Historia pewnej profesury

Historia pewnej profesury

Potrzebna jest gruntowna zmiana systemu awansów naukowych, by partykularne interesy klik naukowych nie eliminowały ludzi oryginalnie myślących

W numerze 31. „Przeglądu” prof. Ludwik Stomma opisał skandaliczną historię pewnej habilitacji. Niestety nie jest to odosobniony przypadek, i chodzi tu nie tylko o habilitacje, ale i o profesury. Przypadki te jednoznacznie wskazują, że polski model zdobywania najwyższych stopni i tytułów naukowych jest ułomny. Do jego naprawy nie wystarczą kosmetyczne poprawki wprowadzone przez ostatnie nowelizacje ustaw. Potrzebna jest gruntowna zmiana systemu awansów naukowych, właściwie zmiana filozofii tego systemu, by partykularne interesiki klik naukowych nie eliminowały ludzi oryginalnie myślących, którzy potrafią najwięcej wnieść do skarbnicy wiedzy.

NIE ZNAM WSZYSTKICH PRZYPADKÓW

krzywd wyrządzonych ludziom poświęcającym życie badaniom naukowym. Opiszę więc jeden przypadek, który znam najlepiej, bo pełniłem funkcję sekretarza komisji przeprowadzjącej postępowanie kwalifikacyjne w sprawie o nadanie tytułu naukowego profesora nauk fizycznych. Występujący o ten tytuł naukowiec był zatrudniony na uczelni nieposiadającej prawa występowania o nadanie tytułu profesorskiego i zgodnie z przepisami dziekan i rada macierzystego wydziału zwrócili się do rady naukowej największego instytutu badawczego, zatrudniającego ponad 40 fizyków z tytułem naukowym profesora oraz kilkunastu doktorów habilitowanych, z wnioskiem o przeprowadzenie odpowiedniego postępowania. Jako sekretarz komisji dwukrotnie telefonicznie oraz dwukrotnie osobiście konsultowałem sprawę z przewodniczącym sekcji nauk matematyczno-fizycznych ówczesnej Centralnej Komisji ds. Stopni i Tytułu Naukowego, prof. Józefem Smakiem, czy fakt, że kandydat specjalizuje się w astrofizyce i astronomii, nie jest przeszkodą formalną, gdyż w składzie rady naukowej jest tylko jeden, co prawda wybitny, astrofizyk. W odpowiedzi zawsze padało stwierdzenie, że to recenzenci merytorycznie oceniają dorobek naukowy i to oni powinni posiadać odpowiednie kwalifikacje. W tej sytuacji rada naukowa powołała czterech recenzentów o bardzo wysokich kwalifikacjach: prof. Wilhelminę Iwanowską z Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu, prof. Marka Demiańskiego z Centrum Astronomicznego Mikołaja Kopernika w Warszawie, ks. prof. Michała Hellera z Obserwatorium Watykańskiego i prof. Marka Kutscherę z Instytutu Fizyki Jądrowej w Krakowie. Prof. Demiański w uprzejmym liście do rady naukowej podziękował za okazane mu zaufanie, ale poprosił o zwolnienie go z obowiązku recenzowania z uwagi na planowany dłuższy wyjazd zagraniczny. Wszystkie pozostałe recenzje były jednoznacznie pozytywne i rada naukowa po przeprowadzonej dyskusji wystąpiła do Centralnej Komisji ds. Stopni i Tytułu Naukowego z wnioskiem o zatwierdzenie uchwały o nadaniu kandydatowi tytułu profesora. Wynik głosowania w radzie naukowej był prawie jednomyślny.

W CENTRALNEJ KOMISJI

sprawa długo nie mogła się doczekać powołania tzw. tajnego superrecenzenta. Okazało się, że czekano na powrót z zagranicy prof. Demiańskiego, który tym razem recenzję napisał, stwierdzając, że wniosek o nadanie kandydatowi tytułu profesora jest przedwczesny, gdyż nie legitymuje się on zbyt wieloma publikacjami. Merytoryczna zawartość publikacji specjalnie go nie interesowała. Podstawę negatywnego stosunku do wniosku stanowiło jednak jego zdziwienie, że wniosek wysunęła ta, a nie inna  rada naukowa. Poza tym niezgodnie z prawdą prof. Demiański stwierdził, że w żadnym przeglądowym artykule naukowym osiagnięcia kandydata nie zostały odnotowane.
Drugi superrecenzent, prof. Bożena Czerny, w swojej recenzji podkreśliła wagę wyników naukowych kandydata, jednak w konkluzji zgodziła się z tezą, że wniosek jest przedwczesny. W tej sytuacji Centralna Komisja, w większości składająca się ze specjalistów w innych niż kandydat dziedzinach, nie zatwierdziła wniosku rady naukowej.
W swoim odwołaniu rada naukowa ponownie wystąpiła z wnioskiem o nadanie kandydatowi tytułu profesora. Stanowisko to poparli wszyscy pierwotni recenzenci. Prof. Iwanowska w swoim liście jawnie stwierdziła, że prof. Demiański przenosi na kandydata swój spór ideologiczny, który ona z nim prowadziła. Dodatkowo rada zwróciła się do pięciu najwybitniejszych specjalistów światowych o wydanie opinii o dorobku naukowym kandydata, w tym do światowj sławy prof. Very Rubin (USA), odkrywczyni istotnego efektu potwierdzającego istnienie we wszechświecie tzw. ciemnej energii. Wszystkie te opinie zostały przez Centralną Komisję zlekceważone stwierdzeniem, że uczeni ci nie mają polskiej habilitacji, a więc ich zdanie nie może być brane pod uwagę. W swoim odwołaniu rada wskazała również, że artykuły przeglądowe, na które powołał się prof. Demiański, dotyczą innej tematyki, a więc nie mogły wspominać o osiągnięciach kandydata. Przeciwnie, w odwołaniu wskazano, że w jednym artykule przeglądowym, poświęconym tematyce kandydata, wyraźnie napisano, że to on właśnie uzyskał najlepsze na świecie dane obserwacyjne.
Centralna Komisja powołała dodatkowego superrecenzenta w osobie prof. Andrzeja Staruszkiewicza, którego obszerna recenzja powinna służyć jako wzorcowa recenzja naukowa. Prof. Staruszkiewicz punkt po punkcie pokazał, że prof. Demiański nie ma racji. Nie przekonało to jednak większości członków sekcji i przewagą dwóch głosów, przy dużej liczbie wstrzymujących się, sekcja nie uwzględniła odwołania rady naukowej.

W PÓŹNIEJSZYM OKRESIE,

w dwóch rozmowach prof. Demiański stwierdził, że nigdy nie uważał, że kandydat nie zasługuje na tytuł profesora, ale z takim wnioskiem powinna wystąpić inna rada naukowa. Nie odniósł się jednak do mojej uwagi, że to nie rada naukowa poniosła konsekwencje jego recenzji, ale kandydat, który przypłacił to ciężką chorobą. Równocześnie prof. Demiański obiecał, że podejmie kroki, by z nowym wnioskiem wystąpiła inna rada. Niestety, nigdy nie dotrzymał słowa.
Tymczasem kandydat wypromował kilku doktorów, napisał książkę i kilkadziesiąt artykułów do prestiżowych międzynarodowych czasopism naukowych. W uznaniu jego wybitnych zasług naukowych odkrywcy jednej z planetoid wystąpili do Minor Planet Center (międzynarodowej organizacji odpowiedzialnej za zbieranie informacji o Układzie Słonecznym i planetoidach) o nadanie jej imienia kandydata. Wniosek został zatwierdzony i kandydat ma swoją planetoidę w Pasie Głównym Planetoid, między Marsem a Jowiszem, ale tytułu profesora w Polsce nie ma. I nikomu nie przyszło do tej pory do głowy, by tę sytuację wyprostować. Ten fakt również ilustruje obyczaje panujące w polskiej nauce.


Autor jest profesorem doktorem habilitowanym, emerytowanym profesorem Uniwersytetu Łódzkiego i Instytutu Fizyki Jądrowej w Krakowie

Wydanie: 34/2013

Kategorie: Opinie

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy