Wyklęci karmieni złudzeniami

Wyklęci karmieni złudzeniami

Na emigracyjnym Londynie ciąży współodpowiedzialność za rozstrzeliwania, tortury i więzienie zbrojnego środowiska niepodległościowego

Relacje z uroczyście obchodzonego Dnia Pamięci Żołnierzy Wyklętych wymagają postscriptum, aby pamięć nie stała się kolejną ofiarą polityki historycznej. Po Teheranie, Jałcie, Poczdamie, po cofnięciu uznania dyplomatycznego rządowi emigracyjnemu przez zachodnich aliantów i po nawiązaniu przez nich stosunków z rządem w Lublinie wiadomo było, że Stalin nie przestraszy się resztek polskiego podziemia w postaci leśnych ludzi. Wszelka dalsza walka pozostałych oddziałów państwa podziemnego nie miała już sensu. Ukrywając się, żyjąc w izolacji, leśni nie wiedzieli, w jakim stopniu komunistyczna lewica opanowała już kraj. Byli ofiarami niewiedzy o rzeczywistej sytuacji w kraju i na świecie. Nie wiedzieli, że są już tylko ułamkiem podziemnego, niepodległościowego środowiska.
Trzymała ich w lesie nawet nie nadzieja, ale wręcz wiara w to, że lada miesiąc, lada rok wybuchnie III wojna światowa i odrodzi się Polska niepodległa. W takim przekonaniu utrzymywali leśnych ich przełożeni, których w wiedzę o rychłym wybuchu kolejnej wojny uzbrajały rządowa emigracja cywilna i dowództwo wojskowe. O tym jednak w przelicznych publikacjach z okazji dnia „żołnierzy wyklętych” ani słowa. Wątku tego nie znalazłem nawet w postaci choćby jednozdaniowej wzmianki w całokolumnowym artykule „Nie tylko bohaterowie” („Rzeczpospolita”, 17.03.2016), najrzetelniej ukazującym ogromną złożoność tematu. Gen. Leopold Okulicki już w 1945 r. wydał Armii Krajowej rozkaz demobilizacyjny, bo nie ulegało wątpliwości, że tutaj głos decydujący ma Armia Czerwona.
Wiadomo przecież, że Churchill wręcz beształ Mikołajczyka, gdy ten nie godził się na rezygnację z Kresów. „Nie myślcie, że alianci będą walczyli z Rosjanami o polskie Kresy – ostrzegał. – Jeżeli koniecznie chcecie, to walczcie sobie sami”. Poza Polską nikt chyba w Europie nie myślał z taką intensywnością o nowym starciu zbrojnym.
Wprawdzie w Wielkiej Brytanii, i to z inicjatywy tegoż Churchilla, zaczęto snuć plany wojny z ZSRR, ale jedynie z pozycji defensywnej, gdyby Łaba nie zaspokoiła apetytów Stalina. O rozpoczynaniu kolejnego konfliktu nikt na Zachodzie nie myślał. Później, gdy sytuacja zaczynała się komplikować, znaleziono wyjście w zimnej wojnie.
Ocenzurowany dziś starannie podczas obchodów Dnia Pamięci Żołnierzy Wyklętych wątek karmienia leśnych przez emigracyjny Londyn złudzeniami o nadchodzącej wojnie potwierdzają historycy i świadkowie tamtych wydarzeń. Jan Nowak-Jeziorański stwierdził w artykule „Czarny rok 1945” („Tygodnik Powszechny”, 5.02.1995): „Obóz londyński pomylił się w przewidywaniach, że dojdzie do III wojny światowej”. Wątpię jednak, by można to nazwać pomyłką, skoro alianci wielokrotnie ostrzegali londyńską emigrację, że nie będą wojować ze Stalinem o polskie granice. Dziennik „Frankfurter Allgemeine Zei­tung” przypomniał 24 sierpnia 2012 r.: „Już podczas konferencji Wielkiej Trójki w Teheranie pod koniec 1943 r. Roosevelt powiedział Stalinowi: »Z powodu Polski nie będziemy rozpoczynali z wami żadnej wojny«”. Jan Ciechanowski, ambasador Polski w Waszyngtonie, dobrze zorientowany w nastrojach panujących w polskim środowisku politycznym, dostrzegał spekulowanie tam o III wojnie światowej na długo przed końcem II wojny: „W wielu polskich kołach politycznych i wojskowych, zarówno za granicą jak i w kraju, zaczęto w 1943 r. upatrywać dla Polski zbawienia w szybkim wybuchu III wojny światowej pomiędzy Wschodem a Zachodem, po pokonaniu Trzeciej Rzeszy. Co było nie do przyjęcia dla naszych zachodnich sprzymierzeńców” („Wielka Brytania i Polska. Od Wersalu do Jałty”).
Marcin Zaremba w książce „Wielka trwoga. Polska 1944-1947” pisze o dominującej wtedy w Polsce „zmorze tymczasowości” i dodaje: „Problem polegał na tym, że na te pytania elity państwa podziemnego i rządu w Londynie nie podsuwały jasnej odpowiedzi”. Jan Karski w książce „Emisariusz. Własnymi słowami” przypomina: „Według zapisków Raczyńskiego, sir Winston powiedział, że musimy wybić sobie z głowy antysowiecką politykę, że nie możemy oczekiwać, by żołnierze brytyjscy i amerykańscy szli na śmierć dla naszych pięknych oczu, że daremnie usiłowalibyśmy skłócić wielkich aliantów”.
Przeszło 600-stronicowa książka „Teczka specjalna J.W. Stalina: raporty NKWD z Polski 1944-1946” (Warszawa 1998) zawiera adresowane do Berii i Stalina raporty o walce z polskim podziemiem. Znajdziemy tam poruszający obraz krwawego polskiego wysiłku, z góry skazanego na fiasko.
Bardzo surowy, kategoryczny osąd Władysława Andersa, który wywołanie powstania warszawskiego określił mianem zbrodni, można próbować łagodzić rozumowaniem, że dowódcy powstania liczyli na niesłychany impet radzieckiej ofensywy, który szybko zmiecie Wehrmacht ze stolicy, a ją następnie błyskawicznie opanuje władza II Rzeczypospolitej. Inaczej natomiast trzeba spojrzeć na emigracyjnych polityków i wojskowych w Londynie. Oni wiedzieli, że na wojnę nie ma co liczyć. Jeżeli mimo to utrzymywali leśnych w przekonaniu o bliskim starciu wojennym czy w nadziei na nie, postępowali nieodpowiedzialnie, wręcz zbrodniczo. Dlatego obciąża ich moralna współodpowiedzialność za rozstrzeliwania, tortury, przetrzymywanie w więzieniach i moc innych ludzkich nieszczęść zbrojnego środowiska niepodległościowego. Emigracyjny Londyn, w przeciwieństwie do Leopolda Okulickiego, do końca nie wezwał do wyjścia z lasów. Wyszli w końcu sami, zarówno „wyklęci”, jak i wstydliwie teraz przemilczani żołnierze przeklęci.

Wydanie: 15/2016 2016

Kategorie: Opinie

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy