Najstarsza profesja?

Najstarsza profesja?

W zawodzie prostytutki nie wystarczała sama uroda. O powodzeniu decydowała osobowość i ambicja

Jeśli pod słowem “profesja” rozumieć zespół czynności wykonywanych – jakbyśmy dziś powiedzieli
– “etatowo”, to historyczne pierwszeństwo należy się szamanom i czarownikom. Zawód prostytutki jest młodszy o tysiące, a nawet dziesiątki tysięcy lat. U zarania historii wszakże oba zawody jęły biec wspólnym torem, bo gdy z nastaniem cywilizacji szamani i czarownicy przemienili się w kapłanów, prostytutki znalazły wygodną ostoję w świątyniach, korzystając z nich przez wiele ładnych lat.
Materiałów źródłowych dotyczących seksu jako takiego jest niewiele. Na szczęście, od czasu do czasu, znajdujemy coś, co tchnie prawdziwym życiem, choćby wbrew intencji autora. Przykładem może być “Poemat o Gilgameszu” – starobabiloński epos, składający się z kilku opowieści, które w sumie dają nam solidny wgląd w życie i filozofię Sumerów i ich sąsiadów z ok. 2000 p.n.e. Sam Gilgamesz to w dwóch trzecich bóg, w jednej trzeciej człowiek – legendarny władca Uruku nad Eufratem, o którym poddani powiadali, iż “targały nim takie żądze, że nie przepuścił żadnej dziewicy, żadnej córze wojownika i żadnej żonie wysoko urodzonego obywatela”. Sprawa stała się kłopotliwa na tyle, że dobra bogini Aruru postanowiła interweniować. Aby odwrócić uwagę Gilgamesza od panienek i pań stworzyła Enkidu
– włochatą bestię, ale człowieka w istocie, co jął nękać mieszkańców Uruku. Gilgamesz – stary spryciarz – uznał, że lepszy będzie fortel niźli rozwiązanie siłowe i miast wyprawić się na Enkidu, posłał… “nierządnicę ze świątyni miłości, dziecię rozkoszy”, aby odnalazła i poskromiła potwora.
Tak też się stało. Panienka odszukała Enkidu, “obnażyła się i poddała jego chuci. Wzbudziła w nim miłość i nauczyła, jak postępować z kobietą. Leżeli ze sobą przez sześć dni i siedem nocy”, aż “Enkidu nie miał więcej siły”.
W czasach Sumeru i Babilonii profesja kobiety do wynajęcia nie miała negatywnej konotacji. Za panowania króla Hammurabiego, od ok. 1728 do ok. 1686 p.n.e., w świątyniach obok kapłanów funkcjonowały otaczane wyjątkowym szacunkiem kapłanki, zakonnice oraz postrzegane jako święte prostytutki ułatwiające kontakt wiernych z bóstwami. Personelu świątyń dopełniała służba i rzemieślnicy. W jakim celu stworzono instytucję świętej prostytucji, tego dokładnie nie wiadomo. Zauważmy tylko, że zarobki świętych prostytutek stanowiły poważną pozycję w dochodach świątyń.
Instytucja przetrwała. Jeszcze w V w. p.n.e., a więc tysiąc lat po Hammurabim, grecki historyk, Herodot, pochylał się ze zdumieniem nad liczbą świętych prostytutek. “Każda kobieta tego kraju – pisał – musi raz w życiu udać się do świątyni i oddać obcemu… Nie wolno jej wcześniej odejść do domu, zanim jakiś obcy mężczyzna nie rzuci jej na łono pieniądza, a ona mu się poza obrębem świątyni… Kobieta nie ma prawa wyboru, musi pójść z pierwszym, który rzuci jej monetę. Gdy pójdzie i zlegnie z nim – wykona swoją powinność względem bogini – może udać się do domu”. Herodot nie powstrzymał się od komentarza. “Wysokie i przystojne wracają do domu dość szybko, brzydkie spędzają w świątyni wiele czasu, nim uda im się spełnić obowiązek określony prawem, niektóre siedzą w świątyni trzy, a nawet cztery lata”. Pomijając zatroskanie Herodota, wypada jednak stwierdzić, że prostytucja w Babilonii nie była zabawą dla amatorów.
Wiemy, że istniały trzy kategorie świątobliwych nierządnic, nie wiemy jednak, czy kategoriom przypisane były jakieś szczególne specjalności. Pierwszą grupę, zwaną harimtu (wyraz należy do tej samej rodziny co harem) stanowiły – jak się wydaje – kobiety świeckie. Druga – gadisztu – gromadziła prawdopodobnie zakonnice, a trzecia – isztaritu – oznaczała służebnice bogini Isztar. Zachowała się rada, a raczej ostrzeżenie, jakiego pewien Babilończyk udzielił synowi: “Nie bierz harimtu za żonę, bo mężów jej nie zliczysz, nie bierz też isztaritu, bo bogowie są jej przeznaczeniem”.

SŁUŻEBNICE AFRODYTY

Elitę profesji w starożytnej Grecji stanowiły hetery – piękne, utalentowane, nierzadko oczytane kobiety, znające się także na buchalterii. Hetery kusiły Ateńczyków i celowały we wszystkim tym, czego oni sami odmawiali swoim prawowitym małżonkom, co dla tych ostatnich musiało być upokarzające. Mężowie biesiadowali z heterami, podczas gdy prawowitej małżonce nie wolno było usiąść do stołu w męskim towarzystwie. Żony trzymano krótko, wedle znanej skądinąd formuły “Kinder, Küche und Kirche” (Dzieci, kuchnia i kościół), podczas gdy wywodzące się z mniej szlachetnych – mówiąc delikatnie – rodów hetery niemal od dzieciństwa ćwiczyły się we wszystkim, co trzeba, by błyszczeć w towarzystwie.
Hetery odniosły sukces w zdecydowanie męskim świecie. Rzeczywiście kwitły, robiły kariery, nierzadko wspinały się naprawdę wysoko. Taka na przykład Tais – hetera w służbie króla Persów, Cyrusa Wielkiego – tak omotała serca i ciała swych lidyjskich kochanków w VI w. p.n.e., że z całą ochotą oddali swój kraj pod perską dominację. Inna Tais, tym razem z Aten, została kochanką Aleksandra Wielkiego. Powiada się, że to właśnie ona namówiła Macedończyka do spalenia Persepolis. Gdy Aleksandra zabrakło, Tais została nałożnicą króla Egiptu – Ptolemeusza I i władała państwem nad Nilem. Największa ze wszystkich – Aspazja – prowadziła w Atenach salon polityczno-literacki, goszcząc najmożniejszych i najbardziej wpływowych obywateli miasta. To dla niej Perykles opuścił rodzinę. Za jej to sprawą Ateny przystąpiły do wojny z Samos.
Niektórym udawało się zgromadzić tyle, że mogły sobie pozwolić na wręcz spektakularne dary na cele publiczne. Lamia z Aten odbudowała z gruzów galerię obrazów w Sikonii pod Koryntem. Pochodząca z Tracji Rodope, która uprawiała swój fach w Egipcie, miała samodzielnie sfinansować budowę piramidy. Niżej od heter plasowały się w hierarchii społecznej konkubiny. Niewiele też o nich wiemy. W czasach klasyku obyczaj trzymania konkubin zaczynał się wykruszać. Konkubiny nie wytrzymywały konkurencji ani z pięknymi chłopcami, ani utalentowanymi hetarami, ani ze zwykłymi dziwkami, które były tańsze i zawsze chętne do usług. Konkubinom w ogóle źle się wiodło, a ich sytuacja przedstawiała się wręcz fatalnie. Nie cieszyły się niezależnością heter, a z drugiej strony – nie miały praw należnych prawowitym małżonkom. Pan i władca mógł je oddalić w każdej chwili, bądź sprzedać do burdelu.
Pierwsze w Atenach przybytki tego typu stworzył i wyposażył Solon na początku VI w. p.n.e. Gorzej nie mógł wymyślić, bo w ówczesnych czasach był to żaden interes. Ale ok. IV w. biznes jął się rozkręcać. “Dziewczyny z obnażonymi piersiami, w cienkich, gazowych tunikach, wystawiały się na pokaz przed domami… chude, tłuste, grube, kościste, zgarbione, młode, stare, dojrzałe i takie średnie – co kto woli. Wciągają przechodniów do środka, do domu, mówiąc “tatuśku”, gdy jesteś stary, albo “braciszku” lub “chłopcze”, gdyś młody. I każdą możesz mieć za drobną opłatą, bez żadnego ryzyka”. Opłata wahała się od obola do sztuki srebra bądź złota, zwanej staterem, czyli od paru groszy do kilku złotych, w zależności od kategorii domu i konkretnej usługi. Właściciele płacili roczny podatek. Kto nie chciał korzystać z przybytków, mógł wziąć dziewczynę z ulicy, bo były i takie. Niektóre bardzo przemyślne, jeśli idzie o techniki marketingowe. Zachował się sandał należący bez wątpienia do panienki ulicznej. Rzeźbiona odpowiednio podeszwa zostawiała na drodze ślad układający się w napis: “Chodź ze mną”.

DAMY Z PÓŁŚWIATKA

Kobiety, które w XIX w. chwytały się prostytucji, czyniły to zwykle dlatego, że potrzebowały pieniędzy. Taki był wspólny mianownik dla skądinąd wielce zróżnicowanej wewnętrznie armii dziewcząt, obejmującej z jednej strony – ambitne, myślące o samodzielności kobiety, a z drugiej – borykające się z życiem, młode wdowy i samotne matki.
Do prawdziwej kariery w zawodzie nie wystarczała sama uroda. O powodzeniu decydowała osobowość i ambicja. Liczyło się także miejsce. Sukces i pieniądze obiecywały wielkie metropolie jak Paryż lub Wiedeń.
Właśnie Paryż w okresie Drugiego Cesarstwa szczycił się swymi kurtyzanami. Demi-monde – półświatek – krąg towarzyski na obrzeżach dworu cesarskiego – hołubił swoje bohaterki jednego lub więcej sezonów, choć daleko im było do heter i innych wielkich poprzedniczek w profesji. Dama z półświatka nie musiała mieć wybitnej metryki ani wychowania, nie musiała nawet celować urodą, ani szczególnymi walorami umysłu, w cenie było co innego – wdzięk, a przede wszystkim dowcip, koniecznie śmiały i koniecznie lubieżny. W oczach swej wielkiej patronki sprzed stu lat – Madame de Pompadour – demi-mondaines jawiłyby się pewnie jako wulgarne i prostackie, z kolei w ocenie młodszego o sto lat Hollywoodu, każda z damulek z półświatka nadawałaby się na co najmniej gwiazdkę srebrnego ekranu. W każdym razie żadna z nich nie miała specjalnych kłopotów ze znalezieniem możnego wielbiciela-protektora ze sfer bankowych, z finansjery, z korpusu oficerskiego czy międzynarodowej arystokracji, ściągającej tłumnie do Paryża. Rosyjscy książęta, tureccy paszowie, południowo-amerykańscy milionerzy gotowi byli płacić krocie za przywilej wielbienia tej czy innej Damy Kameliowej. Od swego niemieckiego “sponsora” – właściciela kopalń – urodzona ponoć w Moskwie słynna La Paiva
(a zwyczajnie – Therese Lachman), otrzymała w darze pałac ze schodami z onyksu, marmurową wanną i wysadzanymi drogimi kamieniami kranami. Książę Napoleon, kuzyn cesarza, zwany pieszczotliwie “Plon-Plon”, pospołu z księciem Orańskim i – jak się można domyślać – kilkoma innymi dżentelmenami łożył na utrzymanie niejakiej Cory Pearl (z domu – Emmy Crouch) i to tak hojnie, że dama urządzała tańce na dywanie ze storczyków i kąpiele w szampanie. Jedno i drugie, oczywiście, na oczach tłumu gości i, oczywiście, nago. “Gdyby u Braci Provencaux (słynnych restauratorów) podawano omlet z brylantami, Cora bywałaby tam co wieczór” – zauważał książę de Garmmont-Caderousse. Nikomu nie przeszkadzało, że Cora nie potrafi przyzwoicie się wysłowić.

Przekąska… i do sypialni

Wzorcowy i jedyny w swoim rodzaju przykład harmonijnego bilansowania seksualnej podaży z popytem stanowi Nowy Orlean, w którym w r. 1850 skupiała się niemal cała ludność Luizjany – 116 tys. spośród 134 tys. osób. O wyjątkowym charakterze miasta stanowiły tamtejsze dziewczęta, a te, o których tu mowa, to kwarteronki – córki mulatek i białych – dawnych kolonistów francuskich i hiszpańskich, wychowywane od dziecka nie na żony, nie na matki, nie na prostytutki sensu stricte, lecz na kochanki. System funkcjonował w taki sposób, że gentleman poszukujący partnerki udawał się na bal, a wydawano takie właśnie w tym celu, rozglądał się, wybierał dziewczynę i… podejmował negocjacje z matką. Jeśli należał do zamożnych, fundował wybrance ładny dom i cieszył się jej towarzystwem aż do ślubu… własnego z zupełnie inną osobą. Jeśli zaś nie było go stać na takie rozwiązanie, umawiał się na wizyty u dziewczyny w domu, gdzie traktowano go lekką przekąską i od czasu do czasu wpuszczano do panieńskiej sypialni. Ów kontraktowy system trwał aż do roku 1897, kiedy pod naciskiem obywateli o surowszych obyczajach wydano rozporządzenie ograniczające prostytucję do jednej tylko, wyznaczonej w tym celu dzielnicy. Rychło zyskała ona nazwę Storyville od nazwiska rajcy – Sidney’a Story, do którego należało autorstwo wspomnianego rozporządzenia.

Fragmenty książki Reay Tannahill “Historia seksu”, której polskie wydanie przygotowuje wydawnictwo “Książka i Wiedza”.

Wydanie: 16/2001

Kategorie: Książki

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy