Kto wypycha nas z Europy

Kto wypycha nas z Europy

Roman Giertych w antyunijnej koalicji z Jackiem Saryuszem-Wolskim z PO to czarny sen polskiej polityki

Groteska, kabaret czy po prostu… sabotaż? Takie pytanie ciśnie się wielu ludziom na usta, kiedy obserwują – nie po raz pierwszy, niestety, w ostatnich miesiącach – kakofonię słów potępienia, jakich używają politycy rozmaitych partii po przyjęciu przez 25 państw członkowskich Unii Europejskiej (w tym Polskę) projektu traktatu konstytucyjnego dla zjednoczonej Europy. Dokument – którego zaakceptowanie zdecydowana większość Europejczyków przyjęła z widoczną ulgą, a polityczni przywódcy UE z uczuciem, że wreszcie została popchnięta do przodu sprawa europejskiej (lepszej) przyszłości – w Polsce spotyka niemal wyłącznie nieprzychylne opinie wśród partii opozycyjnych wobec rządu Marka Belki, ale także w sporej części Kościoła katolickiego. Jeszcze raz, można powiedzieć, pokazujemy Europie i światu, że ani nie umiemy się cieszyć z oczywistego sukcesu, ani nie potrafimy myśleć kategoriami szerszymi niż własny, ciasno – i na dodatek fałszywie! – pojęty interes.
O takiej Polsce – kraju egoistycznym, egocentrycznym i aroganckim, zapatrzonym wyłącznie w siebie i pozbawionym kompetencji, by harmonijnie pracować w większej, europejskiej drużynie – pisze się od pewnego czasu i opowiada w wielu krajach europejskich. To niechlubny rezultat nie tylko ostatnich polskich narzekań – w narzekaniu jesteśmy w Unii bezdyskusyjnie najlepsi – ale także fatalnie rozegranego przez nasz kraj całego sporu i dialogu na temat konstytucji europejskiej. Ponure hasło

„Nicea albo śmierć”

(do którego autorstwa notabene Jan Rokita się już dzisiaj nie przyznaje, wskazując palcem kolegę, czyli Jacka Saryusza-Wolskiego) powinno na lata pozostać w podręcznikach uczących, jak nie załatwia się żadnych spraw nie tylko w UE, lecz także w jakiejkolwiek innej cywilizowanej organizacji międzynarodowej. Politycy polscy, i wszyscy Polacy, powinni zapamiętać jako bolesną, ale potrzebną nauczkę poczucie izolacji, w jakiej znalazła się Polska po grudniowym szczycie UE w Brukseli, gdzie „twardo” broniliśmy swoich wyjściowych pozycji negocjacyjnych – oglądając się wyłącznie (zamiast myśleć o szukaniu jakiegoś porozumienia) na iluzję podreperowania sobie doraźnie wyników w sondażach opinii publicznej, zarówno przez opozycję, jak i przez ówczesną ekipę rządową.
Co z tego wyszło, wiadomo. Hiszpanie opuścili nas zaraz po wyborach w marcu 2004 r. i zrobiliby tak niezależnie od tego, kto w tamtej elekcji by zwyciężył. Małe kraje unijne, których interesów rzekomo mieliśmy bronić, obserwowały nasze stanowisko tyleż z brakiem szacunku, co rosnącym zniecierpliwieniem, a na dodatek udało nam się wyrobić sobie opinię głównego oponenta najważniejszych krajów w historii, teraźniejszości, a także w dającej się przewidzieć przyszłości UE, czyli Niemiec i Francji. Jak na kilka miesięcy działalności wynik przerażająco skuteczny, jeśli chcieliśmy mieć gębę państwa niezdolnego do międzynarodowej współpracy, albo prawdziwie fatalny, jeśli polskim zamiarem było(by?) odgrywanie w Unii pozytywnej i konstruktywnej roli kreatora europejskich nowych idei i twórcy koalicji wzmacniających zjednoczenie europejskie.
Część polskiej klasy politycznej, w tym na szczęście członkowie polskiego rządu odpowiedzialni za finał negocjacji w sprawie traktatu konstytucyjnego, dość szybko zorientowała się, że czynienie z naszego kraju na unijnym forum „pawia narodów” albo samotnego „szeryfa”, walczącego w pojedynkę przeciwko wszystkim,

nic Polsce nie daje.

Że zamiast jałowych sporów o Niceę, której nikt poza nami nie chciał po roku 2009, lepiej włączyć się w negocjacje, podpowiadać swoje wersje kompromisów, szukać państw, które wspólnie z nami, ale – uwaga! – równocześnie nie przeciw komuś, zechcą znaleźć rozwiązania zapisów w konstytucji europejskiej możliwe do przyjęcia przez wszystkich. Że fetysz liczby głosów w decyzjach europejskich wygląda może ładnie w pyskówkach posłów w mediach, natomiast w faktycznie realizowanej polityce na forum Unii równie istotna, jeśli nie ważniejsza jest rzeczywista siła konkretnego państwa, wynikająca z siły jego gospodarki, sprawności administracji, zamożności społeczeństwa i… mądrości jego polityków.
Dzisiaj nie mamy jeszcze ani silnej gospodarki, ani dobrze działającej biurokracji, ani bogatego narodu i właśnie po to, by to wszystko mieć, włączamy się do Unii. Ale przy okazji debaty nad konstytucją UE potwierdziło się dobitnie i po raz kolejny, że sporej grupie naszych partyjnych liderów brakuje na dodatek politycznej mądrości.
Pół biedy jeszcze, jeśli antyeuropejską histerię i elementarny brak wiedzy na temat nowej konstytucji europejskiej pokazują politycy np. Ligi Polskich Rodzin. Jeżeli Roman Giertych, uskrzydlony niezłym wynikiem LPR w elekcji do europarlamentu, opowiada androny o zdradzie narodu czy „działaniu na szkodę państwa”, to wiadomo że powtarza on w ten sposób tę samą antyeuropejską mantrę, którą mówi od lat. Złośliwy obserwator mógłby w tym miejscu przypomnieć endeckie korzenie lidera LPR, łączone w historii nie bez racji z prorosyjskością po granice Targowicy, ale byłby to być może wniosek zbyt daleko idący. Niech wystarczy hipoteza, że Giertych faktycznie nie wie, co znaczy dziś Europa i jak się powinno w niej współpracować z innymi.
Taki sam wydźwięk potwierdzający brak znajomości współczesnych realiów UE i elementarnej wiedzy o Europie ma zapowiedź LPR – wywołująca po prostu wzruszenie ramion – postawienia premiera Belki przed Trybunałem Stanu za rzekome złamanie konstytucji RP, bo przyjął „niekorzystny dla Polski traktat”. To

rodzaj folkloru,

podobny do groteskowego, jak to oceniono w elitach politycznych Europy, żądania innego polityka LPR (i europosła!), Witolda Tomczaka, by na ścianie sali obrad Parlamentu Europejskiego w Strasburgu koniecznie powiesić… dwa krzyże, w dodatku jako „dar od Narodu Polskiego”. Tomczak wysłał już do przewodniczącego PE, Pata Coxa, dwa listy i nic, bowiem – jak zauważył jeden z rzeczników UE – „trudno otrzymywać poważną odpowiedź na niepoważną propozycję”.
Zostawmy zresztą LPR w spokoju, bo Liga Polskich Rodzin w zjednoczonej Europie to margines podobny do innych partii radykalnie prawicowych (czy radykalnie lewicowych). Gorzej, że w kampanię przeciwko konstytucji europejskiej – ewidentnie dla doraźnych interesów wyborczych – włączyły się partie o bardziej proeuropejskim dotąd obliczu. W tym balansujące do tej pory pomiędzy poparciem dla Unii – a więc także dla fundamentalnej w UE zasady, że trzeba szukać wspólnych spraw, zamiast akcentować różnice – a antyeuropejskością pod publiczkę PiS i PSL. Ludowcy, którzy w referendum konstytucyjnym poparli integrację europejską, dzisiaj głośno krytykują eurokonstytucję, bo polskie doświadczenie z lat minionych wskazuje, że na krytyce więcej można ugrać, jak to się mówi w kuluarach obecnego Sejmu.
PiS, który ściga się z LPR o głosy wyborców Radia Maryja, kłamliwie ogłasza, że Polacy w referendum 8 czerwca 2003 r. głosowali za… systemem z Nicei. W tym wypadku po prostu opadają ręce. Konia z rzędem bowiem temu z głosujących, kto z tego właśnie powodu powiedział tak dla Europy. Bracia Kaczyńscy, poseł Ujazdowski i ich koledzy chwytają się przysłowiowej brzytwy, żywiąc wyraźnie nadzieję, że Polacy mają pamięć krótką i można im wszystko wmówić.
Najgorzej, że w pomysły wypchnięcia Polski z głównego nurtu jednoczącej się Europy dała się wplątać nawet Platforma Obywatelska. Co prawda, wcześniejszy

herold antykonstytucyjnej krucjaty,

czyli Jan Rokita, po kompromitacji osławionego hasła „Nicea lub śmierć”, dziś raczej dość cicho i ostrożnie namawia głównie, by nie mówić za głośno o sukcesie i poczekać, co zrobią inne kraje, a wtedy „dopiero się zobaczy”, ale zza jego pleców wyskoczył nowy specjalista PO od Europy i eurodeputowany, Jacek Saryusz-Wolski, który gromko krzyczy o niezrealizowaniu celów, jakie miała Polska, i tłumaczy, że należało (wzorem szlacheckiego liberum veto?) zerwać szczyt konstytucyjny z czerwca albo w ogóle nie dopuścić do jego zwołania i poczekać, co będzie dalej, bo kierująca Unią w drugiej połowie roku Holandia „może poszłaby na dalsze ustępstwa”.
Chciałoby się powiedzieć: cóż za głupstwa pan europoseł tu gada? Holandia w ostatnich miesiącach przed akcesją najostrzej domagała się sprawdzania, czy Polska „pasuje do UE”, wprowadziła ograniczenia dla pracy Polaków w swoim kraju, a jej politycy w sporej części bez entuzjazmu przyjęli poszerzenie UE do 25 państw. Trudno uwierzyć, by tego nie wiedział polityk, który przez wiele lat zajmuje się integracją europejską. Prawdopodobniejsza wydaje się teza – o której wśród osób współpracujących z Saryuszem-Wolskim głośno od dawna – że w ostatnich latach świeżo upieczony europoseł z PO urażał i swoich polskich partnerów, i unijnych (kiedy był szefem UKIE) arogancją po butne przekonanie, że jeśli fakty są inne, tym gorzej dla faktów.
Nasuwa się skojarzenie z sytuacją z boiska – wszak piłkarskie mistrzostwa Europy właśnie osiągają półmetek – gdzie gracze, czyli politycy, siedzący na ławce rezerwowych głośno krzyczą, że oni to dopiero by zagrali. Ale kiedy wychodzą na boisko, grają tak, jak ci, których wymienili. To dobre memento dla polityków malkontentów, niechcących brać odpowiedzialności za żadne decyzje.
I memento dla Polaków – którzy za kilkanaście miesięcy w referendum będą musieli odpowiedzieć, czy chcą grać w europejskiej drużynie, znajdując rytm gry odpowiadający wszystkim na unijnym boisku, a tak się stało przy okazji przyjęcia projektu konstytucji europejskiej 18 czerwca, czy będą woleli wybijać piłkę nieustannie na aut i lekceważąc interesy oraz styl gry pozostałych Europejczyków, doprowadzić do tego, że sami wypchniemy się z Europy.

Mirosław Głogowski, Paweł Snarski


 

Bez konstytucji ani rusz
„Bez konstytucji, którą uzgodnił szczyt w Brukseli, Unia Europejska nie byłaby w stanie funkcjonować”, ostrzegł przewodniczący Konwentu Europejskiego, były prezydent Francji, Valery Giscard d’Estaing. Według Giscarda d’Estaing, „doświadczenia ostatnich miesięcy były jednoznaczne – obrady w gronie 25 państw są nieuporządkowane, komisja rozrosła się z 25 członków do 30, pojawiło się zamieszanie w sprawie kompetencji i procedur”.
Były prezydent Francji podkreślił, że konstytucja europejska „znosi wszystkie poprzednie traktaty, określa kompetencje i narzędzia działania Unii”, a ponadto „upraszcza, organizuje i stabilizuje system”, ustanawia „stabilnego przewodniczącego Rady Europejskiej, stabilne przewodnictwo Rady Spraw Zagranicznych, sprawowane przez ministra spraw zagranicznych, pozwala funkcjonować Europie 25 państw”.
Giscard d’Estaing powiedział też, że wierzy w „mądrość ludową i instynkt” Europejczyków. Jego zdaniem, konstytucja powinna wejść w życie 1 lipca 2006 r., nawet jeżeli niektóre jej zapisy zaczną obowiązywać w 2009 r. (np. nowy system głosowania w Radzie UE) czy w 2014 (redukcja liczby komisarzy do dwóch trzecich liczby państw).

Co jest w konstytucji?
Przyjęty 18 czerwca br. traktat konstytucyjny dla Unii Europejskiej jest pierwszą w historii UE tak wszechstronną próbą zagwarantowania zasadniczych praw i swobód wszystkim obywatelom Unii, uproszczenia i uporządkowania jej podstaw prawnych, usprawnienia i demokratyzacji jej instytucji.
* Traktat wylicza m.in. listę wartości, na których opiera się Unia, a także jej celów i kompetencji. Akcentuje zasadę poszanowania tożsamości narodowej, a także solidarności. Powstrzymując się od precyzowania, o jakie religie chodzi, nawiązano w preambule konstytucji do „kulturalnego, religijnego i humanistycznego dziedzictwa Europy”.
* Usprawnieniu działania Unii ma służyć zastąpienie zasady jednomyślności w Radzie UE (czyli zniesienie prawa weta dla pojedynczych państw) w ponad 40 sprawach, głównie proceduralnych, ale weto utrzymano w tak zasadniczych kwestiach jak zmiany w konstytucji, poszerzenie UE, polityka zagraniczna i obronna, zabezpieczenie socjalne, podatki i kultura.
* W Polsce najwięcej kontrowersji wzbudziło postanowienie, że 1 listopada 2009 r. nicejski tryb podejmowania decyzji w Radzie UE w dziedzinach, w których stanowi ona kwalifikowaną większością głosów, zostanie zastąpiony nowym systemem podwójnej większości. Do podjęcia decyzji potrzeba w nim co najmniej 55% państw Unii (nie mniej niż 15) reprezentujących co najmniej 65% jej ludności. Do zablokowania decyzji potrzeba będzie ponad 45% państw lub 35% ludności zamieszkującej co najmniej cztery państwa. W pewnych delikatnych politycznie sprawach wprowadzono superwiększość 72% państw zamieszkanych przez 65% ludności. Polska indywidualnie wywalczyła hamulec bezpieczeństwa, umożliwiający odwlekanie decyzji przez „rozsądny czas”, jeśli kwestionują ją państwa zamieszkane przez ponad 26,25% unijnej ludności. Ten mechanizm nie pozwala jednak torpedować decyzji w nieskończoność, poza tym może być zniesiony w 2014 r. kwalifikowaną większością głosów (w systemie nicejskim, który zacznie obowiązywać 1 listopada 2004 r., cztery największe państwa mają po 29 głosów, a Polska i Hiszpania po 27. Do zablokowania trzeba 91).
* Konstytucja postanawia, że do 2014 r. wszystkie państwa członkowskie zachowają prawo do wysyłania do Brukseli po jednym komisarzu. Później liczba komisarzy zostanie zredukowana do dwóch trzecich liczby państw, chyba że Rada Europejska (przywódcy) jednogłośnie postanowi inaczej.
* Liczba członków Parlamentu Europejskiego (PE) wzrośnie w następnej kadencji z obecnych 732 do 750, ale ich podział zostanie uzgodniony dopiero przed następną kadencją PE rozpoczynającą się w lipcu 2009 r. Ustalono tylko, że najludniejsze państwo Unii, Niemcy, będzie miało 96 eurodeputowanych (teraz 99), a najmniej ludne – Malta i Luksemburg po sześciu.
* Wejście w życie konstytucji zwiększy widoczność Unii na arenie międzynarodowej dzięki dwóm nowym stanowiskom – przewodniczącego Rady Europejskiej i ministra spraw zagranicznych UE. Pierwszy będzie wybierany na dwa i pół roku z możliwością drugiej kadencji. Drugi zasiądzie w Komisji Europejskiej jako jeden z jej wiceprzewodniczących i połączy obowiązki dotychczasowego wysokiego przedstawiciela UE ds. wspólnej polityki zagranicznej i bezpieczeństwa oraz komisarza ds. stosunków zewnętrznych. Wspierany przez Europejską Służbę Działań Zagranicznych będzie ponadto będzie przewodniczył Radzie (ministrów) Spraw Zagranicznych.
* Po raz pierwszy opisano w unijnym traktacie symbole Unii: flaga Unii przedstawia krąg 12 złotych gwiazd na niebieskim tle.
* Hymn Unii pochodzi z „Ody do radości” z IX Symfonii Ludwiga van Beethovena.
* Dewiza Unii brzmi: „Zjednoczeni w różnorodności”.
* Walutą Unii jest euro.
* 9 maja jest obchodzony w całej Unii jako Dzień Europy”.

Alternatywa to rozpad UE
Monachijska „Süddeutsche Zeitung” napisała, że odrzucenie podczas procesu ratyfikacyjnego przez część krajów Unii Europejskiej nowej konstytucji doprowadzi do rozpadu Europy na centrum i peryferie. Europejska konstytucja może się stać – zdaniem „Süddeutsche Zeitung” – ładunkiem wybuchowym, który spowoduje pęknięcie Unii 25 krajów, a potem 27 (pod wejściu w 2007 r, do UE Bułgarii i Rumunii). „Nieuchronny” stałby się wówczas ponowny podział Europy. „Powstałby rów między centrum a peryferiami. W środku byliby ci, którzy chcą uczestniczyć w lepszej i coraz ściślej powiązanej Unii. Oponenci znaleźliby się pod drzwiami. Brytyjczycy, Duńczycy czy też Polacy musieliby ułożyć swoje stosunki z Brukselą tak jak Norwegowie czy też Szwajcarzy”, pisze gazeta.
W ocenie „Süddeutsche Zeitung”, Francuzi, Niemcy, Węgrzy, ale też Hiszpanie nie zrezygnują z konstytucji. Wyjściem z sytuacji może być dla nich Europa obejmująca mniejszą liczbę krajów – jądro Europy. „Tak albo nie wobec Europy – tak nazywa się od teraz ta gra. Dotyczy to każdego referendum i każdego głosowania, niezależnie od tego, czy odbywa się w polskim Sejmie czy też w brytyjskiej House of Commons”, konkluduje „Süddeutsche Zeitung”.

 

Wydanie: 27/2004

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy