Na drugiej linii frontu

Na drugiej linii frontu

Dziesiątki wolontariuszy pomagają przetrwać rodzinom ukraińskich żołnierzy

Jest piąta rano. W dżdżysty poranek gospodarz krynickiego pensjonatu Zosia już nie śpi. Wysoki mężczyzna w czarnym dresie smaży w kuchni jajecznicę. To Artur Niemczyk, wolontariusz polsko-ukraińsko-czeskiej Fundacji Braterstwo. Tuż po śniadaniu pojedzie po raz nie wiadomo który na Ukrainę. Jego srebrny opel jest załadowany po sufit. Tym razem ukraińskie dzieci dostaną pampersy, leki i zabawki, a ich ojcowie walczący na froncie termobieliznę, ciepłe skarpety i żywność. Po drodze samochód Artura zatrzymuje się przed niewielkim, białym domkiem. Iwona Romaniak, szefowa fundacji, wręcza mu dokumenty potrzebne na granicy i kilka pakunków dla dzieciaków. Niemczyk oddaje jeden z nich. – Tych pampersów nie zmieszczę. Wezmę za tydzień – mówi stanowczo.

Po trzech godzinach dojeżdżamy do granicy w Korczowej. Kilka tygodni temu zmieniła się tu ukraińska obsługa. W obawie przed łapówkarstwem wymieniają ludzi. Ostatnio byli ci z Ługańska. Zamiast wizytówek z imieniem i nazwiskiem nosili plakietki z napisem: „Obsługa tymczasowa”. Niezbyt chętnie przepuszczali pomoc humanitarną dla rodaków. Dziś Artur wiezie noktowizor dla żołnierzy. Boi się, żeby nie wpadł w ręce łapówkarzy. Oddycha z ulgą, gdy po paszporty podchodzą lwowiacy. Oni wiedzą, że pomoc jest potrzebna. Nie robią problemów.

Ulana: doba powinna mieć 36 godzin

Ludzie z Braterstwa przekraczają granicę co tydzień. Współpracują z Polską Misją Medyczną i Fundacją Medicover. Z reguły wiozą większe transporty niż dzisiejszy.

Artur mówi, że na Ukrainie 90% wyposażenia wojska dostarczają wolontariusze – mundury, hełmy, bieliznę, kamizelki kuloodporne, środki opatrunkowe. Państwo daje kałasznikowy i wiadro naboi sprzed 50 lat. Ukraińcy, mimo że są czwartym eksporterem uzbrojenia na świecie, nie mają broni dla swoich. Wielki biznes zbrojeniowy jest w rękach oligarchów. Pomoc instytucjonalna na Ukrainie ma niewielkie znaczenie, bo opiera się na nepotyzmie i łapówkach. Ten system, wbrew nadziejom, się nie skończył.

Im bliżej Lwowa, tym większa bieda. Dym z wypalanych traw tuż przed miastem kilka lat temu nie budziłby skojarzeń z wojną. Dziś jest inaczej. Pytam Artura, co robić, aby gromadzone z trudem dary trafiały w odpowiednie ręce. – Pomoc jest skuteczna tylko wtedy, gdy trafia bezpośrednio do celu. Na przykład przywożenie leków do szpitali jest bez sensu – tłumaczy. Przepisy nie pozwalają na ich rozdawanie, bo leki nie mają ulotek informacyjnych po ukraińsku. Zalegają więc w magazynach. Tak jest w charkowskich szpitalach, do których trafiły leki od potężnych, także polskich, organizacji charytatywnych.

Widok za oknem znów się zmienił. Zamiast spalonych pól – biedne, mikroskopijne domki na przedmieściach. Takie jak na działkach w Polsce. Tutaj ludzie mieszkają w nich cały rok. Auto podskakuje niemiłosiernie na wybojach. To znak, że do Lwowa już blisko. W samym Lwowie na ulicach kocie łby, spod których niebezpiecznie wystają szyny tramwajowe. Jedyne ślady dawnej potęgi stolicy Galicji to piękne zabytki, o wiele potężniejsze niż w Krakowie. Dobry kwadrans szukamy ulicy Wałowej. Tam czeka na nas małżeństwo wolontariuszy, Ulana i Iwan Tkaczukowie. Ulana po pracy w Akademii Sztuk Pięknych biegnie do domu, do swoich dzieci, a potem do stowarzyszenia Pomoc Dzieciom Bohaterów. Jest odpowiedzialna przede wszystkim za organizowanie wypoczynku w Polsce dla dzieci żołnierzy ukraińskich. Mówi, że doba powinna mieć 36 godzin. Po krótkim powitaniu z Arturem wyjmuje paczki z jego samochodu. Wchodzimy do starej kamienicy. Na zewnątrz żadnego szyldu. Tak bezpieczniej. Po rozpadających się drewnianych schodach docieramy do niewielkiego mieszkania na drugim piętrze. Jest to siedziba firmy, w której pracuje większość wolontariuszek. W ciągu dnia wynajęte mieszkanie jest biurem spółki dostarczającej kawę do lwowskich kawiarni i restauracji. Popołudniami przychodzą tu żołnierze po paczki dla swoich dzieci. Dary z Polski lądują w ciasnym korytarzyku. Po chwili do mieszkania wchodzi młody, szczupły mężczyzna w czarnej kurtce. Ma martwe oczy i olbrzymią ranę na szyi. Wygląda jak ktoś, kto przeżył własną śmierć. Wolontariuszka Nadija Semen wręcza mu pampersy i zabawki dla dwójki dzieci. Pytam żołnierza, co jest najbardziej potrzebne. – Pomoc psychologiczna – odpowiada smutno. Niedawno wrócił z niewoli. On i jego rodzina nie mają środków do życia.

Strony: 1 2 3

Wydanie: 14/2015

Kategorie: Reportaż

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy