Wszyscy wrogowie prawdziwych Polaków

Wszyscy wrogowie prawdziwych Polaków

W ideologii prawicy ważne są trzy elementy:
polityka historyczna „ku pokrzepieniu serc”, narodowy partykularyzm moralny i pielęgnowanie wrogości

Bardzo niepokojące w polskim życiu społecznym jest lekceważenie faszys-
towskiego zagrożenia. Ludzie władzy, politycy i publicyści w większości reprezentują pogląd, że przejawy antysemityzmu, rasizmu, homofobii i szowinizmu narodowego są zjawiskami marginalnymi, które zasługują na potępienie, ale z uwagi na ich incydentalny charakter nie warto im poświęcać większej uwagi. Zwolennicy tego poglądu najwyraźniej nie odwiedzają stadionów piłkarskich, nie czytają napisów na murach polskich miast i nie śledzą portali społecznościowych. Zapewne skutkiem tego lekceważenia mało zdecydowany, a co za tym idzie – często mało skuteczny jest sposób reakcji organów ścigania na przypadki łamania prawa, będące rezultatem faszystowskich wybryków, jak np. zniszczenie pomnika w Jedwabnem, wydarzenia w Białymstoku lub napad na lokal Kurdów w Opolu. Również sądy nierzadko odstępują od karania autorów antysemickich i rasistowskich wypowiedzi, pokrętnie uzasadniając to bądź prawem do wolności słowa, jak w przypadku wydarzeń we Wrocławiu, bądź brakiem bezpośredniego zamiaru obrażenia jakiejś rasy lub narodowości, jak w kuriozalnym uzasadnieniu wyroku w procesie kiboli Wisły Kraków.
Tymczasem źródło faszystowskiego zagrożenia tkwi w ideologii polskiej prawicy, której nacjonalistyczne nastawienie jest bardzo wyraźne. Decydują o tym trzy elementy, które w różnym co prawda nasileniu odnaleźć można w prawicowych programach i deklaracjach. Są to: polityka historyczna „ku pokrzepieniu serc”, narodowy partykularyzm moralny i pielęgnowanie wrogości. Te trzy elementy są ze sobą ściśle powiązane, każdy kolejny wynika z poprzedniego. Ten ostatni – pielęgnowanie wrogości – prowadzi już bezpośrednio do działań i zachowań o charakterze faszystowskim. I nie ma przy tym żadnego znaczenia, że znak swastyki zastępowany jest oficjalnymi symbolami narodowymi. Warto tylko zauważyć, że w takim wypadku symbole te są profanowane, co zazwyczaj uchodzi uwadze prawicowych polityków.

PRAWDA JEDYNIE SŁUSZNA

Można odcinać się od faszyzmu, co robią wszyscy politycy prawicy, przynajmniej głównego nurtu. Co prawda, temu lub owemu czasem wyrwie się znamienna fraza, jak ta o końcu ery białego człowieka, gdy Obama został prezydentem, ale do pochwał aktów przemocy i wandalizmu ze strony faszystowskich bojówek jest im daleko. Można zapewniać, że patriotyczne motywacje poparcia dla polityki historycznej nie mają nic wspólnego z nacjonalizmem. Takie dystansowanie się od nieakceptowanych w cywilizowanym świecie postaw nie ma w tym wypadku żadnego znaczenia. Pogłębianie ponad miarę dumy narodowej, ciągłe utrzymywanie stanu patriotycznego wzmożenia musi prowadzić do aktów agresji, w których nagromadzone emocje znajdą ujście. Politycy i ideolodzy prawicy albo nie dostrzegają tej zależności, albo udają, że jej nie dostrzegają. Faszystowscy bojówkarze są po prostu konsekwentni w wyciąganiu praktycznych wniosków z wystąpień swoich ideowych mentorów.
Po prawej stronie sceny politycznej dość szeroko rozpowszechniony jest pogląd, że instytucje państwowe, takie jak szkoły i ośrodki kultury, nie mogą być ideologicznie neutralne; nie powinny zatem stać na straży wolności słowa, ale muszą upowszechniać prawdę jedynie słuszną, bo zgodną z interesem narodowym. Do takiego przekształcenia tych instytucji w Polsce wyraźnie dążą rzecznicy „polityki historycznej”, której istotą jest odejście od obiektywizmu i uniwersalizmu moralnego. Jest to nic innego jak odwołanie się do kodu nacjonalistycznego, gdzie prawdziwe jest to, co wzmacnia i wyróżnia państwo narodowe na tle innych. Jak widać, prawicowy apel o prawdę, która ponoć wyzwala, nie odnosi się do wszystkich prawd. Dla zwolenników „polityki historycznej” walka o prawdę oznacza w istocie walkę o prawdę dla nas przyjemną. O mrocznych zdarzeniach w historii naszego narodu, w których Polacy występowali w roli oprawców, wspominać nie należy, a nawet można zostać za to ukaranym. Jeśli więc Gross pisze o szmalcownikach, pogromach i rozkopywaniu żydowskich mogił w poszukiwaniu kosztowności, to pisze nieprawdę. Prawdą jest tylko to, że Polacy pomagali Żydom w czasie wojny, o czym świadczy liczna obecność naszych rodaków w gronie Sprawiedliwych wśród Narodów Świata. Źle widziane są próby poszukiwania obiektywnej prawdy w sprawach, w których naszą wyobraźnią niepodzielnie władają mity narodowe. To dlatego narodową prawicę tak bardzo gorszą książki Grossa i zajmowanie się pogromem Żydów w Jedwabnem, Kielcach i wielu innych miejscach. To dlatego narodowcy skłonni są bezsensownie licytować się z nacjonalistami ukraińskimi o liczbę ofiar z czasów II wojny światowej, a pretensje Czechów o zagarnięcie Zaolzia zbywać pogardliwym wzruszeniem ramion.
Warto zauważyć, że przedstawiciele „polityki historycznej”, formułując zarzuty pod adresem „patriotyzmu krytycznego”, którego zwolennicy nie ukrywają tego, co w polskiej historii było złe, cofają dyskurs publiczny do XIX w. W warunkach coraz bardziej nasilonej współpracy międzynarodowej powodowanej globalizacją właściwe odczytanie interesu narodowego wymaga kosmopolitycznej perspektywy i krytycznego podejścia do własnej historii. Tylko prawda bolesna jest w stanie potrząsnąć tymi, którzy uważają, że problem antysemityzmu i rasizmu w Polsce nie istnieje, bo przecież oni sami nie mają nic do Żydów ani kolorowych. Tylko taka prawda pozwala zachować realistyczny stosunek do międzynarodowego otoczenia. Prawda wyłącznie miła prowadzi do intelektualnej gnuśności, jest źródłem kompleksów i niezasłużenie wysokiego mniemania o sobie, co pociąga za sobą ośmieszenie i lekceważący stosunek ze strony innych nacji.

SKUTKI
PARTYKULARYZMU

Polityka historyczna „ku pokrzepieniu serc” nieuchronnie prowadzi do partykularyzmu moralnego, czyli przekonania, że naród generuje normy moralne i tylko one obowiązują. Zwolennicy tego poglądu zaprzeczają istnieniu moralności uniwersalnej. Partykularyzm moralny sprawia, że istotną cechą polityki państwa jest podporządkowanie moralności interesowi narodowemu. Dobre jest tu zawsze tylko to, co wzmacnia siłę narodu i jego państwa w stosunku do innych narodów i państw. Postulowana przez Hegla amoralność państwa usprawiedliwiać ma w stosunkach międzynarodowych fałsz, podstęp, gwałt i zaborczość. Wszystko to wolno, jeśli działa się w interesie swojego narodu. Nie wolno natomiast w ocenie stosunków międzynarodowych silić się na obiektywizm i ustępować pod wpływem argumentów etyki uniwersalnej. Skutkiem partykularyzmu moralnego jest zatem antagonizowanie stosunków z innymi narodami.
Ten skrajnie nacjonalistyczny punkt widzenia jest niestety dość szeroko upowszechniony. Mimo wejścia Polski do Unii Europejskiej nie widać zmiany w podejściu do partykularyzmu moralnego jako podstawy myślenia o sprawach państwa i narodu. Eurosceptycyzm znacznej części ugrupowań prawicowych wyraża się głównie w pomniejszaniu znaczenia integracji i poczucia wspólnotowości jako projektu cywilizacyjnego, a wysuwaniu na plan pierwszy rywalizacji między państwami członkowskimi o unijne dotacje, wpływy i korzystne systemy głosowania. Nacjonalistom udało się, niestety, wprowadzić do zbiorowej świadomości przekonanie, że Unia Europejska jest czymś wobec Polski zewnętrznym, jeszcze jednym podmiotem zagranicznym, z którym Polska utrzymuje stosunki. Jest to przy tym podmiot trudny, z którym mamy mnóstwo kłopotów. W publicznych dyskusjach co rusz słyszy się, że Unia może nam na coś nie pozwolić albo coś utrudnić, albo że Brukselę trzeba do czegoś, co jest dla nas ważne i korzystne, przekonać. Łatwo przy tym wyczuć wrogie dystansowanie się, nieufność, a przy tym chęć przechytrzenia partnera. W środowiskach prawicy cyniczne hasło „wyciskać brukselkę” uważane jest za przejaw postawy patriotycznej, podczas gdy sympatie dla idei federacyjnej – za oznakę narodowego zaprzaństwa.
W przeciwieństwie do partykularyzmu moralnego uniwersalizm moralny zabrania stosowania podwójnych standardów do „swoich” i do „obcych”. Tak, uniwersalizm moralny jest niezgodny z postawą patriotyczną, jeśli oczywiście przez patriotyzm rozumie się potrzebę uprzywilejowania własnego państwa i narodu. Cóż jednak wart jest taki patriotyzm, który wymaga odczłowieczenia, wyparcia się uczestnictwa w największej wspólnocie, jaką jest ludzkość?
Partykularyzm moralny, narzucający powinność bezwzględnej walki o swoje, prowadzi do trzeciego elementu prawicowej układanki, a mianowicie do pielęgnowania wrogości. Zgodnie z prawicową ideologią głównymi podstawami polskiej tożsamości mają być walka i cierpienie. Walczy się zawsze z kimś i od kogoś doznaje się cierpień. Tym kimś jest tak czy inaczej definiowany wróg. Carl Schmitt, na którego entuzjastycznie powołują się dziś polscy zwolennicy „polityki historycznej”, był w okresie III Rzeszy propagatorem tezy, że spoiwem scalającym naród jest wizerunek wroga. Nic lepiej niż ta teza nie trafia w sedno nacjonalistycznej mentalności. Zgodnie z nią naturalną potrzebą ludzi jest posiadanie wrogów. Wspólnotę najłatwiej budować przez wskazanie wspólnego wroga. Jest to mit oparty na przekonaniu, że potrzeba agresji, dominacji i egoistycznej pazerności jest naturalną potrzebą człowieka. Prawicowa tożsamość kształtuje się przez negację, odrzucenie obcych wzorów kulturowych. Z tego powodu otoczenie międzynarodowe widziane jest w kategoriach zagrożeń tożsamości. Solidarność narodowa łatwo w tych warunkach nabiera cech szowinizmu. Nieufność i dystans do „obcych” staje się narodowym obowiązkiem, bo dzięki temu jakoby naród zachowuje swoją tożsamość. Prosty patriota nie bawi się jednak w subtelności,  „nieufność i dystans” zastępuje zwykłą nienawiścią. Taki patriotyzm, tępy i agresywny, może łatwo wynaturzyć się w światopogląd faszystowski.
Polski nacjonalista wszędzie zatem widzi wrogów odwiecznych i nieprzejednanych, nie tylko na zewnątrz, ale i wewnątrz kraju. Na zewnątrz rolę tę odgrywa Rosja, która nigdy nie pogodzi się z utratą znacznej części imperium, z Polską jako perłą w jego koronie, i oczywiście Niemcy, bo przecież „jak świat światem nie będzie Niemiec Polakowi bratem”. Natomiast wewnątrz naszego umęczonego kraju knują przeciwko niemu Żydzi, którzy, zręcznie się kamuflując, przenikają do najwrażliwszych struktur władzy, gospodarki i kultury. Nacjonalistyczne fobie chętnie wykorzystują niektórzy politycy, podsycający atmosferę zagrożenia to od Wschodu, to od Zachodu, licząc na społeczny odzew historycznie utrwalonych stereotypów. Skutkiem upowszechniania takich stereotypów są zachowania, którym nacjonaliści przypisują rangę akcji patriotycznych. Tak postąpili pożal się Boże patrioci, którzy zbezcześcili pomnik żołnierzy sowieckich poległych pod Ossowem w 1920 r. i nie dopuścili do uroczystości odsłonięcia go. Dla nacjonalisty upływ czasu nie ma żadnego znaczenia; wrogowie jego przodków są jego wrogami i pozostaną wrogami dla jego potomków.

POCZUCIE WSPÓLNOTY

Narodowej agresji nie można usprawiedliwiać wrodzonymi skłonnościami gatunku ludzkiego. Takie próby usprawiedliwiania jej są podstawą ideologii faszystowskiej, według której liberalizm i wiara w racjonalność człowieka oraz uniwersalizm norm moralnych są obce naturze ludzkiej. Na szczęście coraz więcej wskazuje na to, że we współpracy przedstawicieli różnych kultur i narodów częściej dziś widzi się szansę społecznego rozwoju aniżeli jakiekolwiek zagrożenia. Poczucie wspólnoty jest ważnym warunkiem sprawnego funkcjonowania każdego systemu społecznego. Chodzi jednak o to, aby była to wspólnota otwarta, ucząca się, a nie taka, która, strzegąc zazdrośnie własnej tożsamości, często bezpowrotnie traci szanse rozwoju. W warunkach globalizacji rachuby wiązane z wyrazistą tożsamością rażą anachronizmem. W kontaktach zagranicznych powoływanie się dzisiaj na wartość własnej tożsamości i zamykanie na wszystko, co mogłoby zagrozić jej kulturowym podstawom, jest prostą drogą do klęski. Osiągnięcie sukcesu wymaga maksymalnego otwarcia na różne formy współpracy, umiejętności zawierania korzystnych koalicji, gotowości do kompromisu i chęci uczenia się. Uparte trzymanie się tożsamościowych stereotypów nie pozwala dostrzec w porę pojawiających się szans i zagrożeń, opóźnia pożądane reakcje, skazuje na porażkę. W globalnej sieci zależności nie ma miejsca na narodową suwerenność w dawnym rozumieniu.

Autor jest profesorem Uniwersytetu Łódzkiego, kierownikiem Katedry Zarządzania

Wydanie: 27/2012

Kategorie: Opinie

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy