Targowica 2021 – kto patriota, kto zdrajca?

Targowica 2021 – kto patriota, kto zdrajca?

Politykę zastąpił hejt. Logiki w tym nie ma.

Głupek zrównywany jest z mędrcem

„PiS ustami posła (Janusza) Kowalskiego wskazuje 2027 r. jako datę referendum w sprawie wyjścia Polski z Unii. Tak wygląda zdrada stanu”, napisał na Twitterze lider PO Donald Tusk.

Już chwilę potem odpowiedziała posłanka PiS Joanna Lichocka: „Dla znaczącej części Polaków zdrada stanu ma współcześnie twarz Donalda Tuska. Tak właśnie ona wygląda – mniej więcej od czasu Smoleńska”.

Konferencja Ambasadorów RP, zrzeszająca byłych ambasadorów, w swoim stanowisku napisała m.in., że „sytuacja na granicy z Białorusią staje się dla Polski haniebna: zaczyna spełniać znamiona zbrodni przeciwko ludzkości”.

Od razu odpowiedział ambasadorom znany pisowski intelektualista, minister Przemysław Czarnek: „To są ludzie, którzy absolutnie nie reprezentują interesu państwa i narodu polskiego”. I dalej: „Mamy taką okoliczność i sytuację dzisiaj, w której przyrównujemy tego rodzaju postawy do Targowicy. Ja chcę powiedzieć, że przyrównywanie tego rodzaju postaw do Targowicy jest szarganiem dobrego imienia ludzi Targowicy. Bo oni coś jeszcze mieli na myśli, jakiś interes – choćby prywatnie pojmowany, ale jednak narodowy i polski”.

Takich czasów dożyliśmy – debatę polityczną zastąpiły krótkie hasła, jak wbijane gwoździe. W Sejmie posłowie PiS stają naprzeciw tych z PO, jedni drugich wskazują palcem i krzyczą: „Precz z komuną! Precz z komuną!”. Albo: „Targowica! Targowica!”.

I wszystko jasne. Najprościej komuś zarzucić, że jest zdrajcą, agentem, że jest na cudzym żołdzie. To jest jak bomba atomowa – bo ze zdrajcą nie trzeba rozmawiać, jego miejsce jest przed plutonem egzekucyjnym. Ten, kto stoi naprzeciw zdrajcy, nie musi być mądry, pracowity, ba, nie musi być specjalnie uczciwy. Nie musi silić się na jakiekolwiek argumenty. Ważne, że wskazał „złego”. Już z tego powodu jest lepszy. To także buduje pozycję własnego obozu. My jesteśmy patrioci – oni zdrajcy. Historia, sam Bóg – mówią, że my mamy rację, że nam więcej wolno, a im mniej. Albo i nic.

W demokracjach europejskich debata różnych sił jest czymś oczywistym. Wiedza, kompetencje – są absolutnie nieodzowne. Umiejętność dogadania się to najwyższa sztuka. W Polsce jest inaczej. Ważniejsze, by przeciwnika poniżyć, wykluczyć. Dlatego tak często powtarzane jest słowo targowica. Logiki w tym nie ma, są emocje. Głupek zrównywany jest z mędrcem.

*

Historia targowicy, mówi o tym obok prof. Jarosław Porazinski, jest bardziej skomplikowana, niż to dziś się przedstawia. Smutno to pisać, ale w swoich czasach nie była czymś szokującym, bo do mocarstw sąsiednich, czy też do ich siły, odwoływały się wszystkie strony konfliktu politycznego w Polsce.

Stanisław August Poniatowski był królem z woli Katarzyny II, rządził Polską dzięki rosyjskim wojskom. Kto mu się sprzeciwiał? Konfederacja barska. Cóż proponowała? Najbardziej reakcyjną wersję katolickiej bigoterii i marzenia o dawnej Polsce, szlacheckiej, z liberum veto.

Potem, jeszcze przed Sejmem Wielkim, Poniatowski pielgrzymował do Katarzyny II, by zyskać jej przychylność dla projektowanych zmian. Niczego nie uzyskał. Ale i tak, wbrew carycy, Sejm Wielki zmiany przeprowadził. Wtedy do Petersburga udała się grupa jego przeciwników. Szukali pomocy, by bronić republiki, wolności szlacheckiej, a także – o czym głośno nie mówili – swojej pozycji w państwie.

W deklaracji konfederacji targowickiej możemy więc przeczytać: „Sejm dzisiejszy, na niedziel tylko sześć zwołany, przywłaszczywszy sobie władzę prawodawczą na zawsze, połamał prawa kardynalne, zmiótł wszystkie wolności szlacheckie, a na dniu 3 maja r. 1791 w rewolucję i spisek przemieniwszy się, nową formę rządu, za pomocą mieszczan, ułanów, żołnierzy, narzuconą sukcesję tronu postanowił; królowi od przysięgi, na pacta conventa wykonanej, uwolnić się dozwolił, władzę królów rozszerzył, rzeczpospolitą w monarchię zamienił, szlachtę bez posesji od równości i wolności odepchnął (…), w wojnę szkodliwą przeciwko Rosji, sąsiadki naszej najlepszej, najdawniejszej z przyjaciół i sprzymierzeńców naszych, wplątać nas usiłował”.

Na co Katarzyna II odpowiedziała: „Zdrowsza część narodu (…) skonfederowała się dla odzyskania praw, które jej wydarte zostały. Przyrzekłam jej pomoc i będę się ją starała uczynić skuteczną, o ile mi środki dozwolą”.

Prawda, jakie to wszystko pięknie słowa? W rozmowach mniej oficjalnych jest już inaczej. Do komunikowania się z konfederacją Katarzyna II wyznaczyła specjalnego asystenta, Karla Bühlera. Delegat Katarzyny działał zgodnie z instrukcjami, a jedna z nich zawierała taki opis: „charakter Polaków jest mieszaniną chełpliwości, wykrętności i chytrości (…), walczyć więc z nimi należy bronią stanowczości, zręczności i roztropnej nieufności”.

Z drugiej strony był Stanisław Szczęsny Potocki, postać numer 1 w obozie targowiczan. Potocki atakował Stanisława Augusta Poniatowskiego i schlebiał najbiedniejszej szlachcie. Tę taktykę tak tłumaczył wysłannikowi Rosji: „Inaczej (…) przywiązać narodu do Moskwy nie można, jak tylko zwalając na króla całą nienawiść Polaków”. Po jednej stronie był więc król, zepsuty, ulegający cudzoziemskim wpływom, po drugiej – prosta, arcypolska szlachta. Bo szlachcic, jak pisał, „choćby był ubogi i nędzny, gdy czuje wolność, lepszym jest szlachcicem jak bogacze łaskami dworskimi okryci”.

*

Polska dzieli się dziś na dwie części. Mamy reformatorów i mamy tradycjonalistów. Reformatorzy, tak jak w czasach Sejmu Wielkiego, patrzą na Zachód, tam chcą przeciągnąć Polskę. Tradycjonaliści mówią o Bogu, Kościele, tradycyjnych wartościach, straszą Niemcami (w czasach Sejmu Wielkiego straszono Prusami), zachodnią modą. Nie będą nam mówić w obcych językach, co mamy robić! – woła prezydent Andrzej Duda. No i oczywiście schlebiają uboższym warstwom, jak Szczęsny Potocki uboższej szlachcie, powtarzając: nie jesteście gorsi od bogaczy. I może dobrze, że nie mówią obcymi językami, bo najwyższa pora, by to ci inni zaczęli się uczyć polskiego.

Jedni drugim zarzucają konszachty z obcymi. PiS zarzuca to wszystkim swoim wrogom. Aktualnym wrogom. Gdy Kaczyńskiemu w pierwszej połowie lat 90. było nie po drodze z ks. Rydzykiem, wypominał mu, że przekaźniki dla swojej stacji radiowej załatwił na Uralu. To miał być dowód na skumanie się Rydzyka ze służbami specjalnymi Rosji. Bo – jak Kaczyński sączył – mają tam bałagan, ale pewnych rzeczy pilnują dokładnie.

Katastrofa smoleńska wyzwoliła w PiS wszystkie możliwe opowieści o ukrzyżowanej Polsce, zdradzie i spisku Tuska z Putinem. Pisowskie media do znudzenia pokazywały rozmowę Tusk-Putin w cztery oczy na molo w Sopocie oraz fotografię Putina z Tuskiem ze Smoleńska i klepały te wszystkie teorie o zamachu, bombie, spisku itd. W tej narracji (użyjmy modnego słowa) zdrajcą był premier rządu RP, który spiskował z władcą Rosji.

Szczegóły w tej opowieści – jak na pokładzie Tu-154 znalazła się rzekoma bomba, po co Tusk miałby spiskować – nie miały znaczenia. Ważna była inwektywa kierowana w stronę Tuska i innych liderów jego obozu. Tak narodzili się Komoruski, Radek-zdradek…

Ponieważ kolejne lata przyniosły ochłodzenie stosunków polsko-rosyjskich i zaangażowanie się premiera rządu RP w sprawy Unii Europejskiej, Kaczyński zbudował nową konstrukcję – Tuska pupilka Niemców.

Pisowskie media zaczęły pokazywać dla odmiany jego zdjęcia z Angelą Merkel, zwłaszcza te, gdy niemiecka kanclerz poklepuje go po plecach. Potem, gdy PiS już rządziło, europosłom PO i lewicy zaczęto zarzucać, że nie popierają Beaty Szydło i Mateusza Morawieckiego w Parlamencie Europejskim. Uwagi Janusza Lewandowskiego, Radosława Sikorskiego, Marka Belki i innych, dotyczące rządu PiS, okrzyknięto narodową zdradą. Nową targowicą. Że jak Szczęsny Potocki i jego wspólnicy pielgrzymowali do Katarzyny II, tak oni pielgrzymują do Berlina i Brukseli. Prosić obcych, by wywierali nacisk na polskie władze. W tej konstrukcji targowica polega już nie na wzywaniu Rosji, lecz na wzywaniu obcych… Obcych, czyli Niemców.

Platforma w propagandowej walce nie pozostaje dłużna. Jej autorzy zbudowali inną narrację. Że to PiS idzie na pasku Rosji, że realizuje jej politykę, być może nawet nie zdając sobie z tego sprawy. Koncept platformerskiej narracji jest jak z powieści szpiegowskich. Zasadza się na konstrukcji, że rosyjskie służby specjalne wprowadziły swoich agentów w otoczenie liderów PiS i ci agenci sterują ich działaniami. Bliscy PO publicyści i dziennikarze podają nawet nazwiska ludzi, którzy mieliby łączyć rosyjskie służby z politykami prawicy. Wskazują też działania, które były i są inspirowane, bądź wręcz realizowane, przez rosyjskich szpiegów.

Pierwszą z takich akcji była afera podsłuchujących kelnerów. Jej pomysłodawca, Marek Falenta, miał być powiązany nie tylko z wrocławskim CBA (pracowali tam ludzie Mariusza Kamińskiego), ale i z rosyjskimi firmami, stamtąd bowiem sprowadzał do Polski węgiel, którym handlował.

Były też inne działania. Ale ich ujawnianie to bardziej efekt intuicji dziennikarzy niż twardych faktów. Po pierwsze zatem, czystki w polskiej armii. A także nieracjonalne wydawanie pieniędzy – żeby kupować drogo i nie to, czego polska armia potrzebuje. Po drugie, w sferze dyplomacji, skłócenie Polski z sąsiadami, skłócenie z Unią Europejską, izolacja kraju.

W tej opowieści antyrosyjskie fobie liderów PiS są przedstawiane jako rodzaj gry, kamuflażu. One nie szkodzą Rosji, bo nikt w świecie nie traktuje poważnie zarzutów przeciw niej wychodzących z Warszawy. Z kolei polskie ataki na Unię Europejską, rozbijanie jej jedności, bardzo Moskwie pomagają, bardzo współgrają z jej polityką. Czy to przypadek? – pytają w PO. Dodajmy jeszcze to, że PiS wyciąga Polskę z zachodniej wspólnoty. A efekt tych działań może być jeden – by później, osamotniona, wpadła w strefę wpływów Rosji. Innymi słowy, PiS jest tutaj albo użytecznym idiotą, albo cichym wspólnikiem Kremla.

A czy kwalifikuje się to do zarzutu targowicy? Takie nieświadome działanie? Jak najbardziej! Przecież targowiczanie też nie sądzili, że wciągając do polskich sporów rosyjskie wojska, wciągają je na 123 lata. „Byliśmy być może głupcami, ale na pewno nie zdrajcami”, mówili potem, jednak było już za późno.

*

Jest jeszcze jeden element łączący czasy targowicy z obecnymi: miałkość elit. W publicystyce targowicy powtarza się naiwna wiara, że „opatrzność zesłała nam Katarzynę”. Przekonanie, że caryca da im polityczny prezent i zniknie. Tę naiwność widać będzie chwilę potem, gdy Katarzyna II zarządzi rozwiązanie konfederacji targowickiej, zwołanie sejmu grodzieńskiego i rozbiór Polski.

Naiwni okazali się również przywódcy obozu reformatorów. Uwierzyli królowi Prus. Po ogłoszeniu Konstytucji 3 maja stracili masę czasu na to, by przygotować się do spodziewanej batalii z Rosją. Warszawa po 3 maja jest pełna optymizmu i publicystyki typu: wszystko pójdzie wyśmienicie, Europa nas podziwia. I na tym zapał się kończy. Nie widać, by liderzy obu stronnictw mieli jakiś szerszy plan. I jedni, i drudzy liczyli, że obce wojska załatwią ich problemy. I jedni, i drudzy woleli za granicą szukać pomocy, wykluczając polsko-polskie porozumienie.

W roku 2021 Polsce obce armie nie grożą. Ale wzajemny stosunek obozów politycznych jest podobny jak przed stuleciami. Nie ma mowy o wspólnych przedsięwzięciach, jest walka. Nie ma mowy o dyskusji na temat przyszłości Polski, o tym, jakie wyzwania przed nią stoją – jest strojenie się w patriotyczne szaty. I wymyślanie innym od zdrajców. Nie ma także mowy o normalnych stosunkach z zagranicą. Mamy tu dziwny teatr – to nadymanie się, to płaszczenie, zupełnie bez ładu i składu.

Jest za to, jak pisała caryca Katarzyna II, mieszanina chełpliwości i wykrętności. Tu niewiele się zmieniło. Wszyscy jesteśmy targowicą.

r.walenciak@tygodnikprzeglad.pl

Fot. Wojciech Stróżyk/REPORTER

Wydanie: 46/2021

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy