Mędrcy i trefnisie

Mędrcy i trefnisie

Rok 1999 był dla Sejmu bardzo dziwnym rokiem. Z jednej strony patrząc, był to Sejm ustawodawczej krzątaniny – efektem której były cztery rządowe reformy. Ale krzątanina ta okazała się mało skuteczna – bo reformy przez opinię publiczną ocenione zostały jako nieudane i wymagające dużych poprawek. Więc i na posłów spłynęła część krytyki za nie do końca dopracowane projekty ustaw.
Rok 1999 przejdzie też do historii jako ten, w którym miało miejsce epokowe zdarzenie – po raz pierwszy, miało to miejsce 11 czerwca, w parlamencie przemawiał papież. Dziś, po sześciu miesiącach posłowie ze wszystkich klubów mówią zgodnie, że było to najważniejsze wydarzenie w Sejmie w roku 1999. A jednocześnie w tymże samym roku mieliśmy debatę dekomunizacyjną, podczas której gmach przy Wiejskiej przepełniony był diametralnie innymi emocjami. Efekt jest taki, że Sejm cieszy się coraz mniejszym zaufaniem obywateli – w ciągu roku ta akceptacja spadła z 40 do 20%.
A jaki był rok 1999 dla posłów? Czy pojawiły się w parlamencie nowe gwiazdy, rozwinęły się nowe kariery? Paradoksalnie, większość naszych rozmówców uważa, że pod tym względem nastąpił w Sejmie regres. Co nie znaczy, że zabrakło w nim wybijających się postaci – posłów-mówców, posłów-tytanów pracy, czy też posłów-zagończyków, szarpiących kąśliwymi uwagami politycznych przeciwników.

Posłowie pracowici:

Henryk Goryszewski

Praktycznie do końca roku przewodniczący sejmowej Komisji Budżetu i Finansów. Miał swoje wielkie dni jesienią 1999 roku, kiedy to za sprawą podatków i budżetu komisja pracowała na okrągło. Zainteresowanie mediów zdecydowanie go pobudzało. Zresztą kierował pracami komisji sprawnie, skutecznie włączając do pracy posłów opozycji (poseł Manicki, który zasypał komisję swymi poprawkami, nie był jej członkiem). Gdy czuł potrzebę, nie wahał się wchodzić do klubu SLD w poszukiwaniu potrzebnych mu posłów, a zwłaszcza Marka Wagnera. Jest z tym związana zresztą pewna anegdota. Otóż pewien dziennikarz, starając się o wypowiedź Goryszewskiego do jakiegoś tematu, wbiegł z nim do klubu SLD. I dopiero tam zdołał zadać mu pytanie. Na co usłyszał w odpowiedzi: “Jestem tu gościem, szukam posła Wagnera. Zasada jest taka, że pyta się gospodarzy, a nie gości, więc tu nie będę panu odpowiadał”. – Więc może jak pan wyjdzie? – drążył dziennikarz. – O nie – odpowiadał Goryszewski. – Bo jak wyjdę, to będę rozmawiał z posłem Wagnerem i będę zajęty”.
W sumie Goryszewski marnie poległ – pewnie zresztą za sprawą swej pracowitości. Bo gdyby był trochę bardziej leniwy, to albo nie przyjmowałby zleceń do swej kancelarii, albo też z mniejszym zapałem kopałby w budżecie Leszka Balcerowicza…
“Nie straciłem do Goryszewskiego sentymentu, bo mimo finału nieeleganckiego i – trzeba powiedzieć – dosyć przykrego, to była na pewno gwiazda tej kadencji i w komisji budżetu on błyszczał. Szkoda tylko, że przerosła go sytuacja” – mówi Andrzej Urbańczyk z SLD.
Ewa Tomaszewska
Jest w Sejmie grupa posłów, która nie bierze udziału w wielkich awanturach, za to pracowicie dłubie w kolejnych projektach ustaw. Do nich zalicza się Ewa Tomaszewska, zajmująca się sprawami polityki społecznej. A czyni to tak ofiarnie, że posłowie ze wszystkich klubów zaliczają ją do grona najbardziej pracowitych.
Co na to sama zainteresowana? “W AWS jest wielu posłów, o których w ogóle się nie mówi, a którzy pracują jak mrówki – mówi skromnie. – Na przykład pani poseł Maria Kleitz-Żółtowska, czy pani poseł Zofia Krasicka-Domka. W SLD takimi pracusiami są posłanka Anna Filek i poseł Maciej Manicki. Nic się o nich nie mówi, dlatego, że zajmują się sprawami związanymi z polityką społeczną, z ochroną zdrowia, z edukacją. A to są sprawy, którymi na ogół nie interesują się dziennikarze. Zawsze ten ogólnopolityczny bełkot jest bardziej atrakcyjny dla mediów. I w związku z tym o tych, którzy naprawdę pomagają rozwiązywać problemy społeczne, dowiedzieć się z mediów nie sposób. A to jest ta żmudna praca w komisjach nad zapisami, której nie widać z sali plenarnej”.
Krystyna Łybacka
Zachwyca się nią Janusz Dobrosz, przewodniczący klubu PSL. “Z posłanek najlepsze wrażenie na mnie robi Krystyna Łybacka, jeśli chodzi o pracowitość, o błyskotliwość, o kompetencję, umiejętność występowania ze swadą” – mówi. Ta opinia nie jest odosobniona, trudno tez znaleźć posła, który miałby do Łybackiej jakieś zastrzeżenia.
Marek Wagner
Poseł młody stażem – bo to jego pierwsza kadencja – ale już zajmujący się najważniejszymi sprawami: pieniędzmi państwa. Wcześniej, od roku 1994, prawa ręka wicepremiera Grzegorza Kołodki. Sprawy gospodarki zna więc bardzo dobrze. Kto nie wierzy – niech go przepyta. Wagner jest wiceprzewodniczącym komisji budżetu, był więc przez długie miesiące zastępcą Henryka Goryszewskiego. ZChN kontra SLD – kilku dziennikarzy padło ofiarą tego schematu, zapraszając Wagnera i Goryszewskiego do programu i licząc na to, że posłowie rzucą się sobie gardeł. Nic z tych rzeczy – posłowie nie ustawali we wzajemnych grzecznościach.
Marek Wagner ma swoje prywatne hobby – otóż zależy mu szczególnie, by trudne kwestie finansowe przełożyć na język prosty, powszechnie zrozumiały. Więc eksperymentuje – to on wymyślił na przykład powiedzenie, że polskiej gospodarce przydałaby się viagra. Różnie to zostało ocenione. W każdym razie wysiłki Wagnera bardzo docenia Krzysztof Wolicki, zaliczając go z powodu niehermetycznego języka do grona lepszych sejmowych mówców.

Jan Kulas
W Sejmie poprzedniej kadencji jego pierwowzorem był Eugeniusz Januła, poseł, który zabierał głos przy każdej nadarzającej się okazji i na każdy temat. Jego dzieło kontynuuje dziś Jan Kulas, poseł AWS, mieszkaniec Tczewa, który, jak wyczytać można na sejmowej stronie internetowej, wygłosił dotychczas 296 wypowiedzi, 156 interpelacji, 31 oświadczeń oraz zadał 74 zapytania i 11 pytań.
Oto niektóre z oświadczeń posła: oświadczenie w sprawie przeprowadzonych reform i ich wspierania, oświadczenie w sprawie jubileuszu 50. posiedzenia Sejmu oraz półtorarocznej pracy rządu Jerzego Buzka, oświadczenie w sprawie pomówienia o przynależność do PZPR, oświadczenie w sprawie referendum w Elblągu, itd. Na przykład 16 grudnia Jan Kulas opowiadał posłom o Kociewiu: “Kociewie się jednoczy, Kociewie chce się promować, Kociewie ma swoje tradycje, ma swoją historię. We współczesnej historii niewątpliwie warto zauważyć I Kongres Kociewski, który dotyczył promocji kulturalno-społecznej tego regionu. To był rok 1995. Prawdopodobnie w roku 2000 odbędzie się II Kongres Kociewski”. I tak dalej, i tak dalej.
Aktywność posła jest powszechnie doceniana. “Dostrzegam jego pracowitość” – deklaruje Jerzy Wierchowicz. “To bardzo pracowity poseł” – dodaje Ewa Tomaszewska. “W pewnym sensie lubię i szanuję jego entuzjazm – mówi o Kulasie Andrzej Urbańczyk. – Szkoda tylko, że aktywność posła nie przekłada się na proces legislacyjny”.

Drugi rzut
Oczywiście, te parę nazwisk nie wyczerpuje listy pracowitych posłów. Jest ich wielu, wielu więcej. Janusz Dobrosz w tym gronie umieszcza także posłankę Irenę Kraus z KPN, Macieja Manickiego i swego klubowego kolegę, Aleksandra Bentkowskiego. Andrzej Urbańczyk wymienia Marka Dyducha, Janusza Zemkę, Jerzego Dziewulskiego, Eugeniusza Kłopotka z PSL i Irenę Lipowicz z UW. Jerzy Wierchowicz, podkreślając walory Ireny Lipowicz (“ale w moim klubie wszyscy są pracowici” – zaznacza), wskazuje również na Andrzeja Szkaradka, odpowiedzialnego w klubie AWS za dyscyplinę: “Opanowanie takiego żywiołu wymaga tytanicznej pracy”. A Dariusz Grabowski (koło Polskiej Racji Stanu) wyróżnia posła Pęka.

Posłowie – mówcy:

Jan Maria Rokita

Jeżeli Jan Maria Rokita zaliczany jest do ścisłej czołówki sejmowych mówców, to chyba bardziej efekt opinii, którą cieszy się od lat niż ostatnich na tym polu osiągnięć.
“Najlepsi mówcy sejmowi zamilkli i nie wiem, dlaczego – lamentuje zresztą Andrzej Urbańczyk. – Na początku kadencji wydawało się, że kilku retoryków sejmowych zachowa swoją pozycję. Ale nie. Spadła wartość przemówienia sejmowego”. Tak więc ze słów Urbańczyka wnioskować można, że wysoka pozycja posła z Krakowa wynika z braku konkurencji. Niech i tak będzie – w każdym razie to nie Rokita powinien się tym martwić.
Do grona najlepszych sejmowych mówców, na przykład, wciąż zalicza go Jerzy Wierchowicz. “Ale szkoda – dodaje przewodniczący klubu UW – że przemawia on tak rzadko i że ogranicza się do wąskiej grupy tematów. Uważam, że sam, świadomie bądź nieświadomie, ogranicza swój talent. Polemiczny, polityczny. Być może wynika to z usytuowania, na które sam się skazał. Ale to sprawa pana posła”.
Jerzy Wierchowicz precyzyjnie dotyka tematu – w obecnej kadencji Sejmu Jan Maria Rokita pełni funkcję przewodniczącego sejmowej Komisji Administracji i Spraw Wewnętrznych. I – per analogiam z Goryszewskim – robi to nad wyraz kompetentnie, przy okazji nie antagonizując opozycji, za to dość często cierpko traktując koalicyjnych ministrów. Jest więc Rokita stałym kandydatem na szefa MSWiA i wiadomo też, że właśnie z powodu swej niezależności w obecnym politycznym układzie tego stanowiska nie dostanie. Koniec, kropka.
Marek Borowski
Chyba najlepszy mówca w klubie SLD. Kompetentnie, operując faktami oraz ironicznymi uwagami, demoluje przeciwników. Gdy w debacie podatkowej raz po raz ośmieszał rządowy projekt, brawo bił mu nawet wicepremier Balcerowicz. Jego wystąpienie w debacie dekomunizacyjnej praktycznie ustawiło dyskusję. Co ciekawe, początkowo w tej debacie klub SLD reprezentować miał inny poseł. Ostatecznie, na dwa dni przed debatą zdecydowano, że ciężar polemiki weźmie na siebie Borowski. Na napisanie wystąpienia dostał więc jeden dzień i dwie noce. W tym czasie miał się zapoznać z uregulowaniami prawnymi, konwencjami, opiniami prawników. No i znaleźć informacje, ile to głosów w wyborach otrzymali posłowie AWS, którzy pod projektem ustawy dekomunizacyjnej się podpisali. Efektem tej pracy był ten oto fragment: “I tak podpisany pod projektem pan Stefan Niesiołowski, którego przy okazji serdecznie pozdrawiam, gdyż jego obecność w Sejmie i liczne wypowiedzi są najlepszą gwarancją stałego przyrostu głosów na SLD (wesołość na sali, oklaski), otóż pan poseł Niesiołowski, który w wyborach do Sejmu w Łodzi uzyskał 17 tys. głosów, pragnie przed następnymi wyborami zdekomunizować pana posła Millera, na którego niezorientowane społeczeństwo oddało w tym samym okręgu wyborczym 120 tys. głosów. Obaj podpisani pod projektem posłowie poznańscy, pan Leszek Dziamski – 824 głosy, i pan Marcin Libicki – 9 tys. głosów, chcą zdekomunizować panią poseł Krystynę Łybacką – 85 tys. głosów. (Oklaski) Listę tę można ciągnąć długo, więc jeszcze tylko jeden przykład. Wszyscy podpisani pod ustawą posłowie z Krakowa, panowie Wojciech Hausner, Władysław Kielian i Zbigniew Zarębski, uzyskali łącznie 29 tys. głosów, czyli niewiele więcej niż połowę tego, co uzyskał jeden pan poseł Andrzej Urbańczyk”.
Ale medal ma także drugą stronę. I na przykład, zdaniem Jerzego Wierchowicza, akurat to przemówienie nie było najlepsze. “Borowski jest dobrym polemistą, czasami, niestety, przesadzającym, czym psuje efekt całości wystąpienia – ocenia szef klubu UW. – Czasami ironia, naigrawanie się, jest absolutnie nie na miejscu. Na przykład w debacie dekomunizacyjnej z niesmakiem słuchałem pewnych fraz – dowcipnych, jako takich – ale nie w tym momencie, nie w takim wystąpieniu. Szkoda, że daje się ponieść fantazji, w złym znaczeniu tego słowa”.
Jeszcze bardziej krytyczną cenzurkę za tę debatę wystawiła Borowskiemu Ewa Tomaszewska. “Wystąpienia ogólnopolityczne szefów klubów bywają czasami żenujące – mówi. – Myślę tutaj o prawie moralnym. Jeżeli strona przeciwna zaczyna pouczać nas o demokracji – a w okresie ich rządów siedziałam w więzieniu, byłam bita, nie powiem, w jaki sposób traktowano moją rodzinę – to ja się czuję zażenowana. Nie należę do tych, którzy dogadują w takiej sytuacji. Ja się po prostu za nich wstydzę”.
Irena Lipowicz
Gdyby ktoś chciał ogłosić poselski wielobój, to na pewno zwyciężyłaby w nim Irena Lipowicz. Posłanka Unii Wolności plasuje się w czołówkach niemal wszystkich klasyfikacji – jako najbardziej pracowity poseł, najlepszy mówca, najbardziej szanowany polityczny przeciwnik. Do czołówki posłanka przebiła się podczas poprzedniej kadencji, podczas bojów konkordatowych. Wtedy to, pozornie niewinnymi pytaniami, rozbiła inicjatywę SLD-UP otoczenia umowy z Watykanem tzw. ustawami okołokonkordatowymi. Wtedy też uzyskała przydomek Bozia-Lipowicz. W Sejmie tej kadencji zasłynęła tym, że podczas prac nad ustawami wprowadzającymi reformę samorządową przemawiała przez kilkadziesiąt minut po to, żeby nie dopuścić do głosowania – bo akurat na sali większość miał SLD, a posłowie Akcji gdzieś błądzili w kuluarach. Gdy Lipowicz przemawiała, na salę obrad ściągano posłów prawicy. I ściągnięto.
“Irena Lipowicz jest bardzo dobrym mówcą – ocenia Jerzy Wierchowicz. – Spokojnym tonem potrafi powiedzieć najważniejsze rzeczy. Będzie mi jej w klubie bardzo brakować (pani poseł zrezygnowała z kariery politycznej na rzecz dyplomacji – i będzie ambasadorem RP w Austrii). Mieliśmy czasem parę fundamentalnym sporów. Ale spierać się z panią poseł to wielka przyjemność, a jednocześnie wielka obawa, bo znana jest ciętość jej języka”.
Irenę Lipowicz w gronie najlepszych mówców plasuje również Tadeusz Iwiński, aczkolwiek chętniej widziałby ją w gronie najbardziej szanowanych politycznych przeciwników. Ta ocena świadczy również o wielkoduszności posła SLD, który odbywał z posłanką polemiki na forum Komisji Spraw Zagranicznych. W Sejmie opowiadana jest zresztą anegdota, jak to Iwiński, który miał już dość tych słownych potyczek, postanowił panią Lipowicz obłaskawić. Więc podczas kolejnego wyjazdu do Rady Europy, po oficjalnej kolacji, późnym wieczorem, złapał wyższą o pół głowy posłankę za łokieć i zaproponował: “Chodźmy do baru na coś mocniejszego. Zapraszam”. Na co zdumiony usłyszał: “Jak pan śmie! Za kogo pan mnie ma!”.
Ludwik Dorn
Od kilku dni poseł koła ROP-PC, wcześniej nie zrzeszony, zawsze współpracujący z Jarosławem Kaczyńskim. Co ciekawe, mimo że w swych przemówieniach jest z reguły ortodoksyjnie antykomunistyczny, wielkim sympatykiem jego wystąpień jest Andrzej Urbańczyk. “To bardzo ciekawy mówca. Zawsze ma oryginalny punkt widzenia” – podkreśla.
Dorna ceni też Dariusz Grabowski, aczkolwiek widzi w nim tę wadę, że nie potrafi porwać sali. “Jest bardzo dobry w parlamentarnych sporach prawno-interpretacyjnych kruczkach” – mówi. Jest w tym jakaś racja, bo przemówienia Dorna to nie są patetyczne tyrady do tłumów, to nie rąbanie młotem, a raczej błyskotliwa, uniwersytecka szermierka. Tak było zresztą podczas debaty dekomunizacyjnej. Wtedy najpierw Dorn ubolewał: “Pani minister Labuda z Kancelarii Prezydenta stwierdziła, że SLD powinno pogrzebać tego trupa, który jest zamknięty w szafie. A okazało się dzisiaj, że szafę otwarto, trup z niej nie tyle wypadł, co dziarskim krokiem wszedł na trybunę i wygłosił przemówienie. (Oklaski)”. A potem analizował: “Czym żywi się partia komunistyczna, której jądrem jest aparat PZPR? Otóż jest tak: nie jest ona twórcza, przy wszystkich moralnych, politycznych i intelektualnych wadach obozu solidarnościowego. (…) Partia postkomunistyczna żywiła się i żywi – i dzięki nim rośnie w siłę – procesami degeneracyjnymi, procesami rozkładu, które zachodzą w ramach tej formacji. Siła SLD jest wynikiem tych procesów, jest to siła, nazwijmy to, kultury bakteryjnej. (Wesołość na sali. Oklaski)”.

Drugi rzut
Lista sejmowych retorów nie zamyka się jedynie do tej czwórki. Na pewno w czołówce jest miejsce dla Jacka Rybickiego z AWS. “Rybicki jest przekonywający – mówi Jerzy Wierchowicz. – Aż niewiarygodnie przekonywający”. Lider klubu UW chwali też przewodniczącego UW: “Leszek Balcerowicz jest dobrym mówcą, ale pod warunkiem, że się zdenerwuje. Bo wtedy nie mówi technokratycznie, ale jak człowiek. Bardzo cenię też Jerzego Osiatyńskiego. Jest jasny i klarowny w sprawach gospodarczych”. Za to Ewa Tomaszewska ceni Marka Markiewicza.
Swoje typy ma również Janusz Dobrosz: “Na początku kadencji dobre wrażenie sprawiał na mnie poseł Kazimierz Janiak z AWS, ale teraz nie ma co mówić – komentuje. – Za to wrażenie kompetentnego sprawia Zbigniew Wawak. Choć czasami z niego się nabijają. Ale ma odwagę występować”.

Posłowie – zagończycy:

Stefan Niesiołowski

Dla Tadeusza Iwińskiego to klasyczny zagończyk. Nie tylko zresztą sejmowy – bo Niesiołowski kipi od nadmiaru energii. I część z niej pożytkuje na łamach tygodnika “Wprost”. O to zresztą “zahaczył” go Marek Borowski podczas debaty dekomunizacyjnej. “My, posłowie SLD, darzyliśmy pana posła Niesiołowskiego, przyznaję, ograniczoną sympatią, ale szanowaliśmy – mówię zupełnie serio – za jego zasady moralne i prostolinijność. Tymczasem dziś pan poseł Niesiołowski jedną ręką podpisuje ustawę, która każe pogardzać byłymi sekretarzami PZPR, drugą zaś pisuje artykuły do tygodnika, którego redaktorem naczelnym jest były sekretarz KC PZPR. (oklaski). A więc człowiek, który, cytuję za ustawą, sprzeniewierzył się interesom narodu polskiego”.
Niesiołowski na taki zarzut bronił się marnie: “Przypadek Marka Króla świadczy, że jednak można z drogi komunizmu zawrócić. Radzę wziąć z tego przykład”. Ale przy innych okazjach sobie nie folgował.
W sumie, jego kariera dowodzi gdzie może polityka zawieść zacietrzewienie i brak pracy nad sobą. I podczas gdy inni politycy się rozwinęli, poszli do przodu, Niesiołowski został w tym samym miejscu. Nie “grożą” mu żadne stanowiska ministerialne, nawet zwykłe szefowanie komisji. Jest po prostu “facetem od pyskowania”.
Dyplomatycznie ocenia go Jerzy Wierchowicz: “Jego nienawiść i żółć są tak niesympatyczne, że nie ma co wspominać”.
Maciej Manicki
Ewa Tomaszewska zalicza go do grona sejmowych pracusiów. Podobnie Janusz Dobrosz i Andrzej Urbańczyk. Natomiast Dariusz Grabowski widzi w nim zagończyka, ale takiego, który do boju przystępuje dobrze merytorycznie przygotowany. Może więc przystańmy na klasyfikację Grabowskiego? Bądź co bądź, Manicki dał się poznać szerszej publiczności nie z powodu swej aktywności w Komisji Polityki Społecznej, ale wtedy, kiedy podkładał minę pod pociąg zwany podatkami.
Michał Kamiński
W albumie “Maksymy i autografy posłów i senatorów” Michał Kamiński jako swoją życiową maksymę wpisał “cała naprzód!”. To wiele wyjaśnia.
Rzecznik ZChN-u jest wymieniany najczęściej w gronie sejmowych zagończyków. Wszyscy podkreślają zapał Kamińskiego do mówienia i obrażania przeciwnika. Choć przeciwnik specjalnie się tym nie przejmuje. “Krzykaczy się nie boimy, krzykacze kompromitują się sami – przekonuje Andrzej Urbańczyk. – Zresztą myślę, że sam Kamiński zorientował się, że się trochę zagalopował”.
W gronie czołowych zagończyków umieszczają również Michała Kamińskiego, Ewę Tomaszewską i Dariusza Grabowskiego. “Myślę, że takim harcownikiem jest Michał Kamiński, natomiast to wcale nie świadczy, że podzielam sposób, w jaki to uprawia – mówi Grabowski. – W Sejmie brakuje mi takich indywidualności, które odstawałyby od stada”. “Mam mieszane uczucia co do sensowności niektórych jego wystąpień” – komentuje Jerzy Wierchowicz.
Sceptycyzm wobec wyczynów Kamińskiego bierze się jeszcze z jednego – otóż nasi rozmówcy twierdzą, że rzecznik ZChN ma po prostu coraz gorszą formę. I im staje się grubszy, tym dowcip ma coraz bardziej ciężki.
Aktywność Michała Kamińskiego niektórzy tłumaczą też przypadłością nazwiska. Tak się składa, że w klubie AWS jest trzech Kamińskich i każdy z nich cieszy się opinią fightera. Mariusz jest szefem Ligi Republikańskiej i wnioskodawcą ustawy dekomunizacyjnej. Zaś Krzysztof w Sejmie ubiegłej kadencji, jeszcze w barwach KPN-u, nie ustawał w atakach na SLD. Przycichł dopiero teraz. I jeżeli kilka lat temu swą energię ogniskował na przemówieniach, to teraz skupia na poselskich wyjazdach zagranicznych.
Władysław Adamski
Zagończyk-antyklerykał, rodzaju chrząkającego. Podczas debaty nad częstotliwościami dla Radia Maryja Adamski chrząkał. Wyglądało to tak: “Radio ma (chrząknięcie) ryja”. Potem tłumaczył, że pewne słowa nie chcą mu przejść przez gardło i wtedy dostaje skurczy.
Co uchodzi satyrykom, nie uchodzi posłom. Dlatego też Andrzej Urbańczyk, wpisując Adamskiego na listę zagończyków, zaznaczył: “Nieraz mu się zdarza zachować w taki sposób, którego ja absolutnie nie mogę zaakceptować”.
“Trzyma się jednego tematu. I bardzo przesadza. Raczej ze szkodą niż pożytkiem dla sprawy” – podsumowuje Adamskiego Jerzy Wierchowicz.

Drugi rzut
Ewa Tomaszewska pytana o sejmowych zagończyków jednym tchem wymienia “trzech Kamińskich”. “Wszyscy trzej są dobrzy” – mówi. Jerzy Wierchowicz do tej grupy dorzuca SLD-owskich posłów – Bogdana Lewandowskiego i Jerzego Zakrzewskiego. Janusz Dobrosz ubolewa, że w tej kadencji o swych wcześniejszych umiejętnościach zapomnieli Krzysztof Kamiński i Piotr Ikonowicz. Cóż, dawni bohaterowi odchodzą (czyżby zmęczyła ich popularność?), w ich miejsce pojawiają się nowi. Tak jak Andrzej Woźnicki, drobnej postury poseł AWS z Łodzi, o którym mało kto wiedział, dopóki na sali sejmowej nie krzyknął pod adresem posłów SLD: “Do Trybunału z hołotą!”. Tak oto poznaliśmy Woźnickiego.

 

Wydanie: 3/2000

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy