Sinusoida polityki Trumpa wobec Chin

Sinusoida polityki Trumpa wobec Chin

Zainicjowana przez Trumpa wojna handlowa tylko umocni chińską gospodarkę

Gdyby przedstawić politykę Donalda Trumpa wobec Chin z ostatnich dwóch lat w postaci wykresu, miałby on kształt sinusoidy. Polityka ta była tak zmienna, jak zmienny i nieprzewidywalny jest sam prezydent. W trakcie kampanii wyborczej 2015-2016 Trump atakował Chiny i krytykował przedsiębiorstwa amerykańskie, które w poszukiwaniu taniej siły roboczej przeniosły tam swoje zakłady. Zapowiadał, że jeśli wygra wybory prezydenckie, zobowiąże firmy amerykańskie do powrotu do Stanów Zjednoczonych. „Chiny – mówił wówczas – przejmują nasze stanowiska pracy i nasze pieniądze”. Proponował wprowadzić cła zaporowe w wysokości 45% na importowane towary chińskie, by chronić rynek amerykański przed ich zalewem.

Bardzo dobra chemia i bardzo wysoki deficyt

Kiedy jednak w styczniu 2017 r. zasiadł na fotelu prezydenta, znacznie zmiękczył stanowisko wobec Chin i chińskiej polityki. Po rozmowie telefonicznej z prezydentem Xi Jinpingiem określił swoje stosunki z nim jako przykład „bardzo dobrej chemii”. W czasie spotkania obu prezydentów w kwietniu 2017 r. na Florydzie Xi Jinping zaznaczył, że jego kraj oczekuje stabilizacji stosunków gospodarczych z USA i uniknięcia wojny handlowej w postaci nałożenia ceł na towary chińskie. Trump skarżył się na ogromny deficyt handlowy, jaki Stany Zjednoczone mają z Chinami, i krytykował Państwo Środka za nieuczciwe manipulowanie kursem swojej waluty, a także rozbudowę baz na wyspach Morza Południowochińskiego.

Będąc z wizytą w Pekinie w listopadzie 2017 r., Trump starał się pozyskać Chiny jako partnera gospodarczego i sojusznika w naciskach na Koreę Północną. W związku z tym unikał krytycznych uwag na temat chińskiej polityki i mówił o potrzebie rozwijania stosunków opartych na partnerskiej współpracy. Obydwa kraje podpisały wówczas porozumienia handlowe na ogólną sumę 250 mld dol.
Miesiąc później Trump w obecności grupy amerykańskich wojskowych przedstawił założenia swojej polityki zagranicznej i narodowej strategii bezpieczeństwa. Powiedział, że Chiny i Rosja stanowią wyzwanie dla „amerykańskiej siły, wpływów, interesów i próbują osłabić amerykańskie bezpieczeństwo i prosperity”. Przedstawił te kraje jako antagonistów zagrażających Stanom Zjednoczonym. Reakcja Chin była jednoznacznie krytyczna. Pekin ocenił, że nowa strategia Trumpa reprezentuje „zimnowojenną mentalność”.
Polityka Trumpa po krótkim okresie ocieplenia i przyjaznych stosunków z Chinami zaczęła przybierać coraz ostrzejszy charakter. Amerykański prezydent coraz wyraźniej zmierzał do wojny handlowej i uzasadniał to ogromnym deficytem handlowym USA. W 2017 r. eksport amerykański do Chin wynosił 130 369,5 mln dol., import zaś 505 597,1 mln dol., co oznacza deficyt w wysokości 375 227,6 mln dol. Udział Stanów Zjednoczonych w eksporcie chińskim wynosił 18%, natomiast Amerykanie lokowali na rynku chińskim zaledwie 8% swojego eksportu.

Wojna na cła

Na początku 2018 r. Trump zdecydował się na jeszcze bardziej agresywną obronę amerykańskich interesów gospodarczych. 22 marca nałożył na towary importowane z Chin wysokie cła o łącznej wartości 60 mld dol. Było to posunięcie odwetowe za kradzież przez chińskie firmy amerykańskiej własności intelektualnej. Według prezydenta ma to uczynić Stany Zjednoczone „silniejszym i bogatym” państwem. Chiny oświadczyły, że nie chcą wojny handlowej z USA, ale ostrzegły, że mogą podjąć środki odwetowe. Amerykańsko-chińskie rozmowy handlowe wiosną 2018 r. zakończyły się fiaskiem.

W kwietniu Chiny wprowadziły zapowiedziane wcześniej cła na 128 amerykańskich produktów, m.in. samoloty, samochody, rury stalowe, wina, wieprzowinę, owoce, artykuły techniczne. Stany Zjednoczone zaś poza zwiększonymi cłami na import stali i aluminium obłożyły cłami do 25% ponad tysiąc produktów. Rząd chiński ogłosił, że na politykę celną Trumpa odpowie „w tej samej skali i z taką samą intensywnością”.

Decyzje administracji Trumpa spotkały się ze sprzeciwem wielu amerykańskich instytucji gospodarczych i firm utrzymujących stosunki handlowe z Chinami. Z protestem przeciw zapowiedziom prezydenta o restrykcjach w handlu z Chinami wystąpiło 40 amerykańskich stowarzyszeń przemysłowych i handlowych, w tym Walmart, Boeing, IBM, Target i Facebook. Ostrzegały one prezydenta, że jego decyzje odbiją się negatywnie na gospodarce Stanów Zjednoczonych, a wojna handlowa między USA i Chinami, dwoma największymi potęgami gospodarczymi świata, nie będzie miała zwycięzców.

W pewnym momencie w maju br. wydawało się, że USA i Chiny zgodziły się na zawieszenie broni. We wspólnym oświadczeniu 19 maja Chińczycy zgodzili się „znacznie zwiększyć zakupy amerykańskich towarów i usług, aby zmniejszyć istniejącą nierównowagę w handlu”. Mówiono wówczas o zakupie towarów wartości 200 mld dol. Jednak już 24 września rząd Stanów Zjednoczonych nałożył 10% cła na import z Chin wartości 200 mld dol. Cła objęły połowę chińskiego eksportu na rynek amerykański, nałożono je na bardzo szeroki asortyment towarów, m.in. maszyny przemysłowe, meble, produkty żywnościowe, rękawice bejsbolowe. Waszyngton twierdził, że celem sankcji jest ukaranie Chin za nieuczciwe praktyki handlowe i kradzieże amerykańskiej własności intelektualnej. Przedstawiciele administracji Trumpa obłudnie głosili, że celem rządu amerykańskiego jest doprowadzenie do wolnego handlu z zerowymi taryfami i zerowymi subsydiami ze wszystkich stron.

Chiny zapowiedziały podjęcie kroków odwetowych i ogłosiły nałożenie od 5 do 10% podatku na importowane z USA towary, m.in. tekstylia, artykuły chemiczne, mięso, części samochodowe. Rząd chiński stanowczo zaprzeczał amerykańskim zarzutom i oskarżał Stany Zjednoczone o protekcjonizm w handlu międzynarodowym. Pekin był przeciwny eskalacji konfliktu i wojnie handlowej z Waszyngtonem. By zademonstrować niezadowolenie z polityki Trumpa, władze chińskie odmówiły zgody na wizytę amerykańskiego okrętu wojennego w Hongkongu. Pekin wyrażał dezaprobatę dla decyzji Waszyngtonu o sprzedaży Tajwanowi sprzętu wojskowego za kilkaset milionów dolarów. Rząd chiński odwołał również zaplanowane na połowę października doroczne rozmowy na temat bezpieczeństwa z sekretarzem obrony USA Jamesem Mattisem.

Nowe pola konfrontacji

Amerykańsko-chińskiej wojnie handlowej towarzyszyły różne incydenty, które pogarszały stosunki między dwoma mocarstwami. Latem 2018 r. Amerykanie zatrzymali Kevina Mallory’ego, byłego pracownika CIA oskarżonego o przekazywanie Chińczykom tajnych dokumentów. 25 września aresztowany został Chińczyk Ji Chaoqun oskarżony o działalność wywiadowczą na rzecz Chin. Gina Haspel, szefowa CIA, 24 września ostrzegała przed rosnącymi wpływami Chin w świecie i dążeniem do zmniejszenia wpływów amerykańskich.
Gdy 26 września Trump przemawiał w Radzie Bezpieczeństwa ONZ, bez podania jakichkolwiek dowodów oskarżył Chiny o ingerencję w obecną kampanię wyborczą do Kongresu: „Niestety, stwierdziliśmy, że Chiny próbują ingerować w nasze zbliżające się w listopadzie wybory, i to przeciw mojej administracji. (…) Nie chcą, abym wygrał, ponieważ jestem pierwszym prezydentem, który rzucił wyzwanie Chinom w handlu”. Zapowiedział buńczucznie, że USA wygrają wojnę handlową z Chinami „na każdym poziomie”.

Chiny stanowczo zaprzeczyły tym zarzutom. Minister spraw zagranicznych Wang Yi powiedział w ONZ, że Chiny „nie dadzą się zastraszyć i nie ulegną naciskom”. Pekin wytknął Stanom Zjednoczonym „prowokacyjne” loty bombowców B-52 w pobliżu Morza Południowochińskiego.

Do ataku włączył się także wiceprezydent Mike Pence, który 4 października oskarżył Chiny o „grabieżcze” praktyki gospodarcze, ingerowanie w demokrację USA i osłabianie pozycji politycznej Trumpa oraz jego szans na reelekcję. Następnego dnia Pentagon opublikował raport oskarżający Chiny o działanie na rzecz osłabienia amerykańskiej bazy wojskowo-przemysłowej. Wszystko to może świadczyć, że Waszyngton nie ogranicza się już do wojny handlowej i widzi potrzebę rozszerzenia płaszczyzny konfrontacji.

Chiny zarzucają Stanom Zjednoczonym dążenie do militaryzacji Morza Południowochińskiego. Faktem jest, że rząd prezydenta Trumpa częściej wysyła okręty wojenne w pobliże chińskich wysp. Pentagon twierdzi, że celem jest zapewnienie swobody żeglugi w tym rejonie, a nie wejście w posiadanie wysp. Kiedy w czerwcu br. sekretarz obrony James Mattis przebywał w Pekinie, prezydent Xi Jinping ostrzegł go, że Chiny nie ustąpią Ameryce „nawet cala” swojego terytorium. 8 października szef dyplomacji chińskiej Wang Yi w rozmowie w Pekinie z sekretarzem stanu Mikiem Pompeo zarzucił Stanom Zjednoczonym, że ingerują w wewnętrzne sprawy Chin i eskalują napięcie w stosunkach handlowych. Pompeo przyznał, że obydwa kraje dzielą „fundamentalne różnice” polityczne i gospodarcze.

Prawica amerykańska głosiła tezę, że Chiny są największym rywalem politycznym i konkurentem gospodarczym Stanów Zjednoczonych we współczesnym świecie. Z niepokojem obserwowano w Waszyngtonie umacniające się i rozszerzające wpływy Chin na różnych kontynentach – i podejrzewano Pekin o dążenie do dominacji na świecie. Tymczasem, jak pisał prof. Grzegorz W. Kołodko, „Chiny – bynajmniej nie pragną świata zdominować, tylko wykorzystać globalizację z pożytkiem dla siebie i niekoniecznie kosztem innych, ale czasami wręcz pomagając”.

W różnych krajach pojawiły się komentarze, że zainicjowana przez Trumpa wojna z Chinami w dłuższej perspektywie umocni chińską gospodarkę, zmuszając tamtejsze firmy do innowacji i podniesienia technologii na wyższy poziom.

Prof. dr hab. Longin Pastusiak jest amerykanistą, dyrektorem Instytutu Stosunków Międzynarodowych w Akademii Finansów i Biznesu Vistula, b. posłem na Sejm (1993-2001) i b. marszałkiem Senatu (2001-2005)

Fot. AP/East News

Wydanie: 44/2018

Kategorie: Opinie

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy