W najnowszym (4/2018) numerze Przeglądu polecamy

W najnowszym (4/2018) numerze Przeglądu polecamy

W poniedziałek, 22 stycznia, w kioskach 4. numer tygodnika PRZEGLĄD. Polecamy w nim:

TEMAT Z OKŁADKI
Konkordat – niewielkie korzyści, duże koszty
20 lat temu – 23 lutego 1998 r. – został ratyfikowany konkordat między Polską a Stolicą Apostolską. Jego podpisanie nastąpiło pięć lat wcześniej – 28 lipca 1993 r. Czas zweryfikował nadzieje zwolenników układu z Watykanem. Konkordat nie zaspokoił bowiem aspiracji Kościoła. Nie postawił tamy ambicjom politycznym kleru. Kilkakrotnie został ewidentnie naruszony, a wiele jego postanowień do dziś nie doczekało się pełnej realizacji. Konkordatowe zasady autonomii i niezależności państwa i Kościoła oznaczają zakaz ingerencji władz i instytucji kościelnych w proces sprawowania władzy publicznej. Zasady te były wielokrotnie naruszane. Wśród polskich biskupów wyraźna jest tendencja do wykorzystywania prawa państwowego dla urzeczywistnienia katolickich norm moralnych. Od początku przemian ustrojowych Episkopat wywiera presję na ustanowienie możliwie szerokiego zakazu przerywania ciąży. W konkordacie nie unormowano wyczerpująco spraw finansowych duchowieństwa oraz instytucji kościelnych. Miała tym się zająć specjalna komisja, która jednak do tej pory nie powstała. Konkordat przewiduje działanie ordynariatu polowego WP, ale nie wspomina o duszpasterstwach Straży Granicznej, policji czy Służby Celnej. Ustanowione one zostały na podstawie porozumień biskupa polowego Wojska Polskiego i szefów instytucji państwowych. Nie wszystkie te porozumienia zostały nawet opublikowane. Władze państwowe nie wykorzystują w pełni możliwości, jakie konkordat daje w relacjach z Kościołem. Jeśli traktat ma nadal obowiązywać, należy go uzupełnić układami szczegółowymi ze Stolicą Apostolską, zwłaszcza w sprawach finansowych.

WYWIAD
Gospodarka w czasach koniunktury
– Jeśli ktoś wierzy, że Unia jest stałym elementem geopolityki europejskiej, powinien kibicować, byśmy przyjęli euro jak najszybciej. Żeby być w twardym rdzeniu i współrządzić – podkreśla prof. Marek Belka. Były premier i prezes NBP podkreśla, że mamy obecnie świetną koniunkturę gospodarczą, a ponadto jest fantastyczna, najlepsza chyba w historii III RP sytuacja na rynku pracy, w czym nie ma zasługi tego rządu, bo to kontynuacja trendu, który rozpoczął się już kilka lat wcześniej. Zasługą PiS jest to, że dobrze zdiagnozowali problemy społeczne, a Morawieckiego i jego poprzednika Pawła Szałamachy to, że nie pozwolili rozwalić finansów publicznych. Minusem to, że cały ten program Morawieckiego jest jakby obok rzeczywistości. Miał on polegać na zwiększeniu skłonności do inwestowania i oszczędzania. I zmniejszeniu roli kapitału zagranicznego. Ale jeżeli chce się więcej zainwestować, to trzeba mieć oszczędności krajowe albo zagraniczne. Krajowych nie ma, bo pieniądz idzie na konsumpcję, a napływ kapitału zagranicznego nawet spadł w zeszłym roku.

Prawica wymachuje lewacką maczugą
Często używane dziś określenie lewactwo jest świetnym narzędziem zarządzania strachem. I tak wykorzystują je politycy – twierdzi Łukasz Drozda, politolog i urbanista z Kolegium Ekonomiczno-Społecznego SGH. – Za sprawą braku konkretności łączy ze sobą mnóstwo kategorii. Tworzy się w ten sposób szeroki zbiór wrogów. Lewactwo umiejętnie łączy nienawiść do mniejszości i szeroko rozumianej inności z antykomunizmem. A przecież jest to słowo o pochodzeniu stalinowskim, które jest taką maczugą. Wymachiwanie nią pozwala demonizować przeciwnika w najgorszy możliwy sposób, bazując na odczłowieczających uprzedzeniach – lewak to przecież nieomal robak. Powszechne jest pojęcie lewaka na rowerze, który jest człowiekiem nierozumnym. Politykom lewactwo jest potrzebne jako technika sprawowania władzy. Zamiast rozwiązywać problemy społeczne, szuka się wspólnego wroga. Zajadłość wobec lewactwa jest zdecydowanie większa po stronie tradycyjnej prawicy. Ale antylewackie mogą być też to osoby o poglądach liberalnych. Każdy pomysł, który jest z definicji lewicowy, jest stawiany poza obrębem racjonalnej debaty publicznej.

KRAJ
Nikt nie chciał pomóc
Po raz pierwszy gej oskarżył szkołę o brak reakcji na homofobię. I wygrał. Jakub Lendzion był przez rok uczniem szkoły średniej w Warszawie, dokąd przyjechał z Ostródy. Był to dla niego rok ataków i upokorzeń. Wszyscy wiedzieli, że jest gnębiony, ale nikt nie stanął w jego obronie. Wśród 360 uczniów nie znalazł się nikt, kto by powiedział: „Dość!”. Trzy lata po maturze Jakub zdecydował się złożyć pozew w sądzie. Domagał się od szkoły przeprosin na jej portalu i w stołecznym wydaniu „Gazety Wyborczej” za to, że na terenie szkoły był dręczony przez uczniów z powodu swojej orientacji. Mógł również dochodzić odszkodowania pieniężnego, ale nie wystąpił o to. Sąd I instancji uznał roszczenia Jakuba. Szkoła nie chciała się z tym pogodzić. Zaskarżyła wyrok. Sąd II instancji utrzymał wyrok zobowiązujący do przeprosin na portalu. – Wyrok satysfakcjonuje mnie w pełni, mimo że jest okrojony – twierdzi Jakub. – Dla mnie kluczowe było uznanie winy szkoły za to, że nie odpowiedziała na przemoc homofobiczną w stosunku do mnie.

PUBLICYSTYKA
Prom na wariackich papierach
Przemysł stoczniowy stał się w Polsce rekwizytem walki i propagandy politycznej. Nikt nie dostrzega, że w ostatnim ćwierćwieczu żegluga morska i śródlądowa oraz przemysł stoczniowy podlegają globalnym przeobrażeniom. W elitach partii mających korzenie w opozycyjnej Solidarności ugruntował się mit silnego, „niszczonego” przez poprzedników sektora dużych stoczni budowlanych, który należy odbudować. Ten mit podlewa się jeszcze sosem symbolicznej historii. To, że przy kryteriach globalnej gospodarki rynkowej w przemyśle stoczniowym nie ma on w Polsce racji bytu, do nich nie dociera. Także pomysły PiS na ratowanie przemysłu stoczniowego są oparte na mitach i sentymentach, a nie na zasadach zdrowej ekonomii. Premier Morawiecki, jeszcze jak wicepremier, oświadczył w czerwcu ub.r. w Szczecinie, że właśnie położono stępkę pod nowy prom dla Polskiej Żeglugi Bałtyckiej, co było bardzo dalekie od prawdy, bo umowę na wykonanie projektu technicznego promu podpisano dopiero cztery miesiące później, a do stępki jest jeszcze daleko. Budowa promu dla PŻB, którego koszt oszacowano na 100 mln euro, ma poprawić kondycję stoczni. Tymczasem wiele wskazuje, że może ją pogrążyć. W budowie nowoczesnych promów stocznia Gryfia nie ma żadnego doświadczenia. W dodatku budowa tak skomplikowanego statku wymaga nie tylko wielkiego doświadczenia, ale i wyspecjalizowanej kadry. A tej dawno nie ma na rynku pracy.

Niemieckie stocznie w obcych rękach
Nasi zachodni sąsiedzi przez dobrych kilkanaście lat za wszelką cenę starali się utrzymać swoje stocznie, podejmując działania, które w Polsce nie miałyby racji bytu. W graniczącej z Polską Meklemburgii-Pomorzu Przednim stocznie najpierw sprzedano rosyjskiemu biznesmenowi Witalijowi Jusufowowi, który gwarantował moce przerobowe. Jednak kiedy portfel zamówień zaczął się kurczyć z powodu ograniczenia zamówień rządowych i zaspokojenia potrzeb Rosji na nowe jednostki budowane za granicą, przed północnoniemieckimi stoczniami zarysowała się groźba zwolnienia niemal 1,4 tys. pracowników. Tradycje budownictwa okrętowego udało się jednak uratować, a stocznie ponownie korzystnie sprzedać inwestorowi strategicznemu Genting Hong Kong, który szukał w Europie stoczni do budowy i remontów luksusowych statków pasażerskich dla swoich armatorów.

Jak PiS manipuluje świadomością Polaków
Za zgodą posłów wszystkich klubów Sejm przyjął ustawę o dekomunizacji ulic i innych miejsc publicznych. Usuwa się z nazw ulic nazwiska osób, które zginęły w walce w czasie okupacji, bo miały niewłaściwe poglądy polityczne. A na ich miejsce wstawia się wątpliwej moralności „żołnierzy wyklętych” lub katolickich duchownych. Łatwe przeprowadzenie tego procesu dowodzi skali zmian w świadomości Polaków. Będzie też sygnałem dla władzy, że można iść dalej. PRL traktować jako przedłużenie okupacji. A życiorysy starszego pokolenia jako powód do wstydu, bo odbudowywali kraj, zamiast iść do lasu i czekać na III wojnę światową. Podejmowanie takich działań 28 lat po zmianie ustroju jest podporządkowane fałszowaniu historii, która ma kształtować „nowego Polaka”, a budzone emocje odwracają uwagę od łamania zasad demokracji.

ZAGRANICA
Islandia znaczy równość
Jednym z największych źródeł dumy narodowej Islandczyków jest równość kobiet i mężczyzn. W styczniu zeszłego roku, po raz dziewiąty z rzędu, ten liczący zaledwie nieco ponad 330 tys. mieszkańców kraj został uznany przed badaczy Światowego Forum Ekonomicznego za państwo z najwyższym wskaźnikiem równości płci. Z początkiem tego roku w Islandii obowiązuje prawo, które jeszcze bardziej zrównuje prawa kobiet i mężczyzn. Teraz wszyscy pracodawcy zatrudniający na Islandii co najmniej 25 pracowników muszą się ubiegać o specjalny certyfikat wydawany przez tamtejsze ministerstwo pracy. Ale dopiero po udowodnieniu, że w firmie nie ma dyskryminacji płci pod kątem wypłacanych wynagrodzeń – na żadnym stanowisku, wobec żadnego pracownika. Interesujące, że równość kobiet i mężczyzn na Islandii nie jest wytworem czasów współczesnych. Jej korzenie sięgają ponad tysiąca lat w głąb dziejów islandzkiej nacji, w której kobiety tradycyjnie były silne, miały znaczenie i budziły szacunek.

Depresja Brytyjczyka
Zdrowie psychiczne staje się jednym z największych problemów społecznych na Wyspach. W ciągu statystycznego tygodnia co szósty Brytyjczyk w wieku 16-75 lat cierpi przynajmniej raz z powodu przypadłości związanych z ich kondycją psychiczną. Ponad 60% brytyjskiej populacji w wieku produkcyjnym (16-64) zmaga się z regularnymi problemami psychicznymi spowodowanymi stresem i nerwicą. Ponad jedna trzecia z osób znajdujących się w tej grupie walczy z co najmniej jedną fobią, a blisko jedna piąta nastolatków i ponad 40% osób w wieku 35-64 ma regularne epizody depresyjne. Nieco ponad 3% całej brytyjskiej populacji to osoby ze zdiagnozowaną depresją, poddane systematycznemu leczeniu. Są także nowinki wspomagające leczenie. Na przykład aplikacja na smartfony, w której użytkownik wpisuje swój aktualny stan psychiczny i ewentualne symptomy, otrzymując w zamian wstępną diagnozę opartą na banku danych medycznych oraz ewentualne wskazanie natychmiastowego kontaktu ze specjalistą lub natychmiastowe połączenie wideokonferencyjne z dyżurującym terapeutą.

HISTORIA
Rzeź Nankinu
Na przełomie 1937 i 1938 r. japońscy żołnierze wymordowali w Nankinie, ówczesnej stolicy Republiki Chińskiej, rządzonej przez Kuomintang, co najmniej 300 tys. osób – jeńców wojennych i cywilów. Od początku, od 13 grudnia 1937 r., agresor działał z ogromną brutalnością. Japoński sztab planował pokonanie Chin w trzy miesiące. Armia chińska, dowodzona przez Czang Kaj-szeka, choć ustępująca japońskiej pod względem uzbrojenia, broniła się jednak zaciekle. To rozwścieczyło agresora i stało się jedną z przyczyn jeszcze większej brutalności. Ludobójstwo nankińskie rozpoczęło się od masowego mordowania chińskich jeńców. Podczas powojennych procesów japońscy zbrodniarze wojenni cynicznie tłumaczyli, że mord na jeńcach był spowodowany tym, że nie mieli ich czym żywić. W rzeczywistości zagłada jeńców została podyktowana chęcią złamania ducha oporu armii chińskiej i narodu chińskiego. Masakry w Nankinie cechowało niewyobrażalne zwyrodnienie. Ofiary zakopywano żywcem po szyję i głowy ścinano mieczami. Natomiast zakopani w ziemi po pas byli rozszarpywani przez psy. Niejednokrotnie ćwiczono też na nich ciosy bagnetem. Innych tratowano końmi i czołgami. Do dzisiaj ogromna większość historyków japońskich utrzymuje, jakoby Cesarska Armia Lądowa Wielkiej Japonii nie dopuściła się w Nankinie żadnej zbrodni przeciw ludzkości. Japończycy nie przyznają się do dokonania masakry, natomiast akcentują swoje cierpienia w wyniku nalotu na Hiroszimę i Nagasaki.

KULTURA
To oni zatrzęśli sceną
Teatr stoi aktorami, nawet jeśli z niektórych recenzji wynika, że przedstawienia robią się same. To im należą się oklaski i podziękowania. W minionym roku wiele było interesujących kreacji teatralnych. Na szczególne wyróżnienie zasługują między innymi: Grażyna Barszczewska w spektaklu według Wiesława Myśliwskiego „Niezatańczone tango” (Teatr Polski w Warszawie); Ewa Błaszczyk jako Oriana Fallaci w monodramie „Oriana Fallaci. Chwila, w której umarłam” (Malarnia Teatru Studio); Grzegorz Falkowski jako Henryk w „Ślubie” (koprodukcja Teatru Współczesnego w Szczecinie i Teatru im. Kochanowskiego w Opolu; Adam Ferency w „Dzienniku przebudzenia” według Jerzego Pilcha (spektakl impresaryjny); Edyta Olszówka jako Ala/Alicja z „Elementarza” (Teatr Narodowy); Marian Opania jako tytułowy Ojciec (Teatr Ateneum) czy Bartosz Porczyk w przedstawieniu Natalii Korczakowskiej „Berlin Alexanderplatz” (Teatr Studio). Jerzy Radziwiłowicz stworzył zachwycające role jako reumatolog Paul w „Naszych żonach” (Syrena) i tajemnicza postać w sztuce Levina „Nikt” (Teatr Narodowy). Małgorzata Rożniatowska ironicznie ożywiła w spektaklu „Dziecię Starego Miasta” (Teatr WARSawy) figurę Matki Boskiej. Borys Szyc – zachwycił jako Szarik w „Psim sercu” (Teatr Współczesny w Warszawie), a Mirosław Zbrojewicz w „Songu o Brechcie” (spektakl impresaryjny). Autorski ranking Tomasza Miłkowskiego po obejrzeniu ponad 120 spektakli w 2017 r.

Jazzowy kolektyw
– Recepta na funkcjonowanie zespołu – czy to na scenie, czy poza nią – to duży poziom wzajemnej tolerancji – podkreśla Maciej Obara, saksofonista i kompozytor jazzowy. Pod koniec zeszłego roku ukazał się znakomicie przyjęty krążek „Unloved” jego kwartetu, nagrany dla norweskiej wytwórni ECM. Obara to trzeci polski artysta po Tomaszu Stańce i Marcinie Wasilewskim, który pod własnym nazwiskiem nagrał płytę dla tej słynnej wytwórni. – Chyba dzięki współpracy nas wszystkich ostatecznie jesteśmy dumni z tego albumu, również z tego, jak brzmi! Nie zmieniłbym ani jednego dźwięku i czuję pełną satysfakcję, szczególnie że spełnienie mojego marzenia w postaci „Unloved” dedykuję bliskim mi ludziom – tym, z którymi żyję, a także tym, którzy już niestety odeszli.

Qulturalia

KSIĄŻKI
Od bicia piany przybywa tylko piany
Prof. Jerzy Bralczyk ułożył słownik do czytania. Czytelnik znajdzie w nim nie tylko słownikowe objaśnienia, lecz także minifelietony o znaczeniu słów i ich używaniu. Przy haśle oszołom czytamy: ‘Człowiek bezgranicznie i ślepo podporządkowany jakiejś idei, niezważający na racje innych, zaślepiony, agresywny, zachowujący się nienormalnie’. Potoczne. W ostatnim czasie używane w znaczeniu polityczno-ideologicznym. Właściwie każdy mógłby zarzucić oszołomstwo swojemu przeciwnikowi, który nie dostrzega jego argumentów i na oślep dąży do zwycięstwa swojej idei. Tak się jednak składa, że częściej tym epitetem obdarowywano bardziej zajadłych prawicowych, narodowych konserwatystów niż lewicowych liberałów, choć ze strony niektórych populistów były próby używania określeń w rodzaju liberalne oszołomstwo. Trzeba uznać, że takie połączenie ideologicznego sławienia nieskrępowanej wolności i ciemnego zaślepienia wydaje się oryginalne.

Fragmenty książki Jerzego Bralczyka „1000 słów”, Prószyński i S-ka.

SPORT
Dobroczyńcy z boiska i stoku
Podczas niedawnej Gali Mistrzów Sportu zwycięzcą w kategorii fundacje została założona z inicjatywy piłkarza Jakuba Błaszczykowskiego Fundacja Ludzki Gest. Jej głównym celem jest kształtowanie pożądanych postaw wśród dzieci i młodzieży, wspieranie ich rozwoju ze szczególnym uwzględnieniem kultury fizycznej. Okrutnie doświadczony przez los Błaszczykowski wspiera mieszkańców swoich rodzinnych Truskolasów, ale też chore dzieci. Kiedyś przypadkowo wyszło na jaw, że zawodnik dołożył brakującą kwotę rodzinie chłopca chorego na nowotwór – ćwierć miliona złotych. A potem odwiedzał Dominika w szpitalu. Tomasz Gollob wspierał domy dziecka. Na konto jednego z nich przelał 120 tys. dol., które zdobył za wygranie biegu Super Prix. Wychowankom domu dziecka Gollob co roku fundował wakacyjne wyjazdy do szwedzkiego Västervik. Piotr Zieliński z własnych pieniędzy kupił dwa domy, które jego rodzina wyremontowała i przekształciła w domy dziecka. Utytułowani sportowcy wspierają regularnie Wielką Orkiestrę Świątecznej Pomocy, wystawiając na licytacje pamiątki i sprzęt. Agnieszka Radwańska przekazała ślubną suknię, Piotr Żyła, Justyna Kowalczyk i Paweł Babicki – narty, Maja Włoszczowska – okulary, w których zdobyła srebrny medal igrzysk olimpijskich w Rio de Janeiro, Robert Lewandowski przekazał m.in. swoją figurę zbudowaną z 70 tys. klocków Lego (skala 1:1). Dzielą się tym, co mają, nie dla poklasku, ale z potrzeby serca.

ZDROWIE
Trochę bakterii nie zaszkodzi
– Wbrew temu, co się często sądzi, nadmierna higiena, czyli przebywanie w środowisku bezbakteryjnym, niekoniecznie prowadzi do polepszenia zdrowia, a niekiedy nawet do jego pogorszenia – twierdzi prof. Włodzimierz Wojciech Ptak, immunolog, mikrobiolog. – Pośrednim dowodem jest to, że wśród dzieci wiejskich ilość chorób alergicznych jest mniejsza niż u dzieci miejskich. To dlatego, że dzieci na wsi stykają się z dużo większą ilością bakterii. Aktualnie tragiczną sprawą ruch antyszczepionkowy. To wynik jakiejś dewiacji umysłowej. Jeżeli się nie szczepi dzieci i liczba nieszczepionych osiągnie pokaźną wielkość w stosunku do szczepionych, wybucha epidemia. Tak jak epidemia błonicy, inaczej zwanej dyfterytem, na Ukrainie. Nie dano sobie rady z przekonaniem lub wymuszeniem na ludności poddania się szczepieniom i skutki były opłakane. Gdyby doszło do wybuchu epidemii tej choroby, umrze wielu ludzi, którzy nie są zaszczepieni.

OBSERWACJE
Fyrtel marzeń
Dwie artystki – fotografka Katarzyna Gapska i wizażystka Katarzyna Dziewulska – kupiły lokal na pracownię na tczewskiej starówce. Postanowiły poznać sąsiadów i zorganizowały dla nich sesję fotograficzną. Projekt wyzwolił też społeczną energię.– Nagle zaczęliśmy rozmawiać, że może coś wspólnie zrobimy, np. latem święto ulicy. Z Urzędu Miasta w Tczewie dostaliśmy prezent, ławeczkę, która stanie pod naszym klonem. Nazwiemy ją ławeczką marzeń – mówią artystki, które mają już pomysł na kolejny projekt artystyczno-społeczny. Będzie nosił tytuł „Tczewianie” i mówił o 350 mieszkańcach miasta pochodzących z różnych krajów.

Wyznania szakala
Poznany w szkole sztuk walki Jack był zapalonym surferem i przywoził ze sobą fotografie związane z tym sportem. Obaj z mistrzem Lee wymienialiśmy jednak komentarze dotyczące tego, że w krajach, do których leciał surfować, dochodziło do aktów przemocy: w Indonezji przeprowadzono atak bombowy, w Libanie wybuchły zamieszki, a w RPA – dokonano zabójstwa. Później nadszedł 11 września 2001 r. i przeprowadzona w 2003 r. inwazja na Irak. Jack zaakceptował zadanie, które wymagało od niego wyjazdu na Bliski Wschód. Powiedział mi tylko: – To robota w moim stylu. Będę miał też okazję spotkać się ze starymi kumplami, m.in. z ludźmi, którzy byli ze mną na Seszelach. w 1981 r. na Seszele wysłano zespół szakali, którzy otrzymali zadanie zamordowania polityka rządzącego krajem. Zostali zdemaskowani, gdy tylko wynajęty przez nich samolot wylądował na Seszelach. Historia akcji szakali na Seszelach na pierwszy rzut oka sprawiała wrażenie porażki, ale w rzeczywistości pozwoliła osiągnąć Waszyngtonowi wszystkie cele. Prezydent nie został zamordowany, ale groźbą i przekupstwem udało się go nakłonić do współpracy, co zapewniało jeszcze więcej korzyści.

FELIETONY I KOMENTARZE
Jerzy Domański: Łachudry do czarnej dziury
Bronisław Łagowski: Patriotyzm uliczników
Roman Kurkiewicz: Warszawa wolna od faszystów
Ludwik Stomma: Opowieść o Putinie
Tomasz Jastrun: Lewica razem
Edward Mikołajczyk: Unicestw

Wydanie: 4/2018

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy