Nadzieja dla stoczniowców

Nadzieja dla stoczniowców

Skarb państwa przejmie udziały członków Zarządu Stoczni Szczecińskiej i udzieli jej pożyczki

W Szczecinie o niczym innym się nie mówi, tylko o stoczni, której pracownicy już od ponad dwóch miesięcy są na przymusowym urlopie, a produkcja stoi. – Tylko patrzeć, jak stoczniowcy wyjdą na ulicę, już dłużej tego nie wytrzymają – prorokował taksówkarz, z którym jechałam wcześnie rano w ubiegły poniedziałek.
Wykrakał.

Chcemy chleba!

13 maja o godz. 8 rano kilkuset stoczniowców zebrało się przed siedzibą zarządu. Szukali kierownictwa. Dopiero po godzinie przyjechał prezes stoczni, Ryszard Kwidziński, i dyrektor do spraw produkcji, Grzegorz Huszcz. Tłum powitał ich gwizdami. – Nie interesują nas wasze negocjacje, chcemy wiedzieć, kiedy wrócimy do pracy i dostaniemy nasze pieniądze! – krzyczeli wzburzeni ludzie. – Chcemy chleba!
Tłumaczenia prezesa Kwidzińskiego, że wszystko zależy od tego, czy stocznia dostanie kredyt, nie trafiały ludziom do przekonania. – Czy pan nakarmi moje dzieci? – pytała wzburzona kobieta. – W sklepach już nie chcą nam sprzedawać na zeszyt!- wołał wymizerowany mężczyzna – kiedyś stoczniowiec był traktowany jak ktoś, a teraz jesteśmy dziady, nawet się nie golimy, bo nie mamy na żyletki. Grzegorz Huszcz zapewniał, że zarząd gotowy jest ustąpić, jeśli będzie wiadomo, komu można przekazać kierowanie firmą.
Potem demonstrujący w zwartym szeregu wyszli na ulicę. Prawie półtora tysiąca wzburzonych ludzi przez ponad godzinę podążało w kierunku siedziby urzędu wojewódzkiego. – Pracy! Chleba! Idźcie z nami! – skandowali. Śpiewali hymn. Na miejsce dotarli koło południa. Domagali się, by wyszedł do nich wojewoda Stanisław Wziątek. Gdy zaproponował rozmowy wewnątrz budynku z wydelegowaną grupą protestujących, stoczniowcy nie zgodzili się. Żądali, by wojewoda zaprosił do stoczni premiera Leszka Millera. Po rozmowie telefonicznej ze stolicą wojewoda poinformował, że w sprawie stoczni spotka się czwartek z premierem w Warszawie.
To ludzi trochę uspokoiło.

Los sześciu tysięcy

Kilka dni przed manifestacją związki zawodowe w Stoczni Szczecińskiej zażądały natychmiastowego spotkania z Jackiem Piechotą, ministrem gospodarki. – Wcześniej wysłaliśmy takie pismo do premiera – mówi Ryszard Borowski, zastępca przewodniczącego Niezależnego Samorządnego Związku Zawodowego „Stoczniowiec”. – Po poniedziałkowej manifestacji zaproszono nas na spotkanie z Millerem.
– Nas obchodzi przede wszystkim los sześciu tysięcy pracowników stoczni i ich rodzin. Wśród zdesperowanych stoczniowców były nawet samobójstwa – przypomina Andrzej Antosiewicz, przewodniczący Międzyzakładowej Organizacji Związkowej „Solidarność” Stoczni Szczecińskiej.

Jak do tego doszło?

Już na początku marca Stocznia Szczecińska Porta Holding SA wysłała swoich pracowników na przymusowe urlopy. Kłopoty tej dobrze prosperującej w ostatnim dziesięcioleciu firmy uwidoczniły się w październiku 2001 r. Pensje płacono w ratach, co spowodowało protest stoczniowców w styczniu br. Wówczas w kierunku przedstawicieli zarządu leciały gwoździe i jaja. Zarząd stoczni zmienił się. Na jego czele, zamiast odwołanego Arkadiusza Goja, stanął Ryszard Kwidziński. Zapowiadał, że przedsiębiorstwo ma szansę wyjść na prostą. Tak się jednak nie stało. Kłopoty firmy powiększyły się. Zaczęła starać się o 40 mln dol. kredytu bankowego, pozwalającego na wznowienie produkcji. Negocjacje z przedstawicielami banków przedłużały się, aż w końcu stoczniowcy znów dali upust swojemu niezadowoleniu.
Miniony tydzień był dla Stoczni Szczecińskiej Porta Holding SA decydujący. We wtorek, 14 maja, Sąd Rejonowy w Szczecinie rozpatrywał ogłoszenie upadłości tej firmy. Na razie nie podjął takiej decyzji, choć stocznia ma aż 700 wierzycieli.
23 maja Sąd Apelacyjny w Warszawie będzie się zajmował sprawą dopłat eksportowych za statki budowane na przełomie lat 80. i 90. Tych pieniędzy przedsiębiorstwo domaga się od skarbu państwa. Przedmiot sporu to kwota od 240 do 360 mln zł. Suma niemała, skoro na miesięczne wypłaty stocznia potrzebuje około 26 mln zł.

Między Warszawą a Szczecinem

W czwartek, 16 maja, mimo że w Warszawie toczyły się obiecane rozmowy z premierem, przed bramą stoczni znów pojawiła się grupa kilkuset stoczniowców. – Chcemy pracy! Chcemy chleba! – słychać było wokół. Gwizdali zarówno wtedy, gdy przemawiał Grzegorz Huszcz, przedstawiciel zarządu, jak i wówczas gdy mówił Zenon Iwaszkiewicz z „Samoobrony”. – My nie chcemy żadnej polityki! – skandowali. Uciszyli się dopiero, gdy Marian Jurczyk, przywódca strajku z sierpnia 1980 r. zaapelował o niepodejmowanie żadnych pochopnych decyzji.
Już w południe premier ogłosił, że skarb państwa zwiększy swoje udziały w Stoczni Szczecińskiej, przejmując te, które należą do członków zarządu. W ich rękach znajdowało się 35% kapitału, a skarb państwa dysponował niespełna 10%. – Podpisano też umowę o wycofaniu się ze struktury własności grupy inwestorów prywatnych – zapowiedział minister Kaczmarek po spotkaniu przedstawicieli rządu ze stoczniowcami. – Rząd pożyczy stoczni 8,5 mln zł na wypłaty zaliczek dla stoczniowców, jeśli firma spełni kilka warunków. Chodzi o przekazanie skarbowi państwa takiej liczby akcji, by uzyskał pakiet kontrolny, oraz o zmianę zarządu i rady nadzorczej. Stocznia ma na to czas do 22 maja.

 

Wydanie: 20/2002

Kategorie: Kraj