Wrak

Wrak

Kardynał Armand Jean du Plessis de Richelieu był człowiekiem niezłomnym. Kiedy podczas wizytacji południowych prowincji państwa niemoc go zwaliła z nóg, a wstrząsy karety przyprawiały o nieznośne bóle, nie zrezygnował z kontynuowania inspekcji. Kazał sobie wybudować rodzaj platformy, na której pod prowizorycznym zadaszeniem mieściło się wygodne łoże, biurko i sejf z dokumentarni. Konstrukcję tę niosło 16 pachołków zmienianych co 2 km. Przodem jechał pan de Noyers, nakazując tam, gdzie bramy były za wąskie dla platformy, wyburzanie murów, gdzie indziej poszerzanie mostów i dróg. Ponieważ kardynał nie mógł chodzić, przebudowywano na gwałt kwatery, żeby w przejściach i drzwiach zmieścić się mogło swobodnie wielkie łoże eminencji. W tej sytuacji podróż z Lyonu do Paryża trwała pełny miesiąc, od połowy września do połowy października 1642 r., Richelieu nie doznał jednak podczas niej najmniejszego uszczerbku. Skądinąd nie na wiele mu się to zdało, zmarł bowiem w grudniu tegoż roku.
Jak się okazuje, swoistym następcą Wielkiego Kardynała w dziedzinie przemieszczania się w przestrzeni ma być wrak smoleńskiego tupolewa. Wysłuchałem w telewizji ekspertów tłumaczących, że przewiezienie go do Polski wymagać musi zwiększenia szerokości wielu szos, zbudowania objazdów zbyt niskich tuneli, podniesienia gdzieniegdzie trakcji elektrycznej etc. Problem w tym, o czym owi eksperci najwyraźniej zapomnieli, iż droga ze Smoleńska do Rzeczypospolitej wiedzie przez Białoruś. Polacy hangar na wrak przenieść mogą do Brześcia na przykład i uniknąć w ten sposób komunikacyjnych problemów. Cały ciężar organizacji przejazdu spaść więc musi na białoruskie władze, z którymi dalibóg najlepszych stosunków nie mamy. Gdybym był Łukaszenką, głęboko bym się zastanawiał, dlaczego niby mam wyświadczać Polakom takie grzeczności. Załóżmy jednak, że Polacy zapłacą za fatygę tak szczodrze, że będzie się to finansowo opłacało. To też nie rozwiałoby moich wątpliwości. Jeżeli bowiem podczas transportu ładunek poddany zostanie jakimś wstrząsom albo – niczego nie można do końca wykluczyć – trzaśnie weń piorun z niespodziewanej burzy, kto będzie odpowiedzialny za tak oczywisty spisek? Wtedy dopiero rozpęta się propagandowy jazgot, którego nie oszczędzą sobie wyznawcy wraka na żadnym międzynarodowym forum. I na co mi taki dodatkowy kłopot? Pozostaje droga powietrzna. Być może dysponują Rosjanie takim monstrum lotniczym, w którym zmieściłby się wrak w całości. Ale gdybym był z kolei Putinem, myślałbym, co się stanie, jeżeli przy załadunku coś się skrzywi albo samolot wpadnie w turbulencje i jakiś kawałek żelastwa się przesunie, zniekształci inny element, coś się wygnie albo pęknie (a wraki to delikatna materia). Przecież byłby to ostateczny i niezbity dowód matactwa mającego na celu zatuszowanie śladów złowieszczego zamachu. Lepiej zgoła nie krakać, co by się stało, gdyby z kolei transportowiec uległ wypadkowi.
Ostatecznie jednak wszystko da się przemieścić. Dowodem chociażby obelisk na place de la Concorde w Paryżu, ważący 220 ton. A przecież, kiedy w 1831 r. podarował go Muhammad Ali królowi Ludwikowi Filipowi, wydawało się, że dostarczenie prezentu do Francji będzie technicznie niemożliwe. Potrwało wszystko parę lat, ale wreszcie 25 października 1836 r. dotarł do miejsca przeznaczenia. Kosztowało to miliony franków i kilkanaście istnień ludzkich, cel jednak został osiągnięty. Należy więc patrzeć z optymizmem w przyszłość. Na przetransportowanie naszego wraka też w końcu jakiś chytry sposób się znajdzie. Niestety, na tym kłopotów bynajmniej nie koniec. Co bowiem zrobić ze złomem po przebadaniu go co do milimetra sześciennego?
Minister Jarosław Gowin proponuje, żeby fragmenty żelastwa wkomponować w pomnik ku czci ofiar katastrofy. Nie jest w tym względzie pierwszym miłośnikiem metaloplastyki. Brąz kolumny na place Vendôme pochodzi z 1250 przeważnie zdezelowanych lub niepasujących kalibrem do pocisków francuskich armat rosyjskich i austriackich zdobytych przez Napoleona pod Austerlitz. W ten sposób, tworząc patetyczny symbol, pozbyto się przy okazji uciążliwego złomu. Projekt Gowina jest więc niedoskonały i niewystarczający, gdyż zaiste trudno sobie wyobrazić pomnik, w który dałoby się upchać całego tupolewa. A co z resztą relikwii? Można by oczywiście, jak o tym poucza przykład Jana Pawła II, zbudować pomników setki w każdym mieście i w każdej parafii, co dałoby jakiś skutek. I wtedy jednak dalecy bylibyśmy od ostatecznego rzeczy rozwiązania. Samolot to niestety nie tylko metal. W skład relikwii wchodzą również elementy nietrwałe, czyli posągowo bezużyteczne: wyściółka foteli, kotary, części plastikowe… Spalić ich szczątki lub wyrzucić na śmieci byłoby jawnym świętokradztwem. Z kolei na muzeum nie starczy. I bądź tu mądry.
A przecież jest jedno wyjście z sytuacji przynoszące nam same korzyści. Najprostsze. Jajko Kolumba. Zostawiamy wrak tam, gdzie jest, a ewentualne dodatkowe badania przeprowadzamy tamże, czego Rosjanom trudno będzie nam odmówić. Za jednym zamachem oszczędzamy niemało pieniędzy, unikamy kłopotliwych pertraktacji, a przede wszystkim podrzucamy Putinowi jajo nie Kolumba tym razem, ale perfidnie kukułcze. Wszystkie bowiem dylematy spadają w jednej chwili na jego głowę, a cokolwiek zrobi, zawsze będziemy mogli zakrzyknąć i rozedrzeć szaty przed opinią międzynarodową, że uczynił źle, antypolsko, dyktatorsko, imperialistycznie etc. Przecież to polityczne abecadło. Trojanie byli pazerni i wciągnęli do siebie konia. Co z tego wynikło, wiadomo. Wrak w Polsce to również zaczyn nieszczęść – kolejnych nieuniknionych kłótni i konfrontacji. Ostawmy go w spokoju. Kawałek zaś skrzydła na potrzeby upragnionego przez ministra Jarosława Gowina pomnika zawsze uda się jakoś wynegocjować.

Wydanie: 7/2013

Kategorie: Opinie

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy