W polityce nie ma miejsca dla tchórzy – rozmowa z prof. Jackiem Raciborskim

W polityce nie ma miejsca dla tchórzy – rozmowa z prof. Jackiem Raciborskim

SLD jest programowo defensywny. Porzuca nośne tematy, które mogłyby rozniecać korzystne dla lewicy konflikty i debaty.

Prof. Jacek Raciborski

 

Wyjazd Donalda Tuska do Brukseli, nowy rząd, nowa premier – czy to zmieni polską politykę? Rozwali układ PO-PiS?
– Pewne wstrząsy są nieuchronne. Nie tylko z racji wyjazdu Tuska. W wielu sferach ujawnią się potężne napięcia, błędy i zaniechania rządów PO-PSL. W nowej sytuacji krytyka efektów tych rządów będzie coraz donioślejsza. Ale duopol PO-PiS może jeszcze przetrwać jakiś czas.

Dlaczego lewica w tym układzie została zepchnięta do roli drugoligowca? I nie potrafi z niej wyjść…
– Zepchnięta została dość dawno temu. A próby wyjścia na pierwszą linię na razie się nie udają. Lewica nadal nie jest postrzegana jako realna alternatywa dla rządów czy to PO, czy PiS. A dlaczego? Z wielu powodów.

Szyld wygrał, ale…

Bo lewica walczy między sobą?
– Jej podział ma tu swoje znaczenie, niefortunne ruchy integracyjne też. Formuła Europy Plus była niefortunna, zbudowano ją jako konstrukcję przeciwko Millerowi i na niewłaściwym rachunku sił. W tym sensie była szkodliwa. To musiało się wypalić. Ale ponieważ dzieliła elektorat, upadły nadzieje, że wybory europejskie pokażą istnienie gotowej alternatywy. Gdyby w tych wyborach blok lewicowy wziął ok. 20% głosów, wszystko zaczęłoby się zmieniać. Zacząłby się przypływ: wyborców, członków, działaczy, nawet ekspertów, oparty na prostej kalkulacji, że już idziemy po władzę. Wtedy jest inny duch, inna sytuacja. Zamiast tego mieliśmy wyborczy test kadrowy.

Kto kogo?
– Jedynki SLD były gorsze niż jedynki Palikota. Ale jeszcze raz się okazało, jak wiele znaczą identyfikacje partyjne. One mają pierwszeństwo przed preferencjami personalnymi. Trzeba więc złożyć dwa czynniki: popularny szyld i przekonanie, że idzie się po władzę z dobrymi ludźmi.

Na lewicy szyld wygrał.
– Ale SLD nie przyciąga świeżych kadr. Jego listy w eurowyborach były raczej słabe. Trochę przypadkowych, mniej lub bardziej znanych osób oraz wypełniacze. Sojusz jest wypłukany z kadr. Jest aparat, kilku polityków wysokiego szczebla, ale nie ma tego, co było kiedyś – rozległego grona osób przygotowanych do pracy politycznej i znaczących, wpływowych w swoich środowiskach sympatyków partii.

Dlaczego ich nie ma?
– Pewnie z powodu utraty wiary. Grono przywódcze jest bardzo wąskie, wszystko opiera się na talentach Millera. Aktyw zaś integruje przekonanie, że to właśnie Miller utrzyma partię żywicielkę. Trudno będzie to zmienić.

Skąd te obawy?
– Obserwuję codzienną politykę. Teoretycznie wszystko jest OK – obecny SLD jest spójny w wielu wymiarach. W wymiarze gospodarczym i socjalnym – roli państwa, podatków, szkolnictwa, zdrowia – ma socjaldemokratyczny program. W wymiarze europejskim jest bardzo proeuropejski, co typowe dla lewicy. W wymiarze wartości – m.in. kwestii świeckiego państwa, tolerancji, aborcji – również jest spójny. Zdawałoby się więc, że taka partia powinna łatwo się odnaleźć w sytuacji dominacji prawicy. Że powinna codziennie wyrażać dojrzały, opozycyjny pogląd, reagować, prowadzić bieżącą politykę. Ale tak się nie dzieje. Sojusz – jak mi się wydaje – pomija wymiar aspiracji Polaków. Jest programowo defensywny. Porzuca też tematy, które mogłyby rozniecać korzystne dla lewicy konflikty i dyskusje. Zdumiewa mnie, ile nośnych wątków jest przez nią zaniedbywanych, lekceważonych. Czy tam nie ma jakiejś grupy?

Od spraw bieżących?
– Od bieżącej analizy politycznej, a jednocześnie złożonej z osób mających rozeznanie w marketingu politycznym. Nie chodzi o gremium eksperckie. Potrzeba niewielkiego, ale bardzo solidnie pracującego zespołu, który reaguje na codzienne wydarzenia polityczne. Reaguje w ten sposób, że problem jest rozpoznawany, pogłębiany i szybko produkuje się stanowisko partii, które wszelkimi sposobami jest popularyzowane. Nie na konferencjach prasowych, bo to zgrane, a przynajmniej nie tylko na nich. Czy SLD potrafi zorganizować szybko jakąś porządną demonstrację polityczną, pikietę, rozpętać kampanię sprzeciwu w internecie? Czy znajduje właściwe odpowiedzi na – zdawałoby się – proste wyzwania?

Mało przemyślana obrona generała

To znaczy?
– Odwołam się tylko do kilku przykładów. Umiera gen. Jaruzelski. Obrona jego życiorysu ze strony wielu ludzi SLD była na ogół mało przemyślana. Nie mówię o głosach, które padły później, dojrzałych głosach Widackiego, Łagowskiego, Reykowskiego. Myślę o pierwszych reakcjach i uzasadnieniu roszczenia państwowego pogrzebu. Bo cóż mówiono – że należy Jaruzelskiemu wybaczyć, bo ma jedną zasługę, Okrągły Stół. I że był prezydentem. Tak może mówić prezydent Komorowski, a nie lewica!

A jak powinna mówić?
– Wszystkie te poglądy, że to pokolenie tragiczne, że osoba tragiczna, polityk, któremu niczego nie oszczędzono, nie są, moim zdaniem, trafne. Jaruzelski to polityk, który zapewnił sobie znaczące miejsce w historii Polski XX w.! To człowiek kilku wielkich sukcesów. Nawet jego początkowe wybory mogą być bronione z całą powagą.

Chodzi o rok 1945?
– Tak! O to, że opowiedział się za jedynym realistycznym wówczas rozwiązaniem dla Polski. Teraz się mówi: mamy 25 lat najlepszych w historii Polski. Ja jestem bardziej zadowolony: właśnie mamy za sobą 70 najlepszych lat od kilku stuleci – jeśli oceniać kompleksowo. Nie tuszując zbrodni stalinizmu, ale i nie lekceważąc ogromu zadania powojennej odbudowy, ukonstytuowania się państwa w nowych granicach, rewolucji kulturalnej i przede wszystkim życia w warunkach pokoju. I znów o Jaruzelskim – czy nie było jego sukcesem, że udało mu się wrócić z Syberii, przejść cały front i przeżyć? A po drugie, opowiedział się za nowym porządkiem, który nie tylko z punktu widzenia socjalistycznej lewicy, ale i myśli endeckiej wydawał się lepszy od sanacji. Wtedy, w roku 1945, jeszcze była nadzieja na jakąś demokrację. Nie było przesądzone, co się stanie dalej. Następny jego wielki sukces – 13 grudnia. Czemu lewica jest tak defensywna w kwestii stanu wojennego, podczas gdy ten broni się w oczach Polaków? Przecież ponad 40% dorosłych Polaków mimo potężnej indoktrynacji uważa decyzję o jego wprowadzeniu za słuszną. Takich osób jest więcej niż zwolenników poglądu przeciwnego. Uważają, że stan wojenny był koniecznością, albo ze względu na zagrożenie interwencją ZSRR, albo z powodu rozkładu państwa, albo z obu tych przyczyn. Wreszcie rok 1989.

I znowu sukces.
– Zna pan schemat greckiej tragedii – Edyp robi wszystko, żeby nie spełniła się przepowiednia, że zabije ojca, i starając się temu zapobiec, powoduje, że właśnie się spełnia. Wszystko zwraca się przeciwko niemu, staje się on ślepym wykonawcą losu. To jest tragedia! A Jaruzelski podejmuje bardzo trudne decyzje, ale świadomie, i sprawnie je realizuje. W wymiarze jednostkowym decyzje te prowadzą do cierpień wielu ludzi, także do ofiar śmiertelnych. W planie makrospołecznym i historycznym całkiem dobrze uzasadnione jest mniemanie, że stan wojenny ocalił Polskę przed hekatombą porównywalną z powstaniem warszawskim. Przejdźmy jednak na trwalszy grunt 1989 i 1990 r. Okrągły Stół rzeczywiście nie był pomyślany jako sposób oddania władzy w ręce obozu „Solidarności”. Ale ta utrata władzy to nie przypadek, ślepy los. W intencji reformatorów z PZPR Okrągły Stół miał być sposobem na pokojowe żegnanie się z komunizmem. I to szybkie. Gen. Jaruzelski bardzo dobrze odczytał wówczas znaki czasu – również co do tego, że musi ustąpić z funkcji prezydenta przed upływem kadencji. Zdolność rozpoznawania historycznych konieczności i dostosowywania się do nich to cecha wybitnych mężów stanu.

I nic nie zostało mu oszczędzone.
– Proszę pana, polityk zawsze ma oponentów! Jakie inwektywy padają np. pod adresem Donalda Tuska. Jaruzelski miał też jednak zwolenników! Żył wśród ludzi, którzy odnosili się do niego z poważaniem, z wielkim respektem. Co do oponentów – część pokazała niebywałe chuligaństwo! Reakcja SLD była miękka, krótkotrwała. A postać Jaruzelskiego powinna być dla SLD niezwykle ważna. Sojusz musi bronić pewnej wersji historii. Przecież nie jest tak, że cała zasługa tych, którzy szli z generałem, w tym Millera i Kwaśniewskiego, Oleksego i Cimoszewicza, zaczyna się i kończy w 1989 r. Nie! SLD powinien się sprzeciwić pewnemu historycznemu infantylizmowi. Cała PRL jest wymazywana z pamięci zbiorowej Polaków. SLD może się temu sprzeciwiać bez obaw o reakcję potencjalnych wyborców. Kiedy pytamy Polaków o okres PRL, wychodzi po równo: ok. 45% ocenia go pozytywnie i taki sam odsetek negatywnie. To wyniki z badania CBOS w 2014 r., ale we wcześniejszych proporcje były podobne.

Nie ma przyszłości bez przeszłości

W SLD twierdzą, że są partią, która patrzy w przyszłość.
– Oczywiście, partia musi być wielowymiarowa. Ale trzeba też wiedzieć, że historia ma znaczenie, że ciąży na współczesności. Spory o przeszłość bywają opakowaniem jak najbardziej współczesnych konfliktów interesów. Dlaczego tak miękki i w sumie niekonsekwentny jest stosunek SLD do kwestii zwrotu majątków? Do odwracania powojennych reform, w tym do dekretu Bieruta i tego, co się dzieje w Warszawie? Ta pełzająca reprywatyzacja, te wyłudzenia… Przecież to jest nieznośne! Zupełnie niezależnie od SLD rodzą się znakomite inicjatywy w rodzaju stowarzyszenia Miasto Jest Nasze i pokazują, jak należy prowadzić walkę przeciw zawłaszczaniu przestrzeni publicznej miasta.

Lewica powinna zająć w tej sprawie twarde stanowisko?
– Oczywiście. Działacze Sojuszu mogą mówić: Ikonowicz tym gra i niewiele ugrał, to nie jest nośne! Otóż, po pierwsze, wiele zależy od tego, jakimi zasobami się gra. Po drugie, to jest znów bardzo ważne dla integralności partii i jej szerszego wizerunku. Dominująca część społeczeństwa uważa, że sprawy reprywatyzacji pora zamknąć – nie może być takich zwrotów w naturze, jakie są dokonywane, lokatorzy nie mogą być niepewni domów, w których mieszkają, a społeczeństwo – obiektów, które odbudowało. Trzeba jasno powiedzieć, że dekret Bieruta był aktem rewolucyjnym, wywłaszczeniem bez odszkodowania, ale uzasadnionym koniecznością odbudowy Warszawy, i zrodził skutki nieodwracalne. Podobnie jak reforma rolna i nacjonalizacja przemysłu.

SLD-owcy zadrżą, że zostaną wepchnięci w rolę partii obrończyni PRL. A oni chcą szerzej, nowocześniej. Poza tym boją się, że ich zakrzyczą w mediach.
– Proszę zwrócić uwagę, jak gładko – gdy trzeba – Platforma przesuwa się na pozycje, które do niedawna były właściwe SLD. Nieraz to bardzo kosztowne społecznie, tak jak w sprawie podręcznika dla klas pierwszych. Tymczasem bez dyskusji weszliśmy w miliardowe wydatki! Bezpłatne podręczniki szkolne – być może dobry pomysł. Tylko że nie można tego robić, kierując się doraźnym motywem zysku wyborczego, bez przemyślenia całej koncepcji. Wszystko dzieje się żywiołowo, spontanicznie: zrobimy elementarz! A co dalej? Podręczniki na wszystkie poziomy nauczania! Treści określi rząd? Ile to będzie nas kosztowało w ciągu roku, pięciu lat, dziesięciu? Platforma płaci każdą cenę, byle stłumić opozycję, zwłaszcza lewicową. Rzeczywiście trudno robić politykę, jeśli aktorzy tej gry tak dowolnie zmieniają maski. Ale dla SLD jest tylko jedna droga – musi być partią integralną i historycznie zakorzenioną. Nie mówię, że ma się zajmować wyłącznie dekretem Bieruta czy obroną PRL, ale przeszłość ludzi frapuje, PiS pokazało, jakie to wdzięczne pole do bieżących walk politycznych.

A później było 25-lecie III RP. Sam byłem zdumiony tym, jak to zostało w mediach pokazane. Że naród kartką wyborczą wybrał wolność, że powiedział komunizmowi: nie! Widział pan taki komunizm, który pozwala na kartkę wyborczą, a potem jest jej posłuszny? Nieumiejętność wytłumaczenia Polski Ludowej powoduje, że partia, która wywodzi się z tamtego systemu, przy tej propagandzie jest z założenia ustawiana jako antydemokratyczna, gorsza, paskudna…
– Tak, przy czym oczywiste jest, że cały czas trzeba mówić, że to był reżim autorytarny, i to dopiero od 1956 r., a wcześniej przez kilka lat mieliśmy totalitaryzm z masowymi represjami. Sojusz jeszcze w formule SdRP pokutę odbył. SLD cały czas daje dowody przywiązania do demokracji. To nie ze strony liderów lewicy padały groźby bezprawnego rozwiązywania Sejmu, nie jej prezydent wydawał obiad drawski i inne, lewicy nie obciążają inwigilacje, prowokacje o okropnych konsekwencjach, takich jak ta z Lepperem. I kiedy teraz słyszę, że jacyś posłowie Sojuszu wahali się, głosując nad immunitetem dla Kamińskiego… To jakieś kalectwo programowe! Nieumiejętność przełożenia sfery wartości na sprawy, które codziennie ożywiają politykę.

Pułapka małej partii

I zawsze tak będzie?
– Teraz otwiera się pewna szansa. Bo dopóki schizma Europy Plus nie została przezwyciężona na poziomie wyborczym, dopóty SLD nie bardzo mógł rozwinąć skrzydła. Obecnie sytuacja może się poprawić, ale zależy to od konkretnych i spektakularnych działań. Od przełamania nastawienia, że tylko my sami, że zamykamy się w swoim gronie, a inni to z daleka, że to zdrajcy albo potencjalni zdrajcy. Od zerwania z modelem małej partii, z pogodzeniem się z drugoligowością. Coś takiego jest obiektywnie trudne, gdyż w małej partii racjonalna strategia liderów lokalnych polega na obronie swoich pozycji i mandatów przed konkurentami wewnętrznymi. Ale skutkiem tej strategii jest mała atrakcyjność personalna list wyborczych, a co za tym idzie, gorszy wynik wyborczy całej partii. Z tej pułapki bardzo trudno się wyrwać, zwłaszcza przy ordynacji proporcjonalnej.

Teraz, kiedy Tusk wyjechał do Brukseli, ten układ ma szansę pęknąć?
– Wyjazd Tuska bezpośrednio nie leczy ułomności SLD. Partia zbyt intensywnie przygotowuje się do roli koalicjanta PO. Poza tym zmiana rządu przedłuża niekorzystną dla Sojuszu sytuację polityczną. W całym procesie formowania rządu, na który nakierowana była uwaga opinii publicznej, SLD nie mógł odegrać żadnej roli. Później też trudno będzie o społeczną widoczność, ale jego notowania powinny stopniowo rosnąć.

A nie będzie tak, że gdy lewica podniesie głowę, natychmiast wszyscy z post-„Solidarności” na nią skoczą?
– Nie istnieje już post-„Solidarność”. Gdyby istniała, sytuacja wyborcza SLD byłaby znacznie korzystniejsza. Sojusz ponownie byłby biegunem krystalizacji postaw politycznych Polaków.

Ale SLD jest w drugiej lidze.
– Tak i wielu jego działaczom to nie przeszkadza. Potrzeba też jednak pewnej cierpliwości. Sojusz powinien być przygotowany na to, że jeszcze długo może funkcjonować w sytuacji trzeciej siły, tylko z rzadka znaczącej, natomiast musi być zawsze gotowy programowo i kadrowo, aby stać się biegunem krystalizacji, gdy zacznie pękać układ PO-PiS. Musi mieć projekt, który będzie postrzegany jako otwierający szanse przed obywatelami, wyrażający ich aspiracje. Potrzebna jest swego rodzaju lewicowa utopia – koniecznie demokratyczna i eksponująca wolność jednostki.

Gdy się milczy, zwolennicy odchodzą

Trzeba mieć i wiedzę, i odwagę, by o to powalczyć.
– Owszem. Mamy w Polsce symboliczną dominację obozu narodowo-katolickiego. I właśnie dlatego, że jest ona symboliczna, jest tak głęboka. Dlatego stanowiska lewicowe są gorzej artykułowane. A jeżeli już – to często bez odwagi albo zostają wyrzucone na margines jako niepoprawne. Dzieje się tak w wielu kwestiach – nawet dotyczących polityki zagranicznej!

W sprawie konfliktu na Ukrainie SLD czujnie pilnuje, by nikt nie zarzucił lewicy, że jest agenturą Moskwy.
– Dyskurs ukraiński to dobry przykład wszelkich patologii polskiej debaty publicznej. Początkowo mieliśmy do czynienia z absolutną dominacją myślenia w kategoriach jakichś polskich archetypów: idea jagiellońska, kordon sanitarny, testament Giedroycia, odwieczna racja stanu Polski. I wręcz z podżeganiem do wojny. Tylko nikt nie wyjaśniał, dlaczego Rosja, Ukraina czy Niemcy mają te polskie idee i interesy realizować. Całkowity brak myślenia w kategoriach twardych interesów światowych potęg i sił poszczególnych aktorów, brak rzetelnej analizy źródeł tych dramatycznych konfliktów, powodów praktycznego upadku państwa ukraińskiego i dotychczasowych triumfów oligarchów. Zupełne lekceważenie bieżących interesów ekonomicznych Polski (tu wyjątkiem są politycy PSL). Dopiero ostatnio powoli coś się zmienia. Na łamach Przeglądu dziekan Wydziału Dziennikarstwa i Nauk Politycznych UW prof. Janusz Adamowski krytycznie ocenił przekaz polskich mediów na temat konfliktu na Ukrainie, wszechstronnie istotę tego konfliktu przedstawił Jacek Żakowski na łamach „Gazety Wyborczej”, a Klaus Bachmann w „Rzeczpospolitej” dobitnie pokazał, jak szkodliwe jest podżeganie do militarnych rozstrzygnięć na Ukrainie. To jednak nadal głosy mniejszościowe.

Jak więc temu się sprzeciwić?
– Nie mówię o prostej negacji oficjalnego stanowiska władz Polski. Pytam tylko, czy SLD nie jest w stanie wytworzyć alternatywnej narracji. Atlantyckiej i unijnej – to oczywiste – ale zarazem realistycznej i nie naiwnej w widzeniu działań i interesów wszystkich stron. Dopóki tego nie zrobi, nie będzie partią, która wymusza odnoszenie się do niej. To jest błędne koło! Obawa przed zepchnięciem na margines, wysłaniem do kąta, przed łatką skansenu PRL, powoduje brak odwagi, by włączać się w zasadnicze konflikty współczesności. Jeśli jednak partia się nie włącza w zasadnicze konflikty, oddaje bitwę walkowerem. Milcząc, nie ośmieli cichych zwolenników, którzy nie zobaczą swojego reprezentanta i pozostaną poza polityką, uśpieni, apatyczni… Nawet wierni wyborcy SLD z lat 1997-2001 zostali w 2005 r. dosłownie rozprasowani przez walec propagandy PiS i PO. Odnotowano wówczas bardzo niską frekwencję, wyborcy lewicy szczególnie często zostawali w domach, wycofywali się. I dopiero w drugim kroku, w roku 2007, spora ich część przerzuciła głosy na PO. I oni wciąż do lewicy nie wrócili.

Wrócą?
– Nie wiem. To przede wszystkim kwestia wiarygodności i atrakcyjności SLD. Mówiliśmy już – z tym nie jest dobrze. A z drugiej strony – kwestia mobilizacji politycznej. Jeżeli frekwencja w porywach przekracza 50%, to znaczy, że mamy apatyczne społeczeństwo. Jak je zmobilizować? Kiedyś ludzie o orientacji lewicowej byli bardziej zmobilizowani. Natomiast teraz są bardziej zdemobilizowani. W ogóle tylko ok. 20% Polaków aktywnie odnosi się do polityki, co przejawia się w czytaniu gazet, słuchaniu wiadomości, posiadaniu pewnego zasobu wiedzy obywatelskiej… Co więcej, ta grupa systematycznie maleje. Ludzie są coraz mniej polityczni. W Polsce ten proces jest szczególnie zaawansowany. Ale nigdy nie wiadomo, co i kiedy ludzi poruszy.

Wydanie: 39/2014

Kategorie: Wywiady

Komentarze

  1. pakusmi@wp.pl
    pakusmi@wp.pl 24 września, 2014, 15:28

    Witam,
    w kwestii schodzącego z horyzontu SLD. Jak SLD ma przetrwać albo coś sensownego zaproponować wyborcom skoro nawet nie dba o to aby zajmować się naborem nowych członków. I nie chodzi tu już tylko o szukanie przez SLD członków, bo tu rozumiem może im się nie chce!!!. Bardzo często maja to podane na przysłowiowym talerzu. Od roku próbuje wstąpić do SLD. Bezskutecznie, zarówno w Warszawie – próbowałem w trzech dzielnicach jak i Pruszkowie – nikt nie jest tym zainteresowany, zazwyczaj kończy się na tym ze jak będzie zebranie to zostanę zaproszony….. Jestem stosunkowo młodym człowiekiem mam 38 lat, mam wyższe wykształcenie, od 15 lat czynnie pracuje zawodowo, jestem cenionym projektantem instalacji elektrycznych znanym w moim środowisku zawodowym jednak dla osób z kręgów SLD niema to znaczenia oni wcale nie są zainteresowani poszerzeniem swoich szeregów o ludzi którzy chcą działać – no bo przecież takie osoby mogą zagrozić ich pozycji !!!. Dla okrasy całej sytuacji podam ze 10 lat temu bylem członkiem rady powiatowej SLD w podwarszawskiej miejscowości jednak ze względu na obowiązki zawodowe i konieczność zmiany miejsca zamieszkania zrezygnowałem z tej funkcji. Również dla takiej osoby nie ma miejsca w obecnych szeregach partii. Jest to żenujące i zarazem śmieszne, ze ugrupowanie które mogłoby sprawować w Polsce władze i mieć społeczne poparcie samo stacza się w dół, na własne życzenie. Nie dość, że obecni członkowie (oczywiście nie wszyscy – bez urazy, ale myślę ze większość) nie dbają o dobre imię i sukces wyborczy swojego ugrupowania, które przedkłada się na możliwości poprawy sytuacji w kraju, to jeszcze blokują możliwość czynienia tego osobom, dla których jest to istotne. Nalezę do osób, które zostały wychowane w czasach solidarności, moi rodzice byli aktywistami solidarności w swoim miejscu zamieszkania, w moim domu była kolportowana prasa podziemna, jednak mimo tego już wiele lat temu zrozumiałem (a nie jestem człowiekiem ograniczonym tylko wykształconym), że to właśnie lewica w Polskich warunkach możne być siłą która sprawnie wyprowadzi kraj na prostą. Jednak niestety SLD nie ma takiego poglądu i to jest dla mnie bolesne.

    Odpowiedz na ten komentarz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy