Milion euro w trzy dni

Milion euro w trzy dni

Pokerzyści z całej Europy wpadli na chwilę do Warszawy

Co się bardziej opłaca, zwyciężyć w Konkursie Chopinowskim, konkursie architektonicznym czy turnieju pokera? Porównanie nakładu pracy i spodziewanego zysku daje odpowiedź jednoznaczną. W Konkursie Chopinowskim pierwsza nagroda to 25 tys. dol., a uczyć się trzeba i studiować co najmniej 15 lat, pracować katorżniczo dzień w dzień, nie mówiąc już o rzadkim talencie, jaki jest dany nielicznym. Aby zostać architektem, potrzeba sześciu lat trudnych studiów politechnicznych, konieczne jest też zdobycie doświadczenia pod okiem najlepszych w tym zawodzie, a praca nad konkursowym projektem wymaga ok. rocznego zaangażowania, po czym nagroda, jak przy konkursie na Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie, wynosi 160 tys. zł.
W pokerze wszystko jest szybsze i prostsze, jak to w hazardzie. Studiów nie trzeba żadnych. By nauczyć się gry w pokera, wystarczy pięć minut, dojście do światowego poziomu zaś to sprawa kilku lat grania o różne stawki. Na ostatnim European Poker Tour, pierwszym w naszym kraju międzynarodowym zjeździe hazardzistów, nagrodę ponad 1,2 mln zł zdobył po trzydniowych zmaganiach przy stoliku pewien Duńczyk, zawodowy gracz, który żyje, i to całkiem dobrze, z takich turniejów jak warszawski.

300 graczy

Polscy pokerzyści nie weszli do ostatniej rundy i bogata pula nagród, w sumie ok. 1 mln euro, przeszła im koło nosa. Nie stanie się tak jak w USA, gdzie młody mężczyzna, który w grę zainwestował zaledwie 39 dol., trafił do finału w Las Vegas i wygrał 2,5 mln dol. W Stanach gra w pokera bije teraz rekordy popularności, bo ten przykład udowodnił, że w siedem kart (amerykańska odmiana gry) może wygrać każdy. W Polsce na razie nie ma takiego zagrożenia.
Ale po kolei. Do tej pory odbywały się w Polsce turnieje pokera o charakterze amatorskim dostosowane do lokalnych warunków, gdzie wpisowe wynosiło ok. 200 zł. Tym razem w największym powierzchniowo kasynie w Polsce, w hotelu Hyatt w Warszawie, zorganizowano jeden z dziewięciu prestiżowych European Poker Tour, które kończą się co roku finałem w Monte Carlo. Do stolicy Polski ściągnęła więc czołówka hazardzistów, którzy jeżdżą z turnieju na turniej. Wpisowe wynoszące 15 tys. zł zapłaciło bez szemrania 300 graczy, bo tyle pomieściły sale kasyna w hotelu Hyatt. Wszystkie miejsca zostały wykupione na długo przed startem 14 marca. Zawodowych pokerzystów ściągnęła przygotowana przez organizatorów pula nagród – 1 mln euro – oraz gwarancja udziału w wielkim finale.
Typowy hazardzista to człowiek szybkich, nieraz gwałtownych decyzji. Przykładem był Irlandczyk, Andy Black, któremu udało się niemal cudem zdążyć na otwarcie turnieju i… odpaść już w pierwszym rozdaniu. Andy właściwie zaspał na ostatni samolot do Warszawy. Obudził się o 4 rano i postanowił, że jednak zagra w EPT Warsaw. O piątej, po szaleńczej jeździe samochodem, był już na lotnisku w Dublinie, a kilka godzin później jechał taksówką z Okęcia w kierunku Hyatt Regency. Jak napisano na portalu www.poker24.pl, „trzeźwość umysłu Andy najwidoczniej zostawił na Zielonej Wyspie”. Przy stoliku Irlandczyk nieustannie podbijał stawkę, najpierw do 600, potem do 2000, dorzucając do puli połowę swojego „stacka”. W końcu gdy otrzymał dwie dziesiątki, rzucił wszystko na jedną szalę, czyli zagrał all-in. Sprawdził przeciwnika, a ten wyciągnął dwa asy.

Polacy nie podskoczyli Skandynawom

W turnieju wzięło też udział 12 polskich hazardzistów rekrutujących się spośród zawodników brydża sportowego oraz amatorów mocnych wrażeń. Kierownikiem polskiej drużyny został zaproszony do turnieju znany piłkarz Jan Tomaszewski. Dwóch graczy zdobyło miejsce w turnieju dzięki „eliminacjom” w internecie. Jeden z organizatorów turnieju, portal gier hazardowych, ale zarazem zakład bukmacherski Betsson, przygotował dla Polaków specjalną promocję, dzięki której dwójka internautów mogła wygrać wart 20 tys. zł pakiet startowy.
Nasza kadra prezentowała się nieźle, przynajmniej na liście uczestników. Niemal każdy miał do nazwiska dołączoną budzącą respekt ksywę. Gangster, Nitro, Corleonesi, Krawiec, Warsaw, Żelik, Panam, Kino, Slavoy grali ze zmiennym szczęściem, ale w pierwszych rozdaniach, kiedy stawki były jeszcze niskie, dzielnie dotrzymywali kroku zawodowcom z zagranicy. Doskonale radził sobie Jan Tomaszewski, który potroił otrzymaną na wstępie pulę 10 tys. żetonów w ciągu pierwszych dziewięciu godzin gry. Komentatorzy turnieju spoglądali z uznaniem na pokerowego debiutanta, który wcześniej występował jedynie w turniejach brydża dla VIP-ów.
„Jan Tomaszewski gra całkiem nieźle, coś w rodzaju rock/tight/solid, jakkolwiek nie wiem, czy do końca zdaje sobie sprawę z rosnących blindów i ante”, pisał posługujący się pokerowym żargonem obserwator turnieju.
„Janowi Tomaszewskiemu najwidoczniej znudziła się gra, bo o ile dotychczas grał całkiem solidnie, to kilkanaście minut przed końcem odpadł w zupełnie bezsensowny sposób – czytamy w sprawozdaniu z drugiego dnia turnieju. – Jego rywal podbił stawkę, Tomaszewski podwoił, przeciwnik rzucił wszystko do puli, Tomaszewski sprawdził, nie pomogły kolejne karty i pan Jan pożegnał się z imprezą”.
– To był dla mnie zaszczyt i duża satysfakcja reprezentować polską drużynę po raz pierwszy na takim turnieju – powiedział „Przeglądowi” legendarny bramkarz reprezentacji. – Jeszcze nigdy nie grałem w pokera z prawdziwymi zawodowcami, gdzie zwycięstwo zależy od szczęścia, blefu i wyczucia. Kiedy zaczynałem, było 150 graczy, gdy odpadłem w dziewiątej rundzie – tylko 55. Wylosowałem stolik z bardzo twardymi zawodnikami i stawki były już wielokrotnie wyższe niż na początku. W pokerze nie można się wycofać przed końcem i odebrać „ugranych” pieniędzy. Nic więc nie wygrałem i niczego nie straciłem, bo jako zaproszony nie wpłaciłem 15 tys. zł wadium.
Z Polaków najdłużej trzymał się przy stoliku Łukasz Wasek, który zmieścił się nawet w stawce medalowej. Zakończył turniej „w kasie”, na 22. miejscu, a nagród było 24. Zainkasował nieco ponad 60 tys. zł. Za miejsce 24. gracz otrzymał 24 tys. zł.

Crazy Scandies

Ostatniego dnia turnieju było już tylko ośmiu zawodników i żadnego Polaka. Sami „szaleni Skandynawowie”, czyli crazy Scandies. Ponoć swoją mocną pozycję w zawodowym pokerze zawdzięczają grze wyjątkowo agresywnej. – Nie boją się zaryzykować wszystkiego – ocenił grę kolegów Norweg Andreas Hoivold, który wygrał poprzedni turniej w Dortmundzie i bezpośrednio po nim przyjechał do Warszawy. Andreas, który gra od czterech lat, przeszedł na zawodowstwo przed kilkoma miesiącami, kiedy porzucił pracę w branży komputerowej i zaczął jeździć po wygrane. Jego ostanie nagrody to 200 tys. dol. za trzecie miejsce w turnieju Ladbrokes oraz 800 tys. dol. za pierwsze miejsce w Dortmundzie. W Warszawie Andreas był trochę „przymulony”, ponoć zbyt mocno świętował z kolegami w Dortmundzie swój sukces. Pierwszą nagrodę, 1,2 mln zł, zdobył Duńczyk Peter Willers Jepsen. Po zakończeniu turnieju był bardzo oszczędny w słowach.
– Thanks for watching – dziękuję za obserwację mojej gry – powiedział przedstawicielowi portalu poker24.pl. – Trzymam za słowo menedżera Lee Jonesa, który zapewnił mnie, że EPT Warsaw znajdzie się w kalendarzu European Poker Tour Season 4. Tak więc do zobaczenia za rok.

 

Wydanie: 13/2007

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy