Naprawiać świat małymi krokami

Naprawiać świat małymi krokami

Tak łatwo odrzucamy kogoś tylko dlatego, że nie wpisuje się w powszechnie przyjęte kanony normalności


Tadeusz Łysiak – (ur. w 1993 r.) absolwent Wydziału Kulturoznawstwa na UW, student reżyserii w Warszawskiej Szkole Filmowej. Jego film „Techno” otrzymał nagrody na festiwalach w Warszawie, Las Vegas i Sulmonie. A najnowszy obraz, „Sukienka”, ma szansę na nominację do Oscara.


Tytułowa sukienka z twojego filmu to przedmiot pożądania Julii. Ale chodzi nie o to, że bohaterki nie stać na drogi ciuch, tylko o problem, przed jakim stają osoby niskorosłe, dla których marki odzieżowe nie szyją ubrań.
– Sukienka spina historię pewną klamrą. Takie klucze są bardzo potrzebne w krótkich metrażach. Historia może być przemyślana i dojrzała, ale shorty potrzebują motywu przewodniego. Nasza bohaterka poszukiwała ubrania – ładnej sukienki na randkę z nowo poznanym mężczyzną. Dla osób niskiego wzrostu znalezienie ładnego stroju graniczy z cudem. Zazwyczaj dostępne są tylko kolorowe, dziecięce ubrania z nadrukami. Eleganckich strojów brakuje. Sukienka symbolizuje też próbę dopasowania się, wpisania w kulturowe kanony piękna.

Julia wygląda wystarczająco atrakcyjnie.
– Bohaterce nie była potrzebna konkretna kreacja, aby wyglądać ładnie – mogła ubrać się jakkolwiek. Podświadomie potrzebowała jednak czegoś, co podkreśliłoby jej figurę, bo jest to wpisane w modę i światowe standardy. Nie jest to do końca normalne, że Julka tak bardzo potrzebuje konkretnego ubrania, aby poczuć się dobrze. Te społeczne potrzeby są czasami irracjonalne, ale wciąż ważne, bez względu na to, co je stworzyło.

To o nich chciałeś opowiedzieć?
– Na początku zadałem sobie pytanie, co interesuje mnie w człowieku i w całym świecie, co mnie szczególnie boli. A tą rzeczą jest fakt, że tak łatwo przychodzi nam odrzucenie drugiej osoby tylko ze względu na to, że nie wpisuje się w powszechnie przyjęte kanony normalności. Powodem często bywa odmienna orientacja seksualna czy kolor skóry. Gdy w internecie natrafiłem na artykuł dotyczący niskorosłych osób, ich postrzegania przez społeczeństwo i codziennych problemów z tym związanych, stwierdziłem, że jest to genialna metafora emocji, o których chciałem opowiedzieć. A motyw ten jest słabo ograny filmowo. Mieliśmy „Dróżnika” z Peterem Dinklage’em, dzięki któremu w ogóle zaczęliśmy dostrzegać ludzi niskiego wzrostu w kinie. Przewijali się oni także w produkcjach Davida Lyncha i kilku fantastycznych projektach, ale mieli w nich dodać elementy surrealistyczne. Poważnej historii na ich temat próżno szukać.

Osoby niskorosłe są natychmiast identyfikowane przez społeczeństwo. Nie mogą się wtopić w tłum.
– Również z tego powodu taka bohaterka wydała mi się interesująca, ona nie ma możliwości ukrycia się.

Dużo rozmawiałem z Anią Dzieduszycką, szukałem wywiadów, dokumentów, blogów polskich i zagranicznych, a historia zaczynała się budować. Niskie osoby codziennie zderzają się z wyśmianiem, odrzuceniem, ostracyzmem. Ale jest to też opowieść, z którą mogą się identyfikować ludzie odrzuceni z innych powodów, widocznych i niewidocznych. Z Julką może się utożsamiać każdy. Było to dla mnie bardzo ważne podczas tworzenia filmu, często wspólnie z ekipą rozmawialiśmy o uniwersalnych cechach Julki. Jej postać jest jednocześnie konkretna i ogólna.

W filmie nie ograniczasz się do pokazania niewłaściwych reakcji ludzi, ukazujesz relację Julki z jej przyjaciółką Renatą, która często jest po prostu bezradna i nie wie, jak się zachować, za co trudno ją winić.
– Czasami zachowujemy się jak marionetki, nie wiemy, co nami kieruje. Niektóre uczucia podświadomie ukrywamy, niektóre emocje wykreowane są przez otoczenie, a nie przez nas samych. Codziennie konfrontujemy się z tym, co przedstawiane jest nam jako ideał, a ten z kolei wpędza nas w kompleksy i niepotrzebnie skazuje ludzi na samotność. Jest to dla mnie bardzo przykre zjawisko, dlatego chciałem opowiedzieć o nim w filmie.

Jednocześnie w „Sukience” nie ma miejsca na litość. Widzowie nie mają żałować Julki, raczej powinni się inspirować jej siłą.
– Litość byłaby dosyć naiwna i nieciekawa. Może to brzmi okrutnie, ale po prostu nie o to chodziło w mojej opowieści. Źle się ogląda bohaterów, którzy nie mają w sobie siły – może to być siła fizyczna, psychiczna, jakakolwiek. Ale musi występować, aby postać nas zaciekawiła. Obejrzałem bardzo wiele filmów krótkometrażowych i zauważyłem, że ich twórcy lubią zasmucać odbiorców. „Sukienka” ma przykre i poważne momenty, ale starałem się wnieść do niej tyle radości, ile było możliwe. Chciałem, by film był zabawny, podnoszący na duchu, różnorodny emocjonalnie. Produkcje oparte na jednej emocji często są nieprawdziwe, bo życie nie jest czarno-białe. Jeśli trudny film przeplatają szczęśliwe momenty, jest on lepszy i bliższy prawdzie, a przynajmniej takie jest moje zdanie. Dlatego wybór castingowy padł na Dorotę Pomykałę, która jest jedną z moich ulubionych aktorek.

Niestety, bardzo rzadko właściwie wykorzystywaną przez reżyserów. Jej wielki talent polskiemu kinu umyka.
– Wiedziałem, że wcielając się w przyjaciółkę Julii, idealnie stworzy dla widzów klimat, w którym momentalnie będą mogli przejść od śmiechu do łez. Celowo niewłaściwie napisałem dialog – bohaterka wprost zwierza się ze wszystkiego, co leży jej na sercu. Emocje na ekranie powinno się pokazywać, nie wypowiadać. Ale potrzebowałem sceny, która uświadomiłaby widzom, że wszystkie te emocje bohaterka zbierała i dusiła w sobie przez wiele lat. Dla każdego z nas przychodzi moment, w którym musimy je z siebie wyrzucić, to naturalne.

W Julkę wciela się Anna Dzieduszycka. Wplotłeś jej osobiste doświadczenia?
– Po przeczytaniu scenariusza Ania stwierdziła, że jest on bardzo bliski prawdy. Miała drobne uwagi, z których skorzystałem – zmieniliśmy dialogi opierające się na wyśmiewaniu, bo Ania dobrze wiedziała, jakie sytuacje zdarzają się najczęściej. Chciałem obalić stereotyp, wedle którego ktoś taki jest automatycznie stłamszony. Zobaczyłem, jak silna i niezależna jest Ania, i bardzo mi się to spodobało. Opowieść o samotnej i zastraszonej bohaterce wybrzmiałaby zupełnie inaczej, zabrakłoby w niej kontrastu, który udało nam się uzyskać. Osoby odrzucone często mają w sobie ogromne pokłady siły i optymizmu, nasze stereotypy na ten temat są wyjątkowo błędne. Podobnie mówi się o osobach cierpiących na depresję. Większość ludzi myśli, że są one permanentnie smutne, co jest nieprawdą.

Twój film osiągnął niesamowite sukcesy – był pokazywany na festiwalach filmowych na całym świecie, zdobył mnóstwo nagród. Widzowie chyba rzeczywiście identyfikują się z Julką.
– Za film podziękowało mi bardzo wiele osób, choć nie borykają się z identycznym problemem. Dla mnie, młodego filmowca, to wspaniały komplement. Jeśli ktoś mówi, że mój film był dla niego ważny, jeśli o produkcji można dyskutować – to jest najważniejsze. „Sukienka” nie kończy się zupełnie szczęśliwie, co również było zamierzonym zabiegiem. Nie chciałem pozostawić widza z uczuciem komfortu, ze świadomością, że obejrzał film, ale tak naprawdę wszystko na świecie jest w porządku. Bo przecież nie jest. Zabrzmi to patetycznie, ale chciałbym, żeby widz po seansie postarał się raczej zbudować szczęśliwe zakończenie we własnym życiu. Spojrzeć inaczej na ludzi, których spotyka, naprawiać świat małymi krokami. Być może kiedyś filmy z happy endem będą prawdziwe i naturalne. Na razie wolałem postawić znak zapytania niż uroczą, lecz nieprawdziwą kropkę.

Fot. Krzysztof Żuczkowski

Wydanie: 46/2021

Kategorie: Kultura, Wywiady

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy