felietony do pism kobiecych. Często gości jako ekspert w programach radia i telewizji. Autorka i współautorka książek, mi.in.: „Chcę być kochana tak jak CHCĘ. Rozmowy terapeutyczne”, „Bajki rozebrane”, „Być kobietą i nie zwariować”, „Nie bój się życia”. Ukazały się także jej trzy tomiki wierszy.

Od jakiego momentu dziecko instynktownie wyczuwa, czy jego mama jest szczęśliwa, czy nie?

– Od samego początku, od bycia w brzuchu i narodzin. Szczęśliwa mama cieszy się na dziecko. Ono wprost z ciepłego brzucha wsuwa się w jej ciepłe ramiona i od początku ma poczucie bezpieczeństwa. Jeśli coś zgrzyta w tym momencie, może być początkiem przyszłych problemów. Kłopot polega na tym, że mało osób może powiedzieć o swoich matkach, że były czy są szczęśliwe. Gdy pytam o to podczas spotkań, zgłasza się zawsze tylko kilka osób. To błędne koło, wychowują nas nieszczęśliwe, niespełnione kobiety, więc my też jesteśmy nieszczęśliwi i dalej to przekazujemy.

Czy można kochać innych, nie kochając siebie?

– Sądzę, że nie. Dobrze, że istnieje pojęcie „wystarczająco dobra matka”. Jeśli kobieta siebie przynajmniej lubi, to jest nieźle. Jest naturalna, intuicyjna, nie wywiera presji. Bardzo trudne są matki nadopiekuńcze. Mają tendencję do zawłaszczania dziecka, żyją jego życiem, a nie swoim. Proszę sobie wyobrazić małą istotkę, od której wymaga się różnych zachowań i jeszcze kładzie się na jej barki wielką odpowiedzialność za własne szczęś­cie. „Mamusia będzie szczęśliwa, jeśli zrobisz to i to” – jakaż to presja, nie do zniesienia.

Jak więc postępować?

– Bycie rodzicem to ogromne wyzwanie. Szczególnie jeśli nie ma się dobrych wzorców. Powinien być taki przedmiot w szkole, na którym uczy się relacji w rodzinie, komunikacji między jej członkami, mówi się o prawie do własnego zdania, do popełniania błędów, ale także o współodpowiedzialności za rodzinę i o podziale obowiązków. Wiele matek usuwa dzieciom przeszkody spod nóg. Albo chroni je. Znam takie przykłady, że gdy w domu było zwierzątko, chomik albo świnka morska, i zdechło, matka biegła do sklepu kupić takie samo, żeby dziecko się nie zorientowało. To nieodpowiedzialność toksycznej miłości. Spytałam kiedyś taką matkę, czy jak dziecku umrze babcia, to też zastąpi ją inną, aby się nie zorientowało. Mądra kobieta pozwala dziecku wybierać, a jeśli ono wybierze nieodpowiednio, samo będzie ponosiło konsekwencje tego wyboru. To nauka, wychowywanie.

Pisała pani w książce „Bez cukru, proszę” o swoich trudnych relacjach z mamą, podkreślała wręcz, że nie była ona szczęśliwą kobietą. A pani sama jest pogodna, promienieje szczęściem. Jest pani zaprzeczeniem tego, o czym mówimy.

– Dziękuję. Wiele lat zajęło mi zrozumienie, w czym problem. Codziennie, każdego dnia pracuję nad swoim szczęściem. Przy mojej mamie byłam nieszczęśliwa. Dobrze, że rekompensowali to tata i niania. Ale i matka wniosła w moje życie innych ludzi, swoje przyjaciółki, od których uczyłam się być radosna. Trzeba też pamiętać, że część naszej osobowości przynosimy na świat i to wyposażenie także wpływa na nasze poczucie szczęścia lub jego braku. O szczęściu w ogóle za mało mówimy. Bo jest nudne. Dużo ciekawiej czyta się lub ogląda filmy o cudzym nieszczęściu. Uważam, że gdyby kobiety były bardziej spełnione, mniej byłoby osób zagubionych, nieszczęśliwych, wpadających w nałogi i depresje. Kobieta szczęśliwa to również szczęśliwa rodzina. Zresztą mężczyźni uwielbiają, jak ich partnerka jest uśmiechnięta, radosna i z błyskiem szczęścia w oku. Od razu sami czują się lepsi, bo przecież poziom szczęścia ich kobiety zależy od nich, nieprawdaż?
Reasumując, co dajemy dziecku, gdy dbamy o własne szczęście?

– Poczucie bezpieczeństwa, akceptację, oparcie, bezwarunkową miłość, prawo do popełniania błędów. Mądra kobieta rodzi dziecko dla niego samego i dla świata. Jeśli robi dzidziusia dla siebie, jest to niepokojące, bo oznacza, że od początku chce je zawłaszczyć, ukształtować według własnego planu. To cecha kobiet, które nie mają zaspokojonego Wewnętrznego Dziecka. Dziecka nie można nadmiernie ochraniać, bo to nie miłość, tylko chronienie siebie przed konfrontacją i prawdą.

Strony: 1 2

Wydanie: 21/2016

Kategorie: Psychologia

Komentarze

  1. Michalina Orlinska
    Michalina Orlinska 6 czerwca, 2016, 12:04

    Bardzo dobry wywiad. niezła puenta – ile trzeba mieć siły by być szczęśliwym by potrafić jakimś cudem połączyć macierzyństwo i pracę… by realizując własne szczęście nie zaniedbać szczęścia własnych dzieci… dobry materiał także z kobietą – przedstawicielką Orbisu http://www.pulshr.pl/kobieta-w-biznesie/dziewczyny-rywalizuja-kobiety-sie-wspieraja,34715.html

    Odpowiedz na ten komentarz
  2. anonim
    anonim 7 czerwca, 2016, 14:32

    Co za neoliberalny wywiad! Fuj. W lewicowym czasopiśmie nie powinny pojawiać się takie rzeczy!

    Odpowiedz na ten komentarz
  3. czechu
    czechu 5 lipca, 2016, 08:24

    Za mało mówimy o diecie.

    Odpowiedz na ten komentarz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy