Europa bez Tołstoja i Czechowa?

Europa bez Tołstoja i Czechowa?

Anna Tatarkiewicz (utopistka)

Można by wymienić jeszcze kilku, jeśli nie kilkunastu rosyjskich twórców – pisarzy, kompozytorów, reżyserów – których dorobek stanowi integralną część kultury europejskiej, a właściwie euro-amerykańskiej. Tymczasem wydaje się, że w związku z Partnerstwem Wschodnim jakbyśmy o tym nie wiedzieli…
Nie odważyłabym się napisać tego tekstu, gdyby nie wypowiedź Lecha Wałęsy w programie „Dziś wieczorem”, która – o ile mi wiadomo – przeszła bez echa. Otóż pierwszy wybrany w powszechnym głosowaniu prezydent III RP stwierdził, że nie rozumiemy Rosjan i niepotrzebnie ich drażnimy. Właśnie tak.
Ustami Lecha Wałęsy doszedł chyba do głosu chłopski zdrowy rozsądek, z którym niestety w naszym postszlacheckim społeczeństwie, zwłaszcza zaś w gronie polityków, mało kto się liczy. Nasz bezkrytyczny kult walki zbrojnej i związana z nim tradycyjna rusofobia zatykają nam uszy i przysłaniają oczy.
„Kto powiedział, że Moskale / Są to bracia nas, Lechitów / Temu pierwszy w łeb wypalę / Pod kościołem karmelitów”. Tak brzmiała ulubiona piosenka mego dziadka po kądzieli, Erazma Romanowskiego, który (choć Galicjanin) wziął udział w powstaniu styczniowym 1863 r. i został ranny w tej samej bitwie pod Józefowem, w której poległ jego 29-letni stryjeczny brat, najwybitniejszy chyba w tamtym pokoleniu poeta, Mieczysław Romanowski.
Wychowałam się dosłownie pod jego portretem – vide ilustracja, ale moja śp. Matka, może dzięki sporej domieszce „krwi obcej” (ormiańskiej), nie wpoiła mi kultu walki zbrojnej. Nie żywił go też mój śp. Ojciec, syn kowala, Mikołaj Jakubiszyn, który jako żołnierz c.k. armii austro-węgierskiej dostał się do rosyjskiej niewoli i dobrze wspominał spędzony tam czas, bo w ówczesnej (carskiej) Rosji jeńców Słowian traktowano ze szczególnymi względami. Tak było.
Na rusofobię nie cierpiał również Aleksander Fredro, uczestnik kampanii rosyjskiej Napoleona. Bolesław Prus zaś, który na szczęście nie zginął w powstaniu 1863 r., a wziął w nim udział jako nastolatek, dorósłszy, doszedł do wniosku, że w ogóle czas skończyć z wojną jako metodą rozwiązywania międzynarodowych problemów.
Jak się zdaje, po dwuch wojnach światowych i wynalezieniu broni jądrowej ludzkość powoli zbliża się do podzielania tego poglądu.
Jak ma się do tego nasza rusofobia, która chyba stanowi podtekst i naszych tak kosztownych zbrojeń, i troski polityków o Partnerstwo Wschodnie? Jako była kresowianka spod Zaleszczyk od dziecka miałam okazję obserwowania różnych przejawów polskiej ksenofobii, w szczególności antysemityzmu oraz stosunku do „rezunów”, bo nie ma co ukrywać, że tak dosyć powszechnie mówiono o braciach Ukraińcach. Taka jest prawda, co po ukraińsku brzmi: Lubim, Boże, prawdu…
Jaka właściwie jest historia polskiej, skądinąd wybiórczej ksenofobii? W jakiej mierze wynika ona z naszej swoistej sytuacji geopolitycznej? Nasza zachodnia granica od zawsze była granicą między Słowiańszczyzną a Zachodem.
Ciekawe, że tylko my, Polacy, i za nami Ukraińcy nazwaliśmy zachodnich sąsiadów Niemcami (Niemi), gdy już Rosjanie (jak Anglicy…) mówią Giermańcy. A niemy to ktoś, z kim nie sposób się dogadać…
W naszej mitologii narodowej szczególną rolę odgrywa bitwa pod Grunwaldem (vide m.in. „Krzyżacy” Sienkiewicza), gdy „wschodniacy”, bo nie tylko Polacy, pod wodzą Litwina Jagiełły zwyciężyli niemieckich zakonników, wspieranych przez przyjaciół z Zachodu. Co prawda, nasz wieszcz pędzla (pochodzenia czeskiego) Matejko upamiętnił Batorego pod Pskowem, lecz jego „kultowym” dziełem pozostaje „Bitwa pod Grunwaldem”, za czasów okupacji nazistowskiej starannie ukryta.
I bądź tu mądry w dobie, gdy Niemcy (Deutschland) pod przewodnictwem Angeli Merkel są naszym najserdeczniejszym sojusznikiem i wespół w zespół wspieramy Partnerstwo Wschodnie.
Szczerze mówiąc, zagubiłam się w tym labiryncie naszych ksenofobii i ksenofilii i nie wiem, jak odpowiedzieć na związane z tym problemem pytanie. Ale chyba należy je zasygnalizować. Bo jeśli jako „dumne, poważne” (jak słyszę) państwo europejskie mamy w Unii odegrać godną nas rolę, to przede wszystkim musimy zrozumieć samych siebie.
Moim zdaniem, może błędnym, jest to warunek sine qua non zrozumienia wszystkich naszych sąsiadów: północnych (Litwinów), południowych (Czechów i Słowaków), zachodnich (ojczyzny Bacha, Beethovena, Mozarta i… Hitlera), a zwłaszcza wschodnich.
Tak czy owak gorąco zachęcam do powtórnego lub pierwszego przeczytania „Wojny i pokoju” Tołstoja oraz „Trzy po trzy” Fredry. Naprawdę warto!

Wydanie: 4/2014

Kategorie: Opinie

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy