Notes dyplomatyczny

Notes dyplomatyczny

Sporo ostatnio przychodzi do nas listów i mejli. Ludzie opisują różne śmieszne rzeczy, polemizują, a także zadają pytania.
Pojawił się np. obrońca wiceministra Jacka Najdera. Twierdzi on, że jego nominacja to jedna z najlepszych decyzji kadrowych ministra Sikorskiego, że Najder należał do jednych z najlepszych urzędników. To było wtedy, gdy Departamentem Azji i Oceanii kierował Stanisław Komorowski, nazywany \”Kenem\”. Komorowski na sprawach azjatyckich zupełnie się nie znał, i nie miał ochoty się poznać, za to wszem wobec opowiadał, jaka to spotkała go kara, bo chciał być dyrektorem Departamentu Europejskiego, a rzucono go na Azję. I był kłopot, bo to były czasy odchodzącego SLD i nie za bardzo tamta, zwijająca się władza wiedziała, co z tym fantem robić. Otóż awansować Komorowskiego nikt nie zamierzał, zresztą on sam by odmówił, bo czekał na nowe rozdanie. A odwoływać go też było bez sensu – bo dopiero by robił z siebie męczennika. Wtedy to dopracowano się takiego modus vivendi, że Komorowski firmował departament i narzekał, a całą robotę prowadził wicedyrektor, Jacek Najder właśnie. I podobno robił to nad wyraz sprawnie.
Inny list dotyczy Tomasza Lisa, naszego nieszczęsnego konsula z Vancouver, który najpierw się upił, a potem dał się złapać i wyprowadzić z samochodu kanadyjskiej policji. Minister Sikorski zapowiedział, że pobłażania w tej sprawie nie będzie. No właśnie – co postanowił? Na razie Lis jest zawieszony, nie kieruje placówką. Ale chyba wypadałoby, żeby wrócił z Vancouver, prawda?
Był też mejl, w którym piszący zastanawiał się, czy rozprawa z Lisem nie będzie przykrywką do tego, by wyciszać sprawę ambasadora z południa Europy, co to w garażu… My też się nad tym zastanawiamy…
Na marginesie tej historii otrzymaliśmy dossier innej osoby, nazwijmy ją z grupy wysokiego ryzyka, tego samego, które poniósł Lis. To człowiek, który został skierowany do pracy do konsulatu w Rzymie. I teraz – z trzech placówek go odwoływano, a powodem było nadużywanie alkoholu. Ten dżentelmen przeżył już podobną do Lisowej przygodę, parę lat temu, kiedy pracował w naszym przedstawicielstwie w Watykanie. Wtedy to wjechał na ulicy w Rzymie prosto w miejski autobus. Też była afera. I teraz pytanie za 10 zł: jakie jest prawdopodobieństwo, że tenże dżentelmen znów nadużyje, i znów powtórzy tamten wyczyn?
I pytanie numer dwa: jak to się stało, że człowiek z takimi przypadłościami i takim dossier wyjeżdża za granicę? To już naprawdę nie ma kogo wysyłać?
A propos wysokiego ryzyka dyskutowano w MSZ podczas jednego ze śledzików (symbolicznego, symbolicznego), czy w najbliższym czasie coś podobnego jak przypadek w Vancouver może się zdarzyć. I była grupa, która obstawiała Nikozję, gdzie skierowano wielkiego miłośnika i smakosza whisky. Na szczęście podobno ma taki zwyczaj, że po degustacji nie wychodzi na miasto, a jak już musi, to bierze kierowcę. Uff, kamień nam z serca spadł – to by było wydarzenie, gdyby nasz ambasador zaczął służbowym samochodem rozbijać posterunki demarkacyjne.

Wydanie: 2/2009

Kategorie: Kraj
Tagi: Attaché

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy