Z czego się cieszy Marek Czarkowski?
Czyżby nagle, z roku na rok, z miesiąca na miesiąc, za sprawą kilku polskich „globalnych” firm staliśmy się nowym mocarstwem gospodarczym? Polska gospodarka przestała być półkolonią w systemie światowego kapitalizmu? Tylko żal niskich płac?
Z różnych raportów i pogłębionych analiz specjalistów od polityki przemysłowej i rozwojowej (a nie bankowych i katedralnych ekonomistów) płynie inny wniosek. Inny niż ten, który raduje serca rządzących i sekundującej im komentatorskiej braci. Dlatego tym trudniej im przyjąć do wiadomości, że Polska ma cechy gospodarki zależnej, peryferyjnej. O peryferyjnym statusie decyduje kilka funkcjonalnych zależności.
Po pierwsze, zależność finansowa w postaci kapitału założycielskiego banków z krajów rdzenia. W krajach starej Unii to kilka, najwyżej kilkanaście procent. U nas wciąż ok. 60%. Banki z kapitałem zagranicznym udzielają ok. 70% kredytów netto. Wśród demoludów tylko Polska oddała kontrolę nad sektorem finansowym kapitałowi zagranicznemu.
Po drugie, zależność od handlu zagranicznego towarami i usługami z krajami rdzenia. Na polskim rynku dominuje import oraz wielkie sieci handlowe patronów, choć mamy swoje Dino i tak chwalone przez red. Marka Czarkowskiego kiedyś gdańskie, obecnie maltańskie LPP Fashion Lab Cotton („Albo patriotyzm, albo zyski”, nr 6/2026). A polski rynek wewnętrzny liczy potencjalnie ponad 37 mln konsumentów. Gdyby nie utracone korzyści w postaci produktów rodzimych firm, produkcja krajowa mogłaby być o 40-60% większa. Większe też byłyby wpływy z podatków. Wskaźnik penetracji importowej wzrósł z 17% w 1989 r. do 54% w 2006 r. (w UE wynosi 44%).
Po trzecie, przytłaczająca jest wciąż zależność technologiczna od importu myśli naukowo-badawczej i nowoczesnej techniki. Z 1634 zakładów zbudowanych w PRL tylko 142 należały do przemysłów wysokiej techniki, co stanowiło niecałe 9%. Nic się nie zmieniło. W Polsce nadal ma miejsce „głęboki niedorozwój przemysłów wysokiej techniki”, stwierdza wybitny znawca polityki przemysłowej prof. Andrzej Karpiński. Bo np. tylko pięć zakładów zbudowanych przez kapitał zagraniczny po 1989 r. zalicza się bezpośrednio do tej kategorii. Przede wszystkim chodzi o przemysły wysokiej techniki (elektronika, robotyka, produkcja urządzeń dla transformacji energetycznej). Jachty i wideogry CD Projektu, puszki do coca-coli CANPACK Group czy okna ze standardowych profili – nawet nie mogą być wisienkami na torcie, bo tego tortu nie ma od tysiąclecia. Mimo że „The Economist” już w 2014 r. ogłosił „złotą jagiellońską erę” polskiej gospodarki. Ogólnie udział wyrobów wysokiej techniki można szacować tylko na 8%







