No future?

No future?

„Co ty wiesz o młodych”, odpowiada Gadzinowskiemu 30-letni SLD-owiec

„Co ty, k… wiesz o młodych?”, mógłbym zapytać Piotra Gadzinowskiego po lekturze tekstu zatytułowanego „Stara viagra” i trzymając się zaproponowanego przez niego systemu skojarzeń, ale nie zapytam, bo taki sposób myślenia zwyczajnie nie przystaje do realiów, które autor próbuje opisywać.
„Czy brak w dyskusji dwudziestoparolatków, pięknych trzydziestoletnich z SLD świadczy, iż nie mają oni niczego SLD do zaproponowania, powiedzenia?”, pyta Gadzinowski. Twierdzi też, że jeśli młodzi nie wezmą udziału w dyskusjach prowadzonych przez Mieczysława Rakowskiego czy Jerzego Urbana, to znaczy, że traktują Sojusz jak politycznego trupa i nawet nie chce im się o nim gadać. Boleje też, że jeżeli SLD w najbliższych wyborach parlamentarnych straci połowę dziś posiadanych mandatów, zmaleje liczba biur poselskich pozwalających uzyskać dotację z budżetu państwa czy miejsc w parlamentarnych komisjach, a zatem realna siła partyjnego ognia.
Piotr Gadzinowski nie rozumie jednak, że jego perspektywa, reprezentanta szpetnych ponadczterdziestoletnich, nijak się nie ma do punktu widzenia znaczącej części młodych. Sam się zaliczam do tak zdefiniowanej grupy – w lipcu skończę 30 lat – ale staż partyjny kwalifikuje mnie raczej do partyjnego żłobka, bo do SLD wstąpiłem pod koniec zeszłego roku. Wcześniej jednak przez kilka lat obserwowałem Sojusz jako dziennikarz zajmujący się w Częstochowie – bo tutaj mieszkam – lokalną polityką, a z zewnątrz, jak wiadomo, widać jeśli nie lepiej, to na pewno szerzej.
Piotr Gadzinowski mentalnie stanął przed tym samym problemem co wyższa kadra kierownicza dużych korporacji. Każda z tego typu instytucji dochodzi w swoim rozwoju do takiego stanu, kiedy biurokracja bierze górę nad skutecznością. Wewnętrzne procedury, hierarchie i rytuały zastępują skuteczne działanie. Ludzie piastujący strategiczne funkcje są bardziej zajęci wpasowaniem się w wewnętrzną konstrukcję stworzonej przez siebie struktury niż światem zewnętrznym, który przecież jest warunkiem koniecznym istnienia korporacji. Popadają w eskapizm.
Innymi słowy i bez metafor – partia to nie biura poselskie ani funkcje w komisjach parlamentarnych, a na pewno nie przede wszystkim. Partia to czynne uczestniczenie w życiu ludzi, po prostu. Wracając do moich jeszcze do niedawna dziennikarskich obserwacji, znaczna część młodych członków, którzy są ważną częścią częstochowskiego Sojuszu, funkcjonuje głównie na zewnątrz partii. Młodzi nie skupiają się na debatach inicjowanych przez seniorów, bo one tak naprawdę nie mają większego znaczenia. Przede wszystkim pracują, działają w biznesie, są częścią społeczności, a dopiero potem członkami SLD. I tak powinno być, bo jak można uprawiać politykę w oderwaniu od prawdziwych potrzeb ludzi? Sprowadzając rzecz do nieco, ale tylko nieco przesadzonego uproszczenia, nie da się wygrywać wyborów, nie wiedząc, czego potrzebują ci, którzy mają wrzucić swoje głosy do urn. Niestety, nie wszyscy o tym pamiętają.
Jeżeli SLD straci w najbliższych wyborach połowę dzisiejszej reprezentacji w parlamencie, to nie będzie wina młodych, którzy nie przyłączyli się do ideowych sporów seniorów, co między wierszami sugeruje Piotr Gadzinowski. Ale jeżeli SLD wygra następne wybory, nie będzie zasługa, a na pewno nie przede wszystkim tych, którzy dziś takie debaty prowadzą i uważają, że bez nich nie ma przyszłości dla SLD.

 

Wydanie: 24/2003

Kategorie: Opinie

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy