Notes dyplomatyczny

Notes dyplomatyczny

To się zdarzyło w długi weekend majowy. Kiedy polskie ministerstwa, w tym MSZ, odpoczywały. Ale za granicą trzeba było pracować. I w tym czasie do białoruskiego MSZ został wezwany I sekretarz polskiej ambasady w Mińsku. Takie wezwania to ewenement. Z reguły do MSZ wzywa się ambasadora, by wręczyć mu notę albo też w inny sposób dać wyraz swemu niezadowoleniu. Wezwanie ambasadora oznacza awanturę, wielkie halo. Wezwanie I sekretarza, i to do spraw administracyjnych, oznacza, że MSZ jest zainteresowane, by sprawę załatwić po cichu. A cóż to tak cicho chciano załatwić w Mińsku?
Otóż I sekretarza poinformowano, że kilka dni wcześniej oficjalny samochód polskiej ambasady zakłócił przejazd ważnej państwowej osobistości. I że Białoruś oczekuje, że sprawca tego incydentu, kierowca samochodu, w ciągu paru tygodni, do 20 maja, spakuje się i wyjedzie do Polski.
Z taką lakoniczną, tajemniczą informacją I sekretarz wrócił do ambasady. No i zaczęły się domysły. Szybko zorientowano się, jakiej osobistości wjechał w drogę polski samochód – chodziło o prezydenta Łukaszenkę. Ale kiedy to nastąpiło?
Relacjonując (po paru dniach!) tę sprawę, w piśmie do centrali ambasador napisał: po naradzie w ambasadzie doszliśmy do wniosku, że może tu chodzić o ambasadora.
Inne źródła potwierdziły ten domysł. Ambasador Mariusz Maszkiewicz tego dnia sam prowadził samochód. To była jego reprezentacyjna limuzyna, którą zajechał drogę prezydenckiej kolumnie. Razem z nim jechała jego białoruska znajoma, którą chętnie przedstawia jako przedstawicielkę białoruskiej opozycji. Czyżby go tak oszołomiła jej obecność, że nie zauważył kawalkady?
Centrala na te wszystkie pisma i informacje zareagowała rutynowo. Szybko wysłano Maszkiewiczowi polecenie, by złożył wizytę u wiceministra spraw zagranicznych, przeprosił go za incydent, obiecał, że nic podobnego w przyszłości już się nie powtórzy i poprosił, by nie nalegali na wyjazd sprawcy incydentu.
To polecenie ambasador spełnił – rzecz jednak w tym, że do białoruskiego MSZ udał się w ostatnim możliwym terminie, tj. 20 maja. I to w tym czasie, kiedy kierowca ambasady RP w Mińsku akurat wyjechał do Polski. Przesłanie było więc proste – ambasador sugerował Białorusinom, że sprawcę incydentu, owego kierowcę, odesłał, zgodnie z ich sugestią, do domu.
Jaką więc mamy sytuację? Kierowca chodzi po MSZ, zapewnia, że to nie on zajechał drogę Łukaszence, że on w tym czasie był zupełnie gdzie indziej. W centrali o tym wiedzą, mają już zresztą zdjęcie przedstawiające ów incydent, widać na nim ambasadora i jego białoruską znajomą, kobietę bardzo atrakcyjną. To zdjęcie pochodzi od Białorusinów.
Cóż więc robić? Odwołać ambasadora? I tak jest na wylocie, w najbliższych tygodniach ma ostatecznie zakończyć misję w Mińsku, żonę z dziećmi od lat ma w kraju, jest wyznaczony jego następca, który już otrzymał agrement. Udawać, że to nie on? To są dylematy, które trzeba rozwiązać. Plus jeszcze jeden: co zrobić z Maszkiewiczem, gdy wróci do Warszawy?

Wydanie: 24/2002

Kategorie: Kraj
Tagi: Attaché

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy