Muraloza

Muraloza

Choć street art jest stosunkowo nowym zjawiskiem, korzenie muralu są dużo starsze – wiążą się z kryzysem lat 30. XX w. To wtedy burmistrz Nowego Jorku wpadł na pomysł, że zlecając malowanie obrazów na elewacjach budynków, można upiec dwie pieczenie na jednym ogniu – dać pracę bezrobotnym artystom i tanio odnowić nieremontowane fasady.

W Polsce mural rozwinął się jako narzędzie reklamy wielkoformatowej w PRL. Murale sygnowały marki ówczesnych monopolistów: sieci Społem, Peweksu, banku PKO. W Europie od czasów rewolucji kontrkulturowej roku 1968 rozwijały się też inne rodzaje twórczości ulicznej. Szablony – niewielkie malarskie formy odbijane na ścianie od wzoru wyciętego w kartonie – jako część kultury do it yourself – w Polsce lat 80. były wyrazem buntu politycznego i obyczajowego. Działania twórców i grup takich jak Pomarańczowa Alternatywa ukształtowały współczesny walczący etos działań streetartowych. W okresie transformacji sztukę uliczną zdominowało zaimportowane z Zachodu graffiti. Scenę street artu w dużej mierze zbudowali właśnie grafficiarze, którzy jako nastolatki ganiali, tagując mury. Street art stał się dla wielu naturalną kontynuacją działań podjętych w latach 90. Wykształceni na uczelniach artystycznych 20- i 30-latkowie ruszyli na ulice z dobrym warsztatem, tworząc na nielegalu, a gdy była możliwość – również legalnie. Ten ostatni nurt szybko przyjął formę festiwali – czyli po prostu legalnego, zorganizowanego malowania przez zaproszonych artystów na wyznaczonych ścianach.
Polska szkoła muralu

Mural szybko stał się częścią wizerunku polskich miast. Ten pomysł konsekwentnie realizowała Fundacja Urban Forms, która od 2009 r. na ulicach Łodzi stworzyła ponad 30 murali. W 2012 r. francuski „Graffiti Art Magazine” zaliczył łódzki festiwal Urban Forms do pięciu najważniejszych streetartowych wydarzeń na świecie. W 2013 r. materiał o polskim muralu „Bigger than Banksy: Polish street art goes large”, wyemitowała CNN. Polski street art został też dostrzeżony przez zajmujący się sztuką serwis internetowy Boredpanda.com, który umieścił Łódź na drugim miejscu rankingu miast z najlepszym street artem na świecie. Łódź pokonała Berlin, Paryż, Londyn czy Rio de Janeiro.

Mural zagrał w Łodzi tak dobrze m.in. dzięki kontrastowi widowiskowych, nasyconych barwami obrazów z szarością zniszczonych kamienic. Podupadłe w okresie transformacji miasto przekuło dzięki street artowi w atut to, co stanowi jego zmorę – zrujnowaną infrastrukturę.

Wydawałoby się więc, że przed muralem świetlana przyszłość. Tymczasem, zdaniem twórców i badaczy zjawiska, dziś mamy do czynienia z prawdziwą klęską urodzaju. Taką diagnozę postawił np. Sebastian Frąckiewicz w publikacji o znamiennym tytule „Żeby było ładnie” (2015). Problemy polskiego muralu przedstawia również Instytut Badań Przestrzeni Publicznej, a są wśród nich przesyt i festiwalizacja.

Bardzo krytycznie twórcy podchodzą do murali tematycznych, zamawianych przez miasto dla uczczenia postaci czy wydarzeń. Nieprzemyślana strategia upamiętniająca to m.in. stawianie na ilość, a nie na jakość. Tak właśnie stało się w przypadku obchodów roku Fryderyka Chopina czy przy okazji propagowania tematyki powstańczej w stolicy. Jednak twórcy wskazują, że przede wszystkim wyczerpała się idea festiwali, które banalizują street art i wpędzają go w pułapkę popgatunku. Mural musi się spodobać urzędnikom, mieszkańcom, krytykom sztuki i kuratorom. Jak mówi Peter Fuss w wywiadzie udzielonym Sebastianowi Frąckiewiczowi, „w momencie kiedy street art zaczął się instytucjonalizować, zaczął wygrywać streetartowy populizm, przypodobanie się publice, jakieś gigantyczne, plastyczne disco-polo”.

Krytykowane jest również poddanie murali rozmaitym naciskom. Teoretycznie organizatorzy dają artystom wolną rękę. Ale równie często zabrania się prac poruszających tematy polityczne i religijne. Lubiane te figuratywne, łatwe do odczytania, optymistyczne, nieepatujące seksem ani przemocą. Ma być neutralnie i kolorowo. Do współpracy zaprasza się znane gwiazdy street artu, najlepiej o międzynarodowej renomie. Wtedy wiadomo, że impreza pojawi się w mediach i przebiegnie bez wpadki.

Spadochroniarze

Największym problemem festiwali wydaje się jednak to, że zmuszają do pracy na szybko, nie pozwalając zapoznać się z miejscem i społecznością. „Festiwalizacja w opiniach wielu artystów praktycznie zupełnie uniemożliwia działalność zgodną z duchem site-specific (miejsca – przyp. red.)”, piszą autorzy raportu Instytutu Badań Przestrzeni Publicznej. Twórcy występują w roli tzw. spadochroniarzy – osób przychodzących z zewnątrz, które na szybko namalują coś i odjadą, zostawiając społeczność z obrazem, którego ta czasami sobie nie życzy lub nie rozumie. A mieszkańcy, jak zapewniają artyści i kuratorzy, oczekują nie tyle uczestniczenia w projekcie, ile wytłumaczenia zamysłu artystycznego.

Sztandarowy może tu być przykład osiedla Dudziarska w Warszawie – swoistego getta eksmitowanych lokatorów. Nędzę życia miały rozproszyć działania stołecznych animatorów, którzy na ścianach bloków namalowali replikę „Czarnego kwadratu na białym tle” Kazimierza Malewicza. Obraz jednak podkreślił beznadzieję życia mieszkańców. Nie trafił do nich też z powodu abstrakcyjnej, trudnej do zrozumienia formy. Największe niezadowolenie wywołał zaś brak jakichkolwiek konsultacji ze strony animatorów.

Twórczo skończyła się za to artystyczna prowokacja Cleona Petersona związana z pracą namalowaną podczas Katowice Street Art Festivalu. Mural w otoczonym złą sławą przejściu podziemnym umieścił w centrum postacie w agresywnej sytuacji, ale ktoś zmodyfikował wydźwięk tej pracy, zaklejając atrybuty przemocy: ręce z nożami i krzyczące usta.

Strony: 1 2 3

Wydanie: 2016 38/2016

Kategorie: Obserwacje

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy