Matuszki

Matuszki

Dobre wybory

Anna Wasiluk ma 27 lat, od trzech lat wspiera męża w Tomaszowie Lubelskim. Pochodzi z Podlasia, to matecznik prawosławia w Polsce. Męża poznała na Chrześcijańskiej Akademii Teologicznej. Zawsze była blisko cerkwi, więc wybór studiów nie zaskoczył rodziny. W parafii prowadzi chór, jej ulubiona kolęda to „Chrystus się rodzi”. W cerkwi nie używa się instrumentów, jedynym jest głos. Dlatego śpiew jest tak ważny, a dobry psalmista na wagę złota. Kiedy rozmawiamy, na podłodze bawi się mała Julka. Skończyła rok i jest najmłodszą parafianką. Anna nie buntuje się przeciw ograniczeniom, które narzuca rola matuszki. Jest domatorką i najbardziej lubi wyszywać. Cierpliwie haftuje serwety. – To moja wyszywka zrobiona za panieństwa – pokazuje kolorową poduszkę. A batiuszka zaprasza do drugiego pokoju, gdzie wiszą haftowane obrazy Anny.

W ich domu to on piecze prosfory. Przepis nie jest skomplikowany: mąka, woda i drożdże jak na chleb przaśny. Kobiety nie mogą wykonywać tej czynności podczas miesiączki, wtedy też nie przystępują do komunii. Prosforą dzielą się wierni podczas wigilii, tak jak katolicy opłatkiem.

Do II wojny światowej matuszki wywodziły się z rodzin duchownych. Dziś nie ma takich reguł, nie ma też kursów, które przygotowywałyby do tej roli. Matuszką może zostać kobieta innego wyznania, pod warunkiem że przejdzie na wiarę męża. Jeden ze studentów Chrześcijańskiej Akademii Teologicznej opowiada o dowcipach, które krążą na temat dziewczyn kręcących się wokół uczelni. Na przykład taki: Co to jest ChBM? Chcę być matuszką – odpowiada wesoło. Czemu go to śmieszy? Bo są dziewczyny, które polują na przyszłych księży. To pewny chleb w niepewnych czasach. Intratna posada, a jeszcze automatycznie szacunek wiernych i poważanie.
– Na szacunek trzeba sobie zapracować – oponuje Iwona Kot. – Jak zostałam matuszką, wiele musiałam się nauczyć. Szukałam kontaktu z innymi żonami księży prawosławnych. Dużo mi pomogła Pugacewiczowa – matuszka z Białej Podlaskiej. Jej spokój, uśmiech i trwanie przy mężu były najlepszym przykładem.

Bycie matuszką nie wyklucza pracy zawodowej. Iwona Kot jest główną kadrową w zakładzie karnym. – Pracowałam od początku – deklaruje. – Kobieta czuje się wtedy bardziej wartościowa. Umaluje się, ubierze, ma swoją pensję i nie musi liczyć tylko na męża.

Aktywność zawodowa pozwala nabrać dystansu do roli, jaką odgrywa się w parafii. Nie pozwala jednak o tych obowiązkach zapomnieć. Dlatego Iwona Kot ma zawsze dobre słowo dla skazanych.
Pracują też inne matuszki. Bogumiła Charkiewicz jest przedszkolanką. Eugenia Klimiuk życie zawodowe spędziła w szkole, teraz jest na emeryturze. Anna Prokopiuk skończyła filologię klasyczną i zanim przeprowadziła się do Bończy, robiła tłumaczenia dla wydawnictw. Teraz wychowuje Anastazję i zaczęła nowe studia. – Uspołeczniam się, bo tutaj właściwie nie ma ludzi w naszym wieku. Miejscowi mówią: „W Bończy świat się kończy”. I jest w tym trochę racji.

Anna Wasiluk i Joanna Jałoza też wychowują dzieci. Nie wykluczają, że jak pociechy podrosną, pójdą do pracy. Zdarza się, że żony księży prawosławnych muszą rezygnować ze swoich ambicji czy marzeń. Matuszka nie powinna być aktorką, tancerką, kelnerką czy modelką. – Aktorstwo może od nas wymagać obnażenia się albo kreowania ról sprzecznych z zasadami, które wyznajemy – tłumaczy Anna Prokopiuk. – Bo czy można sobie wyobrazić, że matuszka rozbiera się dla czasopisma?

– A gdyby alumn zakochał się w aktorce i chciał się z nią ożenić? – dopytuję Witolda Charkiewicza, proboszcza z Zamościa.
– Człowiek uczy się w seminarium, studiuje pismo i musi być przygotowany na dobre wybory.

Ślub

Ślubu najczęściej udziela się po niedzielnym nabożeństwie. Uroczystość zaczyna się w domu panny młodej, gdzie młodzi otrzymują ikonę i błogosławieństwo. Zaręczyny odbywają się u progu cerkwi i polegają na nałożeniu sobie obrączek, które para trzykrotnie wymienia (to znak złożenia duszy w dłonie małżonka). Potem wychodzi wraz z batiuszką na środek świątyni. Tam odbywa się ukoronowanie. Korony trzymają nad młodą parą drużbowie. To symbol zwycięstwa nad namiętnościami, a nie, jak żartują niektórzy, oznaka przyszłego cierpienia w związku. Zaślubiny księdza niczym się nie różnią od normalnego ślubu. Absolwent seminarium żeni się bowiem jak zwykły parafianin. Dopiero później zostaje duchownym. Wtedy arcybiskup zdejmuje mu obrączkę na znak tego, że kapłaństwo jest ważniejsze.

Kiedy pytam o tajemnicę dobrego związku, ks. Dariusz Wasiluk opowiada, że w internecie natknął się na zdjęcie staruszków. Byli szczęśliwi, że wspólnie przeszli przez życie. – Pod fotografią był podpis, że jak coś się psuje, to oni nie wyrzucają, nie zamieniają na nowe, tylko naprawiają – uśmiecha się batiuszka. – U nas się reperuje.

– To zbyt idealistyczna wizja – mówi Maria, która nie zdała egzaminu z dźwigania krzyża. – Mój mąż pomagał innym, ale nie widział, że ja wpadłam w czarną dziurę, że nie radzę sobie z depresją.

Maria pamięta też ciche dni po domowych awanturach. I kartki zostawiane na stole. Był cytat z Biblii i pouczenie, że kobieta powinna się podporządkować mężowi.

Spowiedź przed mężem?

„Żona kapłana powinna służyć pomocą swojemu mężowi w pracy parafialnej nie tylko w chwilach radości, kiedy wszystko dobrze się układa, ale także w okresach smutku, słabości i zniechęcenia”, pisała Mirosława Kiełbaszewska, matuszka z wieloletnim stażem.

Dobra matuszka cieszy się szacunkiem wiernych i tak jak mąż ma obowiązek pogłębiać swoją duchowość i poddawać się rygorom narzucanym przez religię. Przed liturgią obowiązuje duchownego post eucharystyczny. Zaczyna się po kolacji i oznacza nie tylko zaniechanie jedzenia i picia, ale także powstrzymanie się od stosunków intymnych. Matuszka nie może wykonywać w niedzielę i święta prac domowych, choć jeśli są dzieci, trudno się powstrzymać od niektórych czynności.

– A jak wygląda spowiedź w rodzinie prawosławnej? – pytam, bo nie mogę sobie wyobrazić tego, że żona wyznaje grzechy przed mężem.
– To raczej niewskazane, by ksiądz spowiadał najbliższą rodzinę – uspokaja mnie ks. Jan Kot, mąż Iwony – chyba że istnieje zagrożenie życia.

Wśród matuszek zdania są podzielone. Niektóre spowiadają się przed mężem, choćby dlatego, że odległość między parafiami jest duża. Jednak większość wyznaje grzechy innym kapłanom. – To ważne szczególnie w kryzysach – przekonuje Iwona Kot. – Jesteśmy tylko ludźmi i tak jak w świeckich małżeństwach przeżywamy chwile lepsze i gorsze. Zewnętrzny spowiednik pomaga przetrwać te trudne.

Foto: archiwum prywatne

Strony: 1 2 3

Wydanie: 3/2015

Kategorie: Reportaż

Komentarze

  1. Maro
    Maro 18 października, 2017, 03:00

    Co za glupoty pani wypisuje,w hajnowce batiuszce nic nie wypada,ani isc na basen z dzieckiem ani na spacer,nigdzie,w domu lezy jak krol,a matuszka jest zwykla sprzataczka i sluzaca.A powinno byc odwrotnie ,batiuszka powinien byc dla ludzi i zoby a nie odwrotnie.Kobiety wychodza za nich za maz,bo wiadomo jak w rodzinie ksiadz to biedy nie ma.

    Odpowiedz na ten komentarz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy