Kto ma media, ten utrzyma władzę

Kto ma media, ten utrzyma władzę

Systemowy proces przejmowania mediów na Węgrzech przez ludzi bliskich władzy trwa od dekady, ale niewiele osób to obchodzi

Był niesprzyjający władzy portal internetowy Origo. Jest sprzyjający władzy portal Origo. Był dziennik „Népszabadság”. Nie ma dziennika „Népszabadság”. Był wreszcie niezależny portal Index o zasięgu porównywalnym do Onet.pl czy WP.pl, a więc odwiedzany zarówno przez zwolenników, jak i przeciwników rządu. Nie ma niezależnego portalu Index. Odwołanie naczelnego, Szabolcsa Dulla, doprowadziło do złożenia wypowiedzeń przez właściwie cały zespół, choć sekcja polityczna była tylko wycinkiem jego działalności. To jedynie krótka lista tytułów, które w wyniku przekształceń własnościowych na węgierskim rynku medialnym zostały albo „odwrócone”, albo zlikwidowane. Systemowy proces przejmowania mediów na Węgrzech przez ludzi bliskich władzy trwa od dekady, odkąd w 2010 r. koalicja Fidesz-KDNP zwyciężyła w wyborach parlamentarnych, ale niewiele osób to obchodzi.

„Sprawa odwołania redaktora naczelnego Indexu jest wewnętrzną sprawą firmy, wykluczone jest mówienie o jakichkolwiek naciskach politycznych” – te słowa znalazły się w liście wysłanym przez przedstawicieli partii Fidesz do członków Europejskiej Partii Ludowej, frakcji w Parlamencie Europejskim, do której to ugrupowanie przynależy. W opinii węgierskiego rządu pluralizm na rynku mediów nie jest zagrożony. Z kolei np. raport Freedom House informuje o pluralizmie mediów na poziomie państw Wschodu. Instytuty badawcze sprzyjające rządowi przyjęły metodologię, według której tytuły niemające kapitału państwowego zaliczane są do mediów opozycyjnych. Zgodnie z nią 60-70% wszystkich tytułów na rynku prasowym reprezentuje punkt widzenia opozycji. Przed rokiem utworzono Środkowoeuropejską Fundację Prasy i Mediów, do której włączono wszystkie przychylne rządowi podmioty operujące na rynku medialnym – jest ich prawie 500. Premier Viktor Orbán pytany o wpływanie na tak gigantyczne konsorcjum mówi, że jest to inicjatywa prywatna, w pełni niezależna od rządu.

Nowe elity, nowe tytuły

To, co dzieje się teraz z mediami na Węgrzech, jest wypadkową procesów zapoczątkowanych przed prawie dwiema dekadami – w roku 2002, kiedy to Fidesz przegrał wybory parlamentarne. Porażka była tym dotkliwsza, że ostateczna różnica pomiędzy Fideszem a koalicją liberałów i socjaldemokratów (MSZP-SzDSz) wyniosła zaledwie 10 mandatów. Kontestowanie tego wyniku wyborczego trwało zresztą aż do marca 2003 r. To wówczas powstała refleksja, że trzeba mieć swoje media, które będą informowały w rzetelny sposób o tym, co robi Fidesz. Z pomocą pośpieszył Lajos Simicska, twórca grupy medialnej, która (w dużym uproszczeniu) dowiozła Fidesz do zwycięstwa w 2010 r. Kiedy media publiczne starały się przemilczeć kryzys polityczny, który wybuchł w związku z przyznaniem się premiera Ferenca Gyurcsánya do okłamywania społeczeństwa w czasie kampanii wyborczej w 2006 r., media Simicski transmitowały protesty społeczne.

Media sprzyjające Fideszowi wspierały rząd do 2014 r. To był moment przełomowy, wówczas bowiem Orbán z Simicską się poróżnili. U podłoża sporu leżała rywalizacja o wpływy. Według Orbána Simicska był za silny. Chęć oczyszczania przedpola z wszelkich konkurentów politycznych doprowadziła do rozpadu nierozerwalnego dotychczas tandemu. Paradoksalnie sytuacja z 2014 r. przypominała tę z roku 2002, z tą różnicą, że Orbán wybory wygrał drugi raz z rzędu, ale znów nie miał przychylnych sobie w 100% mediów. Wystąpił wówczas z apelem do przedsiębiorców, którzy są patriotami, by pomogli ufundować nowy tytuł, który rzetelnie informowałby o działaniach rządu. W ten sposób powstał dziennik „Magyar Idők” (Węgierski Czas). Na jego czele stanął Gábor Liszkay, jeden z nowych oligarchów, który wcześniej wygrał przetarg na prowadzenie Narodowych Sklepów Tytoniowych, bytu posiadającego wyłączne prawo do handlu tytoniem. Dawne elity postkomunistyczne, wywodzące się jeszcze z Węgierskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej, miały zostać pozbawione wpływu i zastąpione nowymi.

Państwo największym reklamodawcą

Tak formował się Narodowy System Współdziałania (NER), rodzaj umowy społecznej, zgodnie z którą rząd ma tak silny mandat, że nie musi konsultować swoich działań z obywatelami. Na tej podstawie powstały nowe, uzależnione od rządowych kontraktów grupy, które, czując się w obowiązku spłacania długów wobec władzy, skupowały tytuły będące w tarapatach finansowych. Trzeba pamiętać, że z kryzysu, który rozpoczął się w 2008 r., Węgry dźwignęły się dopiero sześć lat później. Kapitałem potrzebnym do scalania mediów dysponowało wąskie grono inwestorów. Dziś mówi się o NER-mediach, NER-przedsiębiorcach, NER-oligarchach.

Celem tej operacji było stworzenie systemu, który wykluczyłby możliwość wypowiedzenia posłuszeństwa przez jakiegokolwiek właściciela. Oczywiście proces ten nie trwał rok czy dwa. Największa opozycyjna gazeta „Népszabadság” została przejęta przez Lőrinca Mészárosa, kolegę Orbána. Tytuł zawieszono, ale od początku nie było wątpliwości, że więcej się nie ukaże. Argumentowano, że to decyzja ekonomiczna, wynikająca ze spadku przychodów. Jednak do dzisiaj pozostaje to nie do zweryfikowania, bo prasa sprzyjająca rządowi po prostu nie przekazuje danych dotyczących liczby sprzedanych egzemplarzy i nie ponosi z tego tytułu żadnych konsekwencji.

Do tego państwo jest największym reklamodawcą. Nie ma miesiąca, by w mediach czy na plakatach nie pojawiły się informacje o jakiejś kampanii rządu. To z kolei oddziałuje na pluralizm na rynku reklamowym. Właściciele słupów ogłoszeniowych nie chcą udostępniać ich opozycji w obawie przed utratą rządowych zamówień. W tym wypadku kapitał nie ma narodowości, beneficjentami zamówień są koncerny z różnych krajów. Ten sposób oddziaływania wywołuje także autocenzurę u samych dziennikarzy. Interesującym przykładem jest działalność grupy medialnej Ringier Axel Springer Media Hungary, która w żaden sposób nie uczestniczy w sporze politycznym, jak ma to miejsce w przypadku polskiego odpowiednika.

Okładka książki "Co ma Viktor Orbán w głowie"

888.hu buduje młodego człowieka

Problem wolności mediów dla wielu Węgrów pozostaje w sferze abstrakcji. Nie jest on zmartwieniem wskazywanym najczęściej w badaniach opinii publicznej. Tutaj najważniejsze są stan służby zdrowia i szkolnictwa, korupcja czy imigracja (w domyśle kryzys migracyjny). Jedyny protest przeciw działaniom wobec portalu Index odbył się w Budapeszcie, co nie jest przypadkiem. W stolicy mieszka prawie jedna czwarta ludności całego kraju, a budapeszteńczycy za jedną z nadrzędnych wolności uznają pluralizm prasy. Do tego dodać należy postępującą apatię społeczeństwa. Oczywiście nie jest tak, że Węgrzy już mają poczucie, że i tak nic nie poradzą. Rzecz w tym, że są większe zmartwienia. Najwięcej osób zebrało się w proteście przeciwko podatkowi internetowemu, który miał dotknąć każdego Węgra. To był impuls do działania, ale nie do odsunięcia Fideszu od władzy. Kolejny raz w wielu miastach na Węgrzech ludzie wyszli protestować przeciwko zmianom w Kodeksie pracy, tzw. ustawie niewolniczej zwiększającej liczbę nadgodzin, które pracownik zobowiązany jest świadczyć na rzecz pracodawcy. Znowu wyszli, bo dotyczyło to wszystkich. Ale nie po to, by zmienić rząd.

To zresztą jest bardzo trudne. Głębokie zmiany, jakim poddano ordynację wyborczą, sprawiły, że 93 mandaty w 199-osobowym parlamencie dystrybuowane są w ramach listy krajowej. Opozycja realnie może walczyć o 18 spośród 106 mandatów do zdobycia w jednomandatowych okręgach wyborczych. Uzyskać je można w Budapeszcie, który jawi się jako wyspa na pomarańczowym (od koloru Fideszu) morzu. Inna sprawa, że opozycji prawie dekadę zajęło zbudowanie konstruktywnego, tzn. niezwalczającego się, sojuszu. Jednakże nie ma on żadnej oferty programowej, a nawet gdyby ją miał, to niespecjalnie jest szansa na jej wdrożenie.

Bardzo istotna rola w tej układance przypada mediom sprzyjającym rządowi, które dbają o odpowiednie komunikowanie polityki władzy. Co ciekawe, ponieważ popularnością wśród młodzieży cieszy się portal 444.hu, utworzono portal 888.hu, który miał docierać do niej z rządowym przekazem. Powstał on w momencie szczególnym, po masowych protestach, także młodzieży, przeciwko wprowadzeniu podatku internetowego w październiku 2014 r. Wysokość tego podatku uzależniona była od liczby danych pobranych z sieci, bez względu na to, czy dana osoba korzystała ze stałego łącza, czy z internetu w telefonie komórkowym. Ówczesny minister zasobów ludzkich Zoltán Balog powiedział, że potrzebne jest medium, które komunikowałoby politykę rządu młodym ludziom, ponieważ są oni manipulowani przez środowiska lewicowo-liberalne. W praktyce portal służy również do szczucia młodych wyborców przeciwko konkretnym osobom bądź organizacjom, nie przebiera przy tym w środkach. Brał np. czynny udział w kampanii przeciwko organizacjom pożytku publicznego, imigrantom czy partiom politycznym. Jego hasło brzmi: „Jesteśmy opozycją Sorosa”.

Podatek RTL

Wolne media na Węgrzech formalnie istnieją, głównie w internecie. I całkowicie nie znikną, stanowiłoby to bowiem koronny dowód na wpływ rządu na wolność mediów. Z drugiej strony trudno zakładać, że władze zrezygnują ze wskazywania kolejnych tytułów i portali, które należałoby uciszyć. Redaktor naczelny portalu 24.hu mówił w ubiegłym tygodniu, że ma podstawy, by obawiać się przejęcia. Aparat państwa dysponuje całym wachlarzem możliwości wpływania na właścicieli, by ci spieniężyli udziały – np. podatki. W dużym uproszczeniu: jeśli właściciel ma problemy podatkowe, można zaproponować mu sprzedaż udziałów w zamian za nietykalność.

Państwo może także dyktować warunki na rynku radiowym – niepokorni właściciele mediów nie otrzymywali przedłużenia koncesji na częstotliwości radiowe, w ten sposób eliminowano krok po kroku media Simicski w czasie konfliktu z Orbánem. Sytuacja dotyczyła jednak nie stacji radiowych o profilu politycznym, ale czegokolwiek, co pozostawało własnością danego oligarchy. W tym przypadku chodziło o stacje radiowe z muzyką rozrywkową. Zwiększa się znaczenie stacji lokalnych, które rozszerzają zasięg dzięki nadawaniu przez internet. Takim przykładem niezależności jest „zakazane radio”, Tilos Rádió.

Jeśli chodzi o stacje telewizyjne, krytyki rządu już nie ma. Udało się to uzyskać poprzez wyciszenie telewizji RTL. W jaki sposób? Zaproponowano wdrożenie podatku od reklam. Był on progresywny i uzależniony od liczby emitowanych reklam. Największym komercyjnym kanałem, a co za tym idzie – utrzymującym się z reklam, był kanał RTL. Podatek, nazwany zresztą podatkiem RTL, sięgał kilkudziesięciu procent wpływów tej stacji telewizyjnej, w związku z czym uspokoiła ona przekaz, a rząd podatek w tej formie wycofał.

Największy problem stanowi zmniejszająca się liczba tytułów, które rzetelnie informują o sytuacji na Węgrzech. Powoduje to wzrost podatności kraju na infiltrację rosyjską, ale ona węgierskich władz nie martwi. Symboliczne jest także to, że przejęcie portalu Index odbyło się kilkadziesiąt godzin po zakończeniu unijnego szczytu dotyczącego budżetu, który powiązał (przynajmniej deklaratywnie) środki unijne z kwestią praworządności. W tej kategorii jednak wolność mediów najpewniej się nie mieści.

Fot. Reuters/Forum

Wydanie: 32/2020

Kategorie: Świat

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy