Musiałem dotrzeć do prawdy o Holokauście

Musiałem dotrzeć do prawdy o Holokauście

Moje filmy pokazują, do czego może doprowadzić rasizm, fanatyzm, nienawiść do innego narodu

Rozmowa z Claudem Lanzmannem, reżyserem, dokumentalistą

– W młodości zajmował się pan filozofią, wykładał na uniwersytecie, kierował pismem francuskich intelektualistów „Les Temps Modernes”. Odnosił pan sukcesy jako publicysta, zaangażował się pan w ruch francuskiej lewicy. Nagle, na początku lat 70., porzucił pan dziennikarstwo i zajął się robieniem filmów. Dlaczego?
– Zaczęło się od pierwszego filmu „Dlaczego Izrael”. Początkowo to wcale nie miał być film. Chciałem napisać cykl reportaży o tym kraju – wcześniej napisałem taki cykl o NRD, który opublikowałem w „Le Monde”. Ale nie dałem rady… Pojechałem do Izraela po raz pierwszy w życiu w 1952 r., już jako dorosły człowiek. Spędziłem tam cztery miesiące, wiele podróżowałem, rozmawiałem z ludźmi. Chciałem pokazać Żydów budujących własne państwo – wtedy to się wydawało czymś nieprawdopodobnym. Zadziwiło mnie tam wszystko: kraj, ludzie, kultura, obyczaje. Ale reportażu napisać nie mogłem, nie szło mi. Napisałem około stu stron i odłożyłem. Nie było w tym prawdy. Wielu spraw nie mogłem zrozumieć. Szczególnie dręczyło mnie, co tak naprawdę naziści robili z Żydami w czasie II wojny światowej. Musiałem to wyjaśnić, inaczej nie zaznałbym spokoju.
– Szczególnie, że sam jest pan żydowskiego pochodzenia?
– Tak. W młodości nie miało to dla mnie znaczenia. Nie wyrosłem w środowisku żydowskim, nie znam języka jidysz. Przed wyjazdem do Izraela w ogóle nie czułem się związany z tym narodem. Ta podróż była dla mnie potężnym szokiem, stała się momentem zwrotnym w moim życiu. Wcześniej czułem się Żydem jedynie w sensie, o jakim pisał Sartre w „Rozważaniach o kwestii antysemickiej”: jestem Żydem, ponieważ są na świecie antysemici.
– Simone de Beauvoir opisała pana w autobiograficznej powieści „Siłą rzeczy” jako 25-letniego neurotycznego inteligenta, który ma silny kompleks żydowski. „Oświadczał wszystkim „Jestem Żydem”. Nazwiska Marksa, Freuda, Einsteina napełniały go dumą i ilekroć dowiadywał się, że jakiś sławny człowiek był Żydem, promieniał radością. Płakał z wściekłości, mówiąc o Zagładzie”.
– To była moja reakcja na szok. Musiałem się zająć tematem Holokaustu, zbadać go, bo inaczej chyba bym oszalał. Musiałem dotrzeć do prawdy, a to nie było łatwe – naziści zniszczyli dokumentację, fotografie, kroniki. Dokładnie pozacierali ślady. W związku z brakiem informacji zaczęły powstawać mity, np. że Żydzi szli na śmierć potulnie jak stado baranów. A tymczasem oni się buntowali: było powstanie w warszawskim getcie w kwietniu 1943 r., w Treblince w sierpniu 1943 r. i w Sobiborze w październiku 1943 r. Chciałem opowiedzieć o tym całemu światu.
– Nad „Shoah” pracował pan aż 11 lat. Jak wyglądała ta praca?
– Dokumentację zbierałem przez ponad cztery lata, w 14 krajach. Musiałem dotrzeć do ludzi, do świadków i uczestników nazistowskiegp horroru. Kosztowało mnie to wiele pieniędzy – rozmówcom słono płaciłem, obmyślałem różne podstępy, jak wydobyć z nich zwierzenia… Zdjęcia zajęły mi ok. 350 godzin, montaż ponad pięć lat. Z tych 350 godzin zdjęciowych po skrótach zostało dziewięć i pół.
– Za „Shoah” otrzymał pan wiele nagród i 13 doktoratów honoris causa. Jednocześnie wiele osób krytykowało pana za agresywność, napastliwość.
– Przypuszczam, że dokumentowanie tego filmu i wysłuchiwanie opowieści nazistowskich współpracowników rozregulowałoby nerwy każdemu.
– Pana najnowszy film, „Sobibór”, opowiada historię buntów i ucieczek z obozu zagłady w tytułowym Sobiborze, w 1943 r. Tak jak w „Shoah” wypytuje pan uczestników i świadków o techniczne szczegóły wydarzeń, chce pan dokładnie wiedzieć, jak to wszystko wyglądało. Drąży pan temat Holokaustu od tylu lat. Nie jest pan już zmęczony? Pytam, bo czytałam niedawno, że znaczna część ludzi ma już dość. Na Węgrzech czytelnicy i krytycy bojkotują Imre Kertesza, recenzenci zarzucali „Pianiście” Polańskiego, że to film „znowu o Holokauście”…
– Zawsze będzie sporo ludzi, których męczy myślenie. Szczególnie o niewygodnych rzeczach.
– Jak chciałby pan, aby widzowie odebrali pana filmy? Jako requiem dla ofiar Holokaustu, świadectwo historii czy także ostrzeżenie?
– Oczywiście, zależy mi na tym, żeby nie zaginęła pamięć o czasach Zagłady. Ale także na tym, by nic podobnego nie powtórzyło się w przyszłości. Czasy mamy niespokojne. Co chwila gdzieś w świecie wybuchają bomby, są zamachy terrorystyczne, wojny, nazywane niewinnie wojnami lokalnymi, leje się krew. Miliony ludzi żyją w poczuciu ciągłego zagrożenia. Z jednej strony, dużo mówi się o pokoju na świecie, widać tendencje unifikacyjne – Europa się jednoczy w jeden wspólny dom, ponad podziałami i interesami narodowymi. A z drugiej strony, zaostrzają się konflikty narodowe, religijne, rasistowskie, faszystowskie, rośnie przestępczość. Uważam, że aby lepiej rozumieć czasy, w których żyjemy, należy dobrze znać własną przeszłość. Także tę najciemniejszą, wstydliwą i bolesną. Moje filmy pokazują, do czego może doprowadzić rasizm, szowinizm, fanatyzm, nienawiść do innego narodu. I jak łatwo można manipulować ludźmi, zwłaszcza jeśli czują się zagrożeni, niepewni jutra, sfrustrowani. Żeby nie dać się wciągnąć w ludobójczą machinę, trzeba wiedzieć, jak ona funkcjonuje, znać jej mechanizm. Dlatego, jak sądzę, moje filmy nie dotyczą przeszłości zamkniętej raz na zawsze, lecz także czasów obecnych i przyszłych.


Claude Lanzmann, reżyser, dokumentalista, reporter, urodził się 17.11.1925 r. w Paryżu. Na początku lat 50. zaprzyjaźnił się z J.P. Sartrem, publikował w „Les Temps Modernes”, a po śmierci Sartre’a został redaktorem naczelnym tego pisma. W 1973 r. zrealizował swój pierwszy film „Dlaczego Izrael”, ale światowy rozgłos przyniósł mu dopiero „Shoah” (1985 r.) – za ten film otrzymał wiele nagród i 13 doktoratów honoris causa. W 1994 r. powstał kolejny film „Tsahal”, w 1997 r. „Un vivant qui passe”, a w 2001 r. „Sobibór”.

 

Wydanie: 7/2003

Kategorie: Kultura
Tagi: Ewa Likowska

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy