Jak wygrać z gigantem

Jak wygrać z gigantem

Wbrew obiegowej opinii jednostki wciąż mają szanse w starciu z korporacjami

Wiele takich pojedynków, najczęściej toczonych w salach sądowych, zostało uwiecznionych, a przy okazji zniekształconych przez internet i popkulturę. Historia Stelli Liebeck, która w 1992 r. doznała poważnych obrażeń w wyniku oblania się wrzącą kawą z restauracji McDonald’s, a następnie otrzymała od sieci niemałe odszkodowanie, jest jedną z najbardziej znanych i przekłamanych. W przeciwieństwie do wielokrotnie powielanej w sieci interpretacji zdarzeń, kobieta ani nie oblała się sama (tylko przez przypadek), ani nie chciała z koncernem walczyć (początkowo uważała, że za leczenie powinna zapłacić sama). List z prośbą o współfinansowanie hospitalizacji napisała dopiero za namową rodziny, a McDonald’s na początku oferował jej zaledwie 800 dol. Ostatecznie, po wniesieniu sprawy do sądu, analizie biegłego, wpisaniu wypadku w kontekst ponad 700 podobnych zdarzeń w poprzedniej dekadzie i ugodzie z firmą otrzymała około pół miliona dolarów zadośćuczynienia. I niechcący stała się honorową patronką jednostek wyzywających wielkie korporacje na pojedynek.

Podobnie jak Erin Brockovich, aktywistka walcząca o ochronę środowiska naturalnego. W 1993 r. Brockovich na oczach całej Ameryki, a później świata (za sprawą Julii Roberts, która zagrała ją w kinowym przeboju), osiągnęła sukces uznawany za niemożliwy. Zarzuciła firmie Pacific Gas & Electric, jednemu z największych graczy na rynku energetycznym w Stanach Zjednoczonych, trwające wiele dziesięcioleci systematyczne zatruwanie wody środkami chemicznymi używanymi do odrdzewiania instalacji przemysłowych. Choć wielu nie wróżyło jej sukcesu, Brockovich nie odpuszczała, nawet mimo braku (jeszcze wtedy) przygotowania prawniczego. Samouk rzucił wyzwanie firmie z nieograniczonym wręcz budżetem na reprezentację prawną. I wygrał, doprowadzając do jednego z najbardziej przełomowych wyroków w historii amerykańskiego sądownictwa.

Uporem, wiarą we własne siły, przekonaniem o słuszności argumentów, ale też z dnia na dzień poszerzanymi kwalifikacjami i doskonałym przygotowaniem merytorycznym w sali sądowej Brokovich pokonała prawników korporacyjnych, którzy po prostu zlekceważyli kobietę. No bo kto z nich spodziewałby się, że 33-latka w wytartych dżinsach doprowadzi do wypłaty największego jednorazowego odszkodowania w historii USA?

Kwota 333 mln dol., które firma Pacific Gas & Electric musiała wydać na zaspokojenie roszczeń, do dzisiaj nie została przebita.

Tamten proces całkowicie zmienił życie Erin Brockovich, nie tylko z powodu 2,5 mln dol., które sama zarobiła jako procent od wygranej sprawy. Natychmiast stała się symbolem dla tysięcy ludzi, którzy z góry stawiali się na straconej pozycji w konfrontacji z wielką korporacją. Jej kariera prawnicza momentalnie przyśpieszyła, a po latach Erin stała się jednym z najbardziej cenionych ekspertów w sprawach o zanieczyszczenia środowiska. Inspirowała feministki, również dlatego, że jedną z taktyk stosowanych przez jej przeciwników i mających zdyskredytować ją na sali sądowej, było wygranie przez nią przed rozpoczęciem studiów konkursu piękności i uzyskanie tytułu Miss Wybrzeża Pacyficznego USA w 1981 r. Brockovich z tych zarzutów nic sobie nie robiła, bez skrępowania wspominając o przeszłości.

Jej sukces skapitalizowały też media, oferując jej program telewizyjny pod własną marką. Przez lata prowadziła w stacji ABC format o wymownym tytule „Challenge America with Erin Brockovich”, co luźno można przetłumaczyć jako „Wyzwij Amerykę na pojedynek razem z Erin Brockovich”. W swojej karierze wygrała jeszcze kilka głośnych procesów, podbijając licznik odszkodowań wypłaconych przez korporacje. Przede wszystkim jednak zadziałała ludziom na wyobraźnię, bo pokazała, że nawet filary dzisiejszego kapitalizmu muszą czasem ugiąć się przed siłą pozornie zwykłego człowieka.

To wszystko jednak opowieści z lat 90. XX w. i początku XXI w. Świat od tego czasu zmienił się bardzo, zwłaszcza w relacjach obywatel – korporacja. Brockovich była jednoosobowym wehikułem zmiany. Ona akurat biła się w sądzie, ale przed nią walkę w sferze nauki, przemysłu i debaty publicznej prowadziła chociażby Rachel Carson, autorka bestsellera „Silent Spring” (Cicha wiosna), tytuł odnosił się do ciszy spowodowanej wymieraniem gatunków zwierząt z powodu zatrucia chemikaliami, ostrzegającego przed skutkami stosowania pestycydów. Po niej przyszła Naomi Klein, bodaj najbardziej znana autorka alterglobalistyczna, której nazwisko już jednoznacznie kojarzy się z tekstami antykorporacyjnymi. Brockovich, Carson, Klein i wiele, wiele innych osób stworzyło podwaliny dzisiejszego ruchu aktywistycznego.

Wspomniane kobiety prowadziły głównie indywidualną działalność, dzisiejsi aktywiści sami wykorzystują owoce globalizacji, jak media społecznościowe, do swojej często międzynarodowej działalności, już raczej kolektywnej. Korporacje też odebrały lekcję. Nauczyły się przede wszystkim, że przeciwników żadnej klasy i wielkości nie można lekceważyć, a czasami bezpieczniej jest pójść z nimi na ugodę, niż ryzykować otwarte starcie w przestrzeni publicznej. Tam bowiem, zwłaszcza przy wykorzystaniu internetu i narzędzi takich jak bojkot konsumencki, aktywiści często mają sporą przewagę.

Naturalnie najbardziej obrywają dzisiaj ci, którzy dopuszczają się czynów moralnie nagannych. A że w obecnym świecie moralne jest właściwie wszystko, od decyzji o kupowaniu ubrań (nowe, a więc zanieczyszczające planetę, czy używane), przez wybór jedzenia (nieetyczne mięsożerstwo czy proekologiczny weganizm), skończywszy na sposobach poruszania się i transportu, lista firm, które biorą na cel aktywiści, powinna być bardzo długa. Mimo to dominują na niej koncerny paliwowe, a szerzej – energetyczne. Często prowadzą one działalność w krajach globalnego Południa, nie tylko przyczyniając się do katastrofy klimatycznej, ale też wykorzystując nierówności ekonomiczne. Suma ich grzechów jest więc nieporównywalnie większa niż firm, które szkodzą może bardziej, ale tylko na jeden sposób. Nic więc dziwnego, że najgłośniejsze w ostatnich latach sprawy sądowe, w których aktywiści pokonali korporacje, dotyczyły właśnie sporów z gigantami energetycznymi.

Tak było chociażby w przypadku ExxonMobil, teksańskiej firmy paliwowej, reklamującej się hasłem o byciu dziedzicem naftowego imperium Johna Rockefellera. Żeby opisać skalę jej operacji, warto rzucić okiem na liczby: 72 tys. pracowników w 37 rafineriach w 21 krajach, zyski przekraczające 178 mld dol. nawet w trudnym dla branży pandemicznym roku 2020 r. Dziesiątki przyjaciół wśród prezydentów, sekretarzy stanu, kongresmenów. I gama skandali z udziałem sponsorowanych przez nich lobbystów, usiłujących przekonać opinię publiczną, że zmiany klimatyczne są lewicową bzdurą. ExxonMobil wielokrotnie był brany na cel przez aktywistów, ale blokady ich rafinerii czy transparenty wywieszane na ich budynkach przez Greenpeace niewiele firmie szkodziły. Do czasu. ExxonMobil położyli na łopatki aktywiści rodem ze świata finansów korporacyjnych. A dokładniej z funduszu inwestycyjnego. Engine No. 1 to aktywistyczny fundusz i mniejszościowy udziałowiec Exxona, przy czym słowo „mniejszościowy” nie oddaje skali wyzwania. Engine kontroluje tylko 0,02% wszystkich akcji koncernu. Mimo to jego przedstawicielom udało się wywalczyć zmianę, która trwale zrewolucjonizowała strukturę całego giganta paliwowego.

Engine No. 1 jest funduszem proekologicznym, promującym inwestycje i rozwiązania z zakresu gospodarki zeroemisyjnej. Co ciekawe, zawsze uzasadnia je argumentami czysto finansowymi. Na swojej stronie internetowej już w pierwszym zdaniu alarmuje obecnych i potencjalnych inwestorów, że skostniałe mechanizmy zarządzania spółkami energetycznymi prowadzą do strat w ich dywidendach, przede wszystkim ze względu na krótkowzroczne myślenie, skoncentrowane na szybkich zyskach. Innymi słowy, twórcy funduszu Christopher James i Charles Penner alarmują: dalsze trucie planety ogranicza wasze zyski, więc poprzyjcie zmianę! Zmianę, której twarzami jesteśmy my.

Tak też zrobili wewnątrz ExxonMobil, gdzie zaczęli lobbować na rzecz umieszczenia dwóch swoich przedstawicieli w radzie nadzorczej całego koncernu. Nie mieliby na to szans, są zbyt małym inwestorem. Zastosowali więc taktykę pojedynczych negocjacji, skupiając się na indywidualnych rozmowach z większymi graczami. Przekonywali, że jeśli firma nie zacznie wprowadzać bardziej zielonych rozwiązań, pójdzie z torbami, a z nią jej akcjonariusze. Wymuszenie reform, za które odpowiedzialni mieli być wytypowani przez Pennera i Jamesa eksperci od transformacji energetycznych, jest zatem w interesie wszystkich graczy zasiadających przy stole.

To posunięcie o tyle nietypowe, że fundusze takie jak Engine No. 1 najczęściej grają w odwrotną grę – chcą zarobić jak najszybciej, żeby zainkasować prowizję od zysków własnych inwestorów, najczęściej oscylującą w granicach 20% wartości całego wehikułu. Ich argumenty okazały się jednak na tyle przekonujące, że poparły je znacznie bogatsze i bardziej wpływowe podmioty, jak BlackRock, jeden z największych i najostrzej grających funduszy. Po ich stronie były przede wszystkim liczby: kolejne lata, w których ExxonMobil notował stratę, spadające zyski akcjonariuszy, dług, który spęczniał z 7 mld dol. w 2010 r. do 63 mld dekadę później. Zmieniała się też świadomość samych inwestorów, którzy coraz bardziej wierzą, że zmiany klimatyczne wymuszą na koncernach energetycznych reformę działalności. Czy kierują się przy tym nauką, czy polityką zwiększania zysków – w tej chwili jest to mniej ważne. I takie też było dla Engine No. 1.

Stara rada nadzorcza nie chciała jednak dać za wygraną, prowadząc własną kampanię lobbingową, na którą wydała zresztą aż 35 mln dol.

Łączny koszt przeciągania liny między dwoma stronnictwami jest szacowany przez magazyn „Forbes” na ponad 100 mln dol. Ostatecznie jednak stare musiało ustąpić miejsca nowemu. Engine No. 1 wprowadził do rady nadzorczej koncernu czterech kandydatów, dwóch pozostałych ma szansę dołączyć po kolejnym głosowaniu. A James i Penner przekonują, że wszyscy na tym zyskają, od akcjonariuszy, po planetę.

To najciekawsza, ale niejedyna historia zwycięstwa aktywistów nad koncernami paliwowymi w ostatnich latach. W Holandii koalicja proekologicznych organizacji pozarządowych, zrzeszająca globalnych gigantów, jak Greenpeace, ale też znacznie mniejsze, lokalne podmioty, wytoczyła proces Royal Dutch Shell Company. Firma ta wprawdzie z własnej inicjatywy zamierza ograniczyć swoje emisje o 20% do 2030 r., a w połowie stulecia osiągnąć już pełną zeroemisyjność, jednak aktywiści stwierdzili, że to zbyt niskie progi w porównaniu z odpowiedzialnością koncernu za zatruwanie środowiska. Zarzucając mu więc trucie planety na skalę masową, a przez to obniżanie komfortu życia nie tylko mieszkańców samej Holandii, ale wszystkich krajów na świecie, zażądali przyśpieszenie transformacji energetycznej spółki. I sprawę wygrali – sąd w Hadze przychylił się do ich wniosku, wymuszając na Shellu redukcję emisji o 45% do 2030 r. W dodatku na jaw wyszła strategia, którą koncern stosował w celu sprytnego unikania odpowiedzialności za dalsze trucie planety. O ile bowiem chętnie obcinał własne emisje, o tyle umywał ręce od obowiązku redukowania ich w tzw. trzecim zakresie, czyli tam, gdzie emitują je inne podmioty, używające produktów Shella. Sądowe zwycięstwo holenderskich aktywistów jest o tyle ważne, że zostało osiągnięte na gruncie uniwersalnych praw. Holenderski sąd uznał, że Shell działa na szkodę nie tylko obywateli Holandii, ale też mieszkańców innych krajów, oraz że zagraża bezpieczeństwu publicznemu, bo za takie działanie uznano politykę prowadzącą do podnoszenia się globalnych temperatur.

Przypadków takich jak te z udziałem ExxonMobil czy Shella będzie zapewne coraz więcej, również dlatego, że koncerny paliwowe tracą mecenasów, zwłaszcza politycznych. Najlepiej widać to w USA, gdzie choć Joe Biden i George W. Bush są tak naprawdę politykami z tego samego pokolenia, ich strategia klimatyczna jest diametralnie różna (u tego drugiego wręcz nie istniała). Dodać do tego należy też nowy typ aktywisty, który często ubiera się w garnitur, ma dyplom Harvard Business School i zarządza milionami dolarów. Dziś jednostka albo niewielka grupa naprawdę ma szansę wygrać z korporacyjnymi gigantami. Nową Erin Brockovich może być wiele osób, grup, koalicji – teraz na starcie nie zlekceważy ich już nikt.

m.mazzini@tygodnikprzeglad.pl

Fot. Wikipedia

Wydanie: 35/2021

Kategorie: Świat

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy