Rzecz w uczciwości

Rzecz w uczciwości

Z życia Dominika Horodyńskiego można wysnuć przekonanie, że nie istnieje jedynie słuszna droga do niepodległości, a tym samym, że jest wiele postaci patriotyzmu

Minął rok od śmierci Dominika Horodyńskiego (1919-2008) i ten czas okazał się najlepszym sprawdzianem jego czynów – człowieka, który posiadł cnotę najtrudniejszą: cywilną odwagę. W dobie wojny prowadzonej w obronie Konstytucji 3 maja król Stanisław August ustanowił nie tylko Order Zasługi Wojskowej Virtuti Militari, lecz także Order Zasługi Cywilnej Virtuti Civili. O ile ten pierwszy przetrwał do dziś, drugiemu nie dane było nagradzać myśli i czynów wznoszących się ponad horyzont egoizmu i zastygłej w konserwatyzmie części opinii publicznej.
Dominika Horodyńskiego – redaktora, publicystę i polityka, wybitnego humanistę – wspominali przedstawiciele środowisk twórczych: Bronisław Łagowski, Tomasz Łubieński, Wiktor Osiatyński, Andrzej Werblan, Stanisław Wyganowski. Zgodnie podnosili oni zasługi Dominika Horodyńskiego na polu rozwoju myśli niezależnej i liberalnej w okresie realnego socjalizmu, na łamach redagowanych przez niego tygodników społeczno-kulturalnych: „Dziś i jutro”, „Za i przeciw”, „Kultura”.
Dotyczyło to nie tylko starań o światopoglądowy pluralizm, w tym obecność filozofii i etyki chrześcijańskiej, lecz także o prawo wyboru własnej drogi rozwoju artystycznego. Wychowany razem z bratem Zbigniewem – Iniem (1921-1944), wrażliwym

i świetnie zapowiadającym się malarzem,

wiele uwagi i serca poświęcał Dominik Horodyński kontaktom i stosunkom z artystami. Obdarzony przyjaźnią profesorów Akademii Sztuk Pięknych i wybitnych malarzy: Jana Cybisa, Tadeusza Dominika, Artura Nachta-Samborskiego, Heleny Walickiej pomagał im w pokonywaniu piętrzących się trudności. Był prawdziwym przyjacielem malarzy. Otaczał się także ich obrazami, które tworzyły wraz z książkami niepowtarzalny klimat i charakter jego domu.
Życie Dominika Horodyńskiego to także zwierciadło losów naszego narodu na przełomie epok, przełomie, który dokonał się w całym świecie, chociaż z opóźnieniami lub z gwałtownym, jak w Polsce, przyspieszeniem. Urodzony i wychowany w środowisku ziemiańskim, stanął przed wyborem: pozostania w szańcach przeszłości, dla której nie było wówczas żadnych perspektyw, lub wejścia na drogę wiodącą ku przyszłości, z ogromem niebezpieczeństw i niewiadomych z tym związanych. Bo że nie będzie to droga prosta, lecz wiodąca meandrami, było oczywiste.
Z urodzenia i poznawczej pasji historyk, obdarzony nieprzeciętną pamięcią i niezwykle oczytany, szukał w dziejach Europy i własnego kraju odpowiedzi na pytanie, jakie jest przeznaczenie Polski i dokąd jako naród zmierzamy. Boleśnie doświadczony bestialskim mordem w rodzinnym Zbydniowie, dokonanym w 1943 r. przez oddział SS na 20 osobach, znając dogłębnie losy Polski w II wojnie światowej, potrafił dostrzec, jako jeden z nielicznych we własnym środowisku, narzucające się wnioski dotyczące teraźniejszości i przyszłości. To wymagało odwagi. W tym wyborze umocniła Dominika Horodyńskiego, żołnierza Kedywu i adiutanta płk. Jana Mazurkiewicza „Radosława”, nieodpowiedzialna decyzja – wybuchu powstania w Warszawie,

podjęta wbrew oczywistym

realiom politycznym i wojskowym. Dominik Horodyński wielokrotnie mówił: to się nie może powtórzyć.
Dlatego zaakceptował ideę polsko-niemieckiego pojednania, nie bacząc na nie zawsze szczere i uczciwe intencje polityków. Ale sama zasada była moralnie słuszna i usprawiedliwiona. Trudno zresztą o bardziej chrześcijańską postawę. Dał jej wyraz wiele lat później Jan Paweł II, odwiedzając w więzieniu swojego niedoszłego zabójcę. Taka postawa z trudem toruje sobie jednak drogę, przegrywając z przemożną nienawiścią i rządzą odwetu.
W czasie kilkuletniego pobytu w Rzymie w charakterze korespondenta zabiegał o poprawę nie tylko stosunków polsko-watykańskich, lecz także polsko-niemieckich, mając na uwadze stabilizację prawną i międzynarodową naszych ziem zachodnich. Wszędzie, gdzie tylko mógł, działał na rzecz autentycznego odprężenia i pojednania, widząc w obaleniu międzyludzkich barier przyszłość świata. Obchodzona właśnie rocznica zburzenia muru berlińskiego to także ukłon w kierunku Dominika Horodyńskiego, który wierzył niezłomnie w solidarność wszystkich ludzi: wolnych intelektualnie i sprawiedliwych. Ale to nie przychodzi samo. O to trzeba walczyć, poświęcając niekiedy samego siebie.
Uwrażliwienie na los ludzi posiadających jedynie to, co sami mogli uzyskać z pracy rąk swoich, wyniósł Dominik Horodyński z rodzinnego domu, ze Zbydniowa. To tam pięć pokoleń Horodyńskich dawało przykład mądrego, pozytywistycznego patriotyzmu, gospodarności i wysiłków podejmowanych na rzecz podniesienia poziomu życia wsi. Szczególną rolę odegrał tu Zbigniew (1851-1930), dziad Dominika, na którego pogrzeb przybyło ok. 10 tys. okolicznych włościan. Żegnała go cała nieomal ziemia sandomierska.
Nic więc dziwnego, że i teraz Publiczna Szkoła Podstawowa w Zbydniowie przyjęła imię rodziny Horodyńskich, tworząc w budynku szkoły Salę Tradycji, ukazującą dzieje dworu w Zbydniowie i jego mieszkańców. To zapewne jedyne tego rodzaju wydarzenie w Polsce, świadczące, że

mimo tylu negatywnych doświadczeń

pluralizm społeczny i solidaryzm są możliwe. To nie utopia.
Jeżeli z bogatego i skomplikowanego życia Dominika Horodyńskiego można wysnuć jakiś wniosek, to przekonanie, że nie istnieje jedynie słuszna droga do niepodległości, a tym samym, że jest wiele postaci patriotyzmu. Istota rzeczy tkwi w uczciwości. A tej najbardziej nam dzisiaj brakuje.

Wydanie: 47/2009

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy