Moskal, Polak, Żyd…

Moskal, Polak, Żyd…

Moskal nie mógłby wystąpić, gdyby nie miał poparcia Polonii, która od dawna do Nowaka-Jeziorańskiego odnosi się z rezerwą

Odbyłem ciekawą rozmowę ze znajomym ze Stanów, który przyjechał na spotkanie Polonii w Warszawie. Zapytałem go o wypowiedź antysemicką prezesa Moskala, która wywołała oburzenie w kraju. Jego zdaniem, nastąpiło nieporozumienie, które bierze się z różnicy perspektywy. Zamieszczam tu jego opinię bez ustosunkowania się, jako że nie mam dosyć własnych danych.
Wiktor studiował prawo na Uniwersytecie Warszawskim, wyjechał w 1957 r., obecnie jest w Chicago kierownikiem biura projektów, obsługującego zakłady budowlane. Uważa on, że rodacy w kraju nie zdają sobie sprawy z położenia Polonii i w ogóle z sytuacji w Stanach. W tej chwili problemem najważniejszym nie jest Izrael czy Irak, lecz powrót napięć etnicznych. W Warszawie sądzi się, że to dla Ameryki sprawa przebrzmiała i że nastąpiło tam zjednoczenie narodowości. W przekonaniu tym utwierdzają nas filmy, w których czarni przedstawiani są na stanowiskach, jako komisarze policji czy sędziowie. Słyszy się też o akcji „political correctness”, która przestrzega równości obywateli bez względu na rasę, płeć, odrębność seksualną. Otóż sam fakt istnienia owej akcji bierze się ze stale trwającego niebezpieczeństwa, zaś kino wyraża nie tyle stan faktyczny, co dobrą wolę propagandową, tym bardziej że większość dzisiejszej klienteli kin to Murzyni i emigranci. W rzeczywistości

napięcie na tle różnic
rasowych

narasta, tym dramatyczniej, że kolorowi nie są bierni jak niegdyś, lecz reprezentują siłę zorganizowaną.
Do zaognienia przyczynił się napływ imigrantów z Ameryki Południowej, liczniejszy niż dotychczas. Gore powiedział, że Stany mają własną płonącą granicę – południową. Setki tysięcy przyjezdnych z Meksyku uzyskują obywatelstwo, zaś tysiące następnych przeciekają nielegalnie. W niektórych okolicach hiszpański stał się drugim językiem półoficjalnym. Nacisk ten powoduje nawrót uprzedzeń i także, jako odruch obronny, powtórne skupianie się innych grup etnicznych. Zdaniem Wiktora, jest to w tej chwili główny problem w Stanach. Uważa on, że pierwsze posunięcie Busha jako prezydenta: wznowienie zimnej wojny z Rosją, na którą – jak się zdaje – Rosja nie ma ochoty oraz zaognienie stosunków z Chinami, ma na celu zjednoczenie opinii wokół jakoby wciąż zagrażającego niebezpieczeństwa międzynarodowego oraz odwrócenie uwagi od fermentu wewnętrznego.
Otóż staje się on groźny dla Polaków, których w Stanach jest około 10 milionów, ale ich status nie jest wysoki. Bowiem pomimo „political correctness”, zresztą przestrzeganej bardziej w wypowiedziach niż w praktyce, przynależność narodowa ma znaczenie. Najbardziej szanowany jest wciąż WASP (biały Anglosas protestant), ale też inne nacje mają miejsce w hierarchii, np. Irlandczycy (spotyka się ogłoszenia, że pożądany jest pracownik „of Irish extraction”). Położenie Polaków jest w tym względzie kłopotliwe. Tak zwane „Polish jokes” należą do tradycji, której się już nie usunie, podobnie jak francuskiego „pijany jak Polak” („soul comme un Polo-nais” figuruje w spisie przysłów Encyklopedii Larousse’a), czy niemieckiego „Polnische Wirtschaft” na określenie bałaganu. „Ilu potrzeba Polaków do zmiany żarówki? Trzech: jeden trzyma ją przy wtyczce, a dwóch obraca go razem z żarówką, by się wkręciła”. „Jak złamać Polakowi palec? Uderzyć go w nos, (w którym trzyma palec)”.
Wiktor obiecuje, że przyśle mi „polski ręcznik” z napisem „Polish shower” (polski prysznic); jest na nim goły osobnik, oddający na wentylator mocz, który odbity skrapla rodaka. Publikowane są zbiory; niedawno popularny rysownik, Ronald Steigman, wydał album podobnych karykatur. Oczywiście, są też dowcipy na temat innych nacji, ale nie w tym tonie; na przykład

żarty o Anglikach są dobroduszne, polskie zaś – pogardliwe.

Również katolicyzm Polakom nie pomaga; w protestanckiej Ameryce jest on uważany za zacofany i zabobonny; polski papież traktowany jest życzliwie, ale w tonacji folklorystycznej, w rodzaju dalajlamy czy Wielkiego Muftiego.
Również dyskusje o holokauście nie przysłużyły się Polakom. Jest to w Stanach olbrzymia akcja medialna, z której w kraju nie zdajemy sobie sprawy. Otóż Polacy występują tam bądź jako obojętni, bądź jako zadowoleni z niego, bądź jako uczestnicy. Ostatnio dwie główne sieci telewizyjne nadały program o likwidacji getta warszawskiego w oparciu o raport Stroopa: wymienia on po nazwisku Niemców poległych w akcji oraz polskich policjantów; tych jest codziennie od czterech do ośmiu, czasem do dziesięciu zabitych. Ilu więc żywych mogło uczestniczyć? W rezultacie przeciętny Amerykanin, który zazwyczaj nie wie, że jest coś takiego jak Polska, albo wie mętnie, że były obozy, że były na terenie Polski, że Polacy byli wmieszani, jest skłonny sobie wyobrazić, że

Polacy są nie mniej
odpowiedzialni niż Niemcy.

Na tym tle nieszczęsna wypowiedź Moskala jest nie tyle antysemicka w sensie nienawistnym czy rasistowskim, co ma charakter pretensji wobec amerykańskiej społeczności żydowskiej. Zdaniem Wiktora, Moskal nie mógłby jej wygłosić, gdyby nie miał poparcia Polonii. Trzeba też uwzględnić różnicę wydźwięku w określeniu narodowości w Polsce i Europie oraz w Ameryce. U nas definicja „Żyd”, „Polak”, „Niemiec” łączy się automatycznie z emocjami; nie jest obiektywna, lecz ma skłonność do epitetu. W Ameryce jest to rzeczowe nazwanie faktu i bywa, że osoba, która się przedstawia, wymienia obok swego nazwiska również swoją narodowość jako informację. Moskal może narzekać na Żydów, ale w Ameryce nie wyrządzi im szkody, natomiast w Polsce, w obecnym stanie ducha rozrachunkowego, brzmi skandalicznie. Wiktor twierdzi zresztą, że polskie media pominęły część oświadczenia Moskala, gdzie mówi on o „antypolonizmie”. Jest skądinąd zdania, że wypowiedzi Moskala są fatalnie sformułowane; wytyka mu się niedołęstwo językowe i nawet w Chicago krąży dowcip, że „jak na Moskala mówi prawie jak Polak”. Nawiasem mówiąc, Wiktor uważa Moskala za politycznego reakcjonistę.
Tak czy inaczej, Wiktor twierdzi, że reakcja w kraju była nietrafna z powodu różnicy w intencji oraz w mentalności między ojczyzną i emigracją. Podobnie stało się przy okazji krytyki Nowaka-Jeziorańskiego przez Moskala. Dla Wiktora było zaskoczeniem, że sam prezydent wziął Nowaka w obronę, niejako w imieniu autorytetu państwa. Według amerykańskich zwyczajów,

wolno atakować każdego polityka, póki żyje i działa,

zresztą potem również. Także w tym wypadku Moskal nie mógłby wystąpić, gdyby nie miał poparcia Polonii, która od dawna do Nowaka odnosi się z rezerwą, jako do dyrektora Radia Wolna Europa. Tu również jest ciekawa różnica między reakcją w kraju i w Stanach. Wątpliwości polonijne dotyczyły propagandowej akcji krytycznej i sabotażowej, uprawianej przez RWE. Emigracja, oczywiście, popierała walkę z władzą komunistyczną, ale przyjmowała z satysfakcją osiągnięcia krajowe.
W szczególności szło o ziemie zachodnie, co do których, o dziwo, rodacy w kraju nie widzą żadnych zagrożeń, natomiast emigracja, przeciwnie, lęka się o ich utratę wręcz panicznie – może też dlatego, że poczyniła tam olbrzymie jak na nią wkłady finansowe. Otóż bezustanne kompromitowanie krajowych wysiłków gospodarczych, organizacyjnych i wszelakich innych, uprawiane przez RWE, podważało, w odczuciu Polonii, również prawo do ziem zachodnich Polaków, którzy nie potrafią tych terenów wykorzystać. Co łączy się też z ogólnym nastawieniem proniemieckim Nowaka, wzywającego do bratania się byłych uczestników wojny. Polacy służący w armii USA nie mieli ochoty ściskać się z wehrmachtowcami, być może winnymi zbrodni na naszym narodzie, tym bardziej że taka fraternizacja znowu rzutuje się na ziemie zachodnie: są one wyrównaniem moralnym za zniszczenie naszego kraju. Jednak to uzasadnienie zanika przy ogólnym wybaczaniu. Stąd też wątpliwości, możliwe że niezasłużone, co do przeszłości Nowaka w Generalnej Guberni.
Czy nie wolno o to zapytać? W Ameryce, powiada Wiktor, byłaby to normalka w stale trwających, ostrych porachunkach politycznych; w Polsce natomiast z miejsca mamy święte oburzenie narodowe. Czy Wiktor ma rację? Nie wiem, bo nie mam dosyć informacji. Nie mniej uderzyło mnie, że Wiktor, może ze względu na jego horyzont intelektualny, w trakcie naszej całonocnej rozmowy z udziałem litrowej butelki śliwowicy „Monastyrskiej”, podał dane, które – jak dotąd – nie zostały powiedziane i dlatego warto było je odnotować.

Wydanie: 24/2001

Kategorie: Opinie

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy