Za co kochamy Gombrowicza?

Za co kochamy Gombrowicza?

Liberum veto

Za to, że wielki był, jak się dziś prawie powszechnie uznaje, dzięki czemu mamy Rok Gombrowicza i wszelkie związane z tym imprezy – konferencje, sympozja, spektakle, koncerty, bankiety (sic!), zwłaszcza zaś rozmowy, mniej lub bardziej nagłośnione. Wynika z nich, że każdy kocha albo i nie kocha Gombrowicza za coś innego, na przykład za to, że nie lubił komunizmu albo że bliski mu był egzystencjalizm, albo że można dopatrzyć się w nim prekursora postmodernizmu. Itd., itp.
Tak się składa, że Gombrowiczem zajęłam się dawno temu, gdy nie był jeszcze „na topie” (por. szkic pt. „Antywieszcz”, napisany w roku 1966, opublikowany na łamach „Więzi” w 1972 i przedrukowany w zbiorku pt. „W Labiryncie” w 1974). Doszłam wówczas do pewnych wniosków, które nadal wydają mi się aktualne. Sądzę mianowicie, że ważnym kluczem do psychiki, a tym samym do twórczości Gombrowicza – jest jego stosunek do własnej matki i do Sienkiewicza.
W dalszym ciągu muszę przytoczyć obszerne cytaty z Gombrowicza, przemawiające za taką interpretacją.
Oto co Wielki Witold powiedział o swej matce w „Rozmowach” z Dominikiem de Roux:
„…moja matka należała do osób, które nie umieją zobaczyć siebie takimi, jakimi są. Więcej: ona widziała siebie akurat na opak – i to już miało cechy prowokacji. Z natury była (…) leniwa i niezaradna, a że w owych proustowskich czasach służby było dużo, więc guwernantka francuska zajmowała się dziećmi, jej zaś rola sprowadzała się do wydawania zleceń kucharzowi, pokojówce czy ogrodnikowi. Nie przeszkadzało jej to mówić, że wszystko na mojej głowie, że praca uszlachetnia, że ogród w Małoszycach to moje dzieło, że na szczęście jestem dosyć praktyczna. Lubię w wolnych chwilach poczytać Spencera, Fichtego, mówiła najzupełniej szczerze, choć dzieła tych filozofów (…) świeciły nierozciętymi stronami (…) Ona była z natury – impulsywna, naiwna, chimeryczna, o kulturze raczej salonowej, anarchiczna, trwożliwa, łakoma, lubiąca wygody, a wyobrażała sobie, że jest – opanowana, krytyczna, zdyscyplinowana, intelektualistka, organizatorka, odważna, niełakoma, ascetyczna, niezłomna. Imponowało jej to, czym nie była (…) Jej ideałem był typ matrony o niezłomnych ideałach i zasadach (katolickich), oddającej się obowiązkowi, poświęcającej się dla rodziny”.
Krótko mówiąc, Gombrowicz widział swą matkę jako osobę samozakłamaną.
I wyznawał: „…zupełnie niezdolny byłem do miłości. Miłość została mi odebrana raz na zawsze i od samego zarania, ale nie wiem, czy dlatego, że nie umiałem znaleźć na nią formy, właściwego wyrazu, czy też nie miałem jej w sobie. Nie było jej, czy ją w sobie zdusiłem? A może to matka mi ją zabiła?” (podkreślenie moje – AT).
Z tego dramatycznego zwierzenia wynika, że Gombrowicz był skazany na nieautentyczność, bo człowiek nie może być autentyczny, jeśli jest niezdolny do miłości. Wypaczone relacje między matką a synem rzutują chyba na stosunek Gombrowicza do kultury w ogóle, szczególnie zaś do kultury polskiej.
Dla autora „Ferdydurke” kultura polska sprowadzała się w istocie do Mickiewicza, czytanego dosyć powierzchownie, ale przede wszystkim do Sienkiewicza, jedynego pisarza, któremu autor „Ferdydurke” poświęcił osobny esej. Oto najbardziej znamienne fragmenty tej filipiki:
„Jego (Sienkiewicza – AT) piękność stała się idealną piżamą dla tych wszystkich, którzy nie chcieli oglądać swej szpetnej nagości. Sfera szlachecko-ziemiańska, żyjąca na swoich folwarkach tym właśnie życiem ułatwionym i będąca w znakomitej większości rozpaczliwą bandą gnuśnych bęcwałów, znalazła w końcu swój idealny styl i co za tym idzie, uzyskała pełne zadowolenie z siebie. Nasiąknęła do cna tymże stylem arystokracja, burżuazja, kler, wojsko i wszelki w ogóle żywioł, który pragnął wykpić się zbyt trudnym konfrontacjom, a patriotyzm polski, tak łatwy i szparki w swych początkach, a krwawy i olbrzymi w skutkach, upajał się Polską sienkiewiczowską do nieprzytomności. Rozmaite hrabiny, inżynierowe, mecenasowe, obywatelki ziemskie odnalazły na koniec tę kobietę Polkę, w którą mógł się wcielić ich idealizm, podparty mężowskim groszem i wychuchany przez służbę domową (…) cała dusza narodu stała się niewrażliwa na świat zewnętrzny (…) istniała w nich pewna obawa przed rzeczywistością, gdyż w głębi duszy było im wiadome, że ich, z Sienkiewicza poczęte wyobrażenie o sobie jest jak pancerz Don Kiszota, którego najlepiej nie wystawiać na ciosy.
I zresztą oni tego nie lubili, nie znajdowali w tym upodobania, rycersko-ułańska ich dusza co innego pokochała (…) Oto pewien styl decyduje o możliwościach emocjonalnych narodu, czyniąc go głuchym i ślepym na wszystko inne…”.
Trudno oprzeć się wrażeniu, że antyfascynacja Sienkiewiczem – podobnie jak antyfascynacja matką… – przesłoniła Gombrowiczowi najistotniejsze treści polskiej kultury, wyrażone (moim zdaniem) nade wszystko w twórczości Kochanowskiego, Fredry, Prusa – ludzi zdolnych do miłości i do autentycznego, mądrego, niebezkrytycznego patriotyzmu. Gombrowicz stał się niejako więźniem Sienkiewicza, tak jak przedrzeźniający staje się więźniem przedrzeźnianego.
Z publikowanych obficie tekstów wynikałoby, że czołowi „gombrowiczolodzy” sygnalizowanych tu problemów jakby nie dostrzegali. Dlaczego? Odpowiedź wykraczałaby poza ramy krótkiego felietonu, ale chyba warto postawić to pytanie. Nawet nie łudząc się, że ktokolwiek zwróci na nie uwagę…

Wydanie: 31/2004

Kategorie: Opinie

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy