Minuta ciszy na żywo

Minuta ciszy na żywo

Dążenie do podporządkowania sobie mediów jest równie głęboko zakorzenione w Fideszu, jak i u socjaldemokratów

Zsolt Bogar, węgierski dziennikarz prasowy i radiowy

Rozmawia Agnieszka Hreczuk

Zsolt Bogar ostatnio pracował dla kanału informacyjnego węgierskiego radia publicznego, MR1-Kossuth Rádió. Był redaktorem prowadzącym porannego magazynu „180 minut”. 21 grudnia moderator Attila Mong, za zgodą Bogara, przerwał audycję minutą ciszy, po tym jak podał informację o uchwaleniu ustawy medialnej przez parlament. Obaj zostali za to zawieszeni, w ich sprawie toczy się postępowanie dyscyplinarne.

– „Ustawa medialna została uchwalona w nocy. Ponieważ zgodnie z jej zapisami nie wolno nam inaczej komentować prawa, nasz komentarz wyrażamy w ten sposób”. I minuta ciszy w audycji na żywo. Podobno poprzednio cisza w węgierskim radiu zapanowała po śmierci Stalina?
– Tak powiedział redaktor naczelny, w ramach krytyki. Tyle że wtedy były jeszcze łzy, dodał. Naszą akcję uznał za równie przesadną. Miała być przejawem narcyzmu i ekshibicjonizmu.

– Liczyliście na zrozumienie?
– Na pewno nie spodziewaliśmy się, że dużo tym zdziałamy. To była sprawa naszego sumienia. Pomyśleliśmy, że jeżeli teraz nie zrobimy kompletnie nic, za następne pięć lat nie opędzimy się od wyrzutów sumienia, że nie pokazaliśmy naszej krytyki tej ustawy, złej ustawy.

– Właściwie dlaczego Fidesz teraz uchwala nową ustawę? Ograniczać demokrację w czasie prezydencji w Unii? Dziwny krok.
– Sama nowelizacja ustawy medialnej była na Węgrzech konieczna. Stara, z 1996 r., zupełnie nie odpowiadała obecnej sytuacji na rynku mediów. Nie uwzględniała wielkiej liczby nadawców ani mediów online. Konieczność zmian akceptowali wszyscy. Tyle że do nowelizacji potrzebna była większość dwóch trzecich w parlamencie. Dopiero Fideszowi mogło się to udać.

– Ale fideszowska ustawa media ogranicza.
– Nie demonizowałbym Fideszu. Ustawa jest antydemokratyczna, ale to nie tylko wina tej partii. Wszystkie dotychczasowe projekty były podobne. Bez względu na to, kto rządził, były tworzone w partyjnych pokojach, nie debatowano o nich publicznie. Każdy projekt przewidywał ograniczenie wolności mediów, ich polityzację. Dążenie do podporządkowania sobie mediów jest równie głęboko zakorzenione w Fideszu, jak i u socjaldemokratów. Prędzej czy później do ograniczenia wolności mediów na Węgrzech by doszło, z Fideszem czy bez. Zresztą to ogólna tendencja w całym byłym bloku wschodnim – politycy nie są w stanie zaakceptować, że mogliby być kontrolowani przez niezależne media. To wynik stosunkowo krótkiej tradycji wolnych mediów w tym regionie.

– Na czym konkretnie polega zagrożenie ustawą?
– Przede wszystkim jest nieprecyzyjnie napisana. Nie wiadomo, co jest złamaniem prawa, jakie kary mają być stosowane za jakie przewinienia. Sformułowanie, że złamaniem prawa jest „naruszenie czci mniejszości albo większości” – co to ma oznaczać? Ten brak precyzji pozwala na subiektywne stosowanie zapisów, podciąganie ich do doraźnych celów. Zwłaszcza gdy o ich zastosowaniu decyduje rada, która – jak zakłada nowa ustawa – złożona jest z ludzi jednej opcji politycznej, bez jakiegokolwiek nadzoru merytorycznego. To właśnie jest groźne dla mediów.

– Jak przełoży się to na sytuację węgierskich mediów?
– Wydawcy będą znacznie ostrożniejsi. Na Węgrzech nakłady gazet są niskie, a budżet napięty. Kara nawet o wysokości 700 tys. euro może oznaczać plajtę. Jeżeli w każdej chwili, uznaniowo, wydawcom będzie grozić kara, kilka razy będą się zastanawiać, jakim tematem się zająć i jak szczegółowo. Może niektóre aspekty odrzucić, nawet jeśli byłyby one ważne z punktu widzenia interesu społecznego. Przez lata pracowałem jako dziennikarz śledczy. Zrobiłem kiedyś materiał o skorumpowanym lewicowym wiceburmistrzu Budapesztu, za rządów socjalistów. Artykuł się ukazał, polityk siedzi w więzieniu. Opublikował ten tekst mały tygodnik. Jestem przekonany, że wydawca nie odważyłby się teraz, za nowej ustawy, wydrukować takiego tekstu o polityku Fideszu. Obawiałby się ryzyka. Zresztą nie wiem, czy sam doszedłbym teraz do takich informacji, jakie zdobyłem wtedy. Dziennikarze mogą być zmuszani do ujawnienia danych swoich informatorów. Jak ci ludzie mają mieć do mnie zaufanie?

– Unia skrytykowała ustawę. Czy wsparcie Brukseli i praw członkowskich może wpłynąć na rząd w tej sprawie?
– Nie sadzę, by mogło to coś zmienić. Unia nie wprowadzi żadnych sankcji, nie działa w ten sposób. Zresztą Orbán nie jest człowiekiem, na którego łatwo można wpłynąć. To, co mogę sobie wyobrazić, to sytuacja, w której ustawa działa, ale jej najbardziej kontrowersyjne zapisy nie są stosowane. To mogłoby uspokoić Unię, a Orbánowi pozwoliłoby zachować twarz. Jednak nie zmieniłoby to faktu, że te zapisy nadal wisiałyby nad węgierskimi mediami jak miecz Damoklesa.

– Czy można się spodziewać na Węgrzech więcej spraw przeciw dziennikarzom?
– Trudno powiedzieć. To zależy od tego, jak będzie stosowana ustawa, ale i od samych władz w redakcjach. Często w węgierskich mediach naczelni i członkowie rad są gorliwsi, niż zakłada to prawo. Tak chcą się przypodobać władzom. Już przed wprowadzeniem ustawy do rozgłośni zapraszani byli tylko określeni goście i eksperci. Krytyka Fideszu i związanych z nim kręgów była wypierana. Ostatnio nawet jeden z polityków Fideszu powiedział, że zawieszenie nas to już przesada. Powiedziałbym, że na Węgrzech ta autocenzura w mediach publicznych była obecna nawet wtedy, gdy oficjalnie cenzury nie było. Przez to nasze media nigdy nie były niezależne.

Wydanie: 2/2011

Kategorie: Świat

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy