Jak dokończyć emancypację?

Jak dokończyć emancypację?

Starzy, nowi, lewicowi, progresywni – wszyscy muszą zabrać się do pracy

Dr Barbara Labuda – polityczka, działaczka feministyczno-ekologiczna

Czy trzeba dokończyć emancypację kobiet?
– Pewnie nawiązujesz do zakończenia listu prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego, wystosowanego do uczestników uroczystej sesji w stulecie uzyskania przez Polki praw wyborczych.

Tak. Słuchałyśmy tego listu obie. Ustami Krzysztofa Janika prezydent stwierdził, że jest to zadanie dla polskiej lewicy. Lata całe poświęciłaś tej sprawie. Nie żałujesz?
– Nie, nie żałuję, chociaż razów na tej drodze nie uniknęłam. I to nieraz zadanych przez najbliższych, lewicowych także.

Ja też poświęciłam „kwestii kobiecej” większość dorosłego życia. Nieraz miałam odczucie, że losy emancypantek, sufrażystek, naszych prababć i babć tak naprawdę już nikogo nie obchodzą, że nikogo to nie wzrusza.
– A mnie wzrusza! Czy wyobrażasz je sobie? Mieszkały w trzech różnych zaborach ówczesnej rozbitej Polski, daleko od siebie, nie mając komórek, mejli, czatów. Jechały setki mil powozami, by spotkać się w jakimś prywatnym saloniku i dyskutować o oświecaniu ludu i o tym, że kobiety powinny być traktowane z szacunkiem, mieć prawa polityczne, cywilne na równi z mężczyznami. Mówiłam o tym dziesiątki razy na różnych „babskich spędach”.

Sielanki nie było, o nie. Czy wiesz, jak one potrafiły się kłócić? O to np., czy najpierw walczyć o równe prawa dla kobiet, a potem o niepodległość, czy może odwrotnie. Były secesje i gwałtowne rozstania. Pierze „po salonach” fruwało. A kobieca łagodność w polityce to mit.
– Że się kłóciły, to oczywiste. Tak jak my 100 lat później. Stanęłyśmy przed identycznym dylematem: czy najpierw wielka sprawa dla Polski, czyli „załatwienie” komuny, czy walka o prawa kobiet. I niemal zawsze prawa kobiet przegrywały! Ja wystąpiłam z Solidarności, po tym jak Marian Krzaklewski rozwiązał Sekcję Kobiecą NSZZ Solidarność, bo była dla niego zbyt radykalna. Mocno mówiła o tym w trakcie konferencji Małgorzata Tarasiewicz, założycielka sekcji.

Mówiąc szczerze, 100 lat temu było dość podobnie. Założoną w 1913 r. Ligę Kobiet Pogotowia Wojennego rozbiły „męskie spory” o werbunek do Legionów, o przysięgę legionową, o Polską Organizację Wojskową. Założycielkę Ligi Izę Moszczeńską, współpracowniczkę płk. Sikorskiego, piłsudczycy opluli i nazwali denuncjatorką, gdy po opublikowaniu jej „Listu otwartego do brygadiera Piłsudskiego” Niemcy zamknęli go w Magdeburgu – a zbieżność była przypadkowa. Dalekowzroczna polityka Piłsudskiego, który w listopadzie 1918 r. podpisał dekret o równouprawnieniu politycznym kobiet, skłóciła wcześniej całe środowiska, przyjaciół, rodziny.
– Tak czy inaczej, u zarania II Rzeczypospolitej kobiety z różnych środowisk walczyły o zdobycie praw politycznych, a przypomnę, że wówczas w Europie tylko Finki od 1906 r. miały prawo głosu. Mam przed sobą dokument z tamtej epoki, gazetę „Kobieta w Sejmie”, pismo Komitetu Wyborczego Kobiet Postępowych, który mieścił się na ulicy Marszałkowskiej 74 w Warszawie w Biurze Pomocy dla Legionistów.

Rej wodziły w nim socjalistki z dr Justyną Budzińską-Tylicką, która w II RP zakładała z Tadeuszem Boyem-Żeleńskim i Ireną Krzywicką pierwszą w Polsce poradnię świadomego macierzyństwa.
– I o co one wówczas walczyły? Wcale nie tylko o kwestie stricte kobiece. Walczyły o zjednoczoną z trzech zaborów Polską Republikę Ludową z własnym wybrzeżem morskim…

To był także postulat rządu Ignacego Daszyńskiego, którego pomnik odsłonięto w stolicy w przeddzień 100. rocznicy niepodległości.
– Idźmy dalej: kobiety postępowe żądały stopniowego upaństwowienia kopalń, salin, środków komunikacji, przedsiębiorstw i wszystkich zakładów użyteczności powszechnej. Popierały ruch kooperatywny, czyli spółdzielczy, w handlu i przemyśle w celu „stopniowej kolektywizacji kapitału”, zasadniczą reformę agrarną, powszechną obronę narodową i służbę obywatelską, płace minimalne, emerytury na starość, ochronę i państwową kontrolę pracy zapobiegającą wyzyskowi i normującą skalę zarobków, wolności obywatelskie: wolność sumienia, słowa, druku, zebrań, stowarzyszeń, strajków, nietykalność osobistą, zabezpieczenie praw kulturalnych mniejszości narodowych, swobodę i równouprawnienie wyznań wszystkich narodowości oraz powszechne i bezpłatne nauczanie w szkole świeckiej.

Właśnie dlatego kler tak wówczas zwalczał wszelkich postępowców, a kobiety postępowe jeszcze bardziej. Nawiasem mówiąc, Liga Kobiet także została potępiona przez biskupów w czasie I wojny. Abp Sapieha powiedział kiedyś prywatnie, że „w legionach same bezbożniki i lamparty”, a Liga Kobiet to były matki, żony, siostry i… kochanki tych „bezbożników i lampartów”.
– Dla mnie jest ważne, że wówczas te kobiety postępowe nie zajmowały się tylko postulatami „czysto kobiecymi”, lecz miały wizję Polski republikańskiej, socjalnej, sprawiedliwej i otwartej. Oczywiście postulaty zniesienia wszelkich ograniczeń płci zajmowały poczesne miejsce. To były bardzo nowoczesne postulaty. Z tymi hasłami kobiety startowały do Sejmu Ustawodawczego. Weszło ich w sumie osiem, choć z różnych list partyjnych. O nich wszystkich ciągle myślę ze wzruszeniem.

Dla mnie taką ważną postacią jest Zofia Moraczewska, żona premiera Jędrzeja Moraczewskiego, także socjalistka, która dosłownie wszystko oddała ojczyźnie i kobietom. Ojczyźnie – trójkę dzieci na kolejnych wojnach. Odpakowywałam w latach 80. wiele paczek jej kobiecego archiwum, które złożyła w dziale rękopisów Biblioteki Narodowej w 1957 r. Przez 30 lat żaden „poważny” historyk do nich nie zajrzał. Historia kobiet rzadko kogoś interesuje. Mamy przeważnie męską wersję historii. A przeskakując do czasów dzisiejszych, czy to nie dziwne, że wiele z tych starych, wymienionych przez ciebie postulatów brzmi nadal tak nowocześnie?
– Nie, nie jest to dla mnie dziwne. Ludzkość jako taka rozwija się duchowo bardzo, bardzo wolno. Długo wychodzimy z naszych ograniczeń. A wszystko, co dotyczy kobiet, czyli stosunek do ciała, dzieci, spraw seksualnych, opieki, macierzyństwa, starości itd., jest tego najlepszym przykładem. Stereotypy ról kobiecych przechodzą z pokolenia na pokolenie i zmieniają się powoli. Trzeba samemu wiele przejść, żeby czegoś się nauczyć. Nie chcę jednak, by brzmiało to ponuro, bo postęp jest zauważalny, i to w większości światowych kultur: szacunek dla kobiet, możliwość kształcenia, leczenia. W ostatnich zwłaszcza latach zmienia się stosunek do przemocy i gwałtu, a przecież wielki całe uważano to za normę, że można poniżać, wykorzystywać, gwałcić… Moje doświadczenie podpowiada, że kobiety bardzo lubią pracować nad sobą, doskonalić się, chyba bardziej niż mężczyźni.

Bo oni już są doskonali, cóż więc rozwijać…
– O narcyzach w polityce pomówimy później, OK? Nie chcę nikogo skrzywdzić, ale wydaje mi się, że kobiety mają większy pęd do poszerzania horyzontów i samoświadomości. Są w zdecydowanej większości uczestniczkami wszystkich możliwych warsztatów rozwoju i samorozwoju. Prowadzę niektóre szkolenia. Ten skok jakościowy, jaki dokonał się zwłaszcza w ostatnich latach, zawdzięczamy naszym prekursorkom, tym dzielnym, mądrym, heroicznym kobietom, o których wspominałyśmy na początku.

Na zorganizowanej przez lewicę konferencji, od której rozpoczęłyśmy rozmowę, był panel poświęcony niedokończonej emancypacji w czasach PRL (temat na odrębne spotkanie). Mnie jednak zafrapował panel następny, w którym prelegentki – w tym ty – zastanawiały się, dlaczego masowy ruch wolnościowy, jakim była Solidarność, nie poparł aspiracji emancypacyjnych kobiet.
– Powiem wprost, że nastąpił renesans konserwatyzmu w sprawach kobiecych i rzeczywiście byłam w samym środku wydarzeń, z wszystkimi dobrymi i niedobrymi konsekwencjami. Dla porządku przypomnę, że kiedy weszłam do tzw. Sejmu kontraktowego, nie myślałam nawet, że będę się zajmować tymi kwestiami, interesowały mnie sprawy zagraniczne. Pierwszą moją inicjatywą ustawodawczą było zniesienie cenzury, co poparła wówczas zdecydowana większość posłów. A potem ujawniła się skrajna, poparta przez Kościół, polska prawica, która podrzuciła nam kwestie aborcyjne, a przypomnę, że wyszliśmy z PRL z ustawą pozwalającą na przerwanie ciąży także ze względów społecznych, czyli z powodu trudnej sytuacji życiowej kobiety. Nie tylko nie interesowało mnie to wtedy, ale w ogóle się na tym nie znałam. Zgłoszone przez grupę posłów i senatorów postulaty więzienia dla lekarza dokonującego aborcji i dla kobiety poddającej się zabiegowi były nie tylko dla mnie prawdziwym szokiem.

Tego i Boy ze swoim „Piekłem kobiet” by nie przewidział.
– Zaszokował mnie zarówno sam fakt tej inicjatywy ustawodawczej, jak i ton dyskusji wokół niej, która ukazała całą zaściankowość wielu dyskutantów. Argumenty były agresywne, zohydzające ludzi o podobnych do moich liberalnych poglądach – zawsze byłam zwolenniczką prawa kobiety do aborcji. Ludzie tacy jak ja byli potępiani z ambon, choć mnie to nie dotyczyło osobiście, byłam niewierząca i niepraktykująca.

Znam te dyskusje. Opisywałam je w książce „PoBOYowisko”. Jak bumerang wracały wszystkie stare kontrargumenty, głoszone z taką samą zajadłością jak niegdyś.
– Ja w sejmowych wystąpieniach często korzystałam z argumentów wysuwanych przez Boya, wręcz cytowałam go! Polska została wówczas poddana praniu mózgów, niestety, częściowo skutecznemu, bo opinia społeczna zaczęła stopniowo odstępować od wolnościowego i liberalnego patrzenia na te kwestie. I mówię tu nie tylko o aborcji, ale o wszystkich kwestiach związanych z prywatnością, seksualnością, intymnością człowieka. Myślę o separacji, rozwodzie, wychowywaniu dzieci (wróciło na tapetę, że dzieci można bić!), antykoncepcji, in vitro. Wszystko, co głosiło wówczas Zjednoczenie Chrześcijańsko-Narodowe z Markiem Jurkiem na czele, budziło mój fundamentalny sprzeciw! Może to truizm, ale będę go zawsze powtarzać: podstawowym prawem kobiety jest prawo decydowania o sobie, o swoim ciele. Bez tego wszystkie inne prawa mogą zostać jej odebrane, właściwie są nic niewarte!

Gdy mówisz o tym wszystkim, widzę jakby kolejne fale prące na ląd. Mam jednak wewnętrzne przekonanie, że ten potop został po czarnym proteście, po filmie „Kler” zatrzymany, że dalej już fale nie pójdą.
– Tak, zgadzam się z tą tezą. Napór konserwy został zatrzymany.

Cieszę się, bo gdy spotkałyśmy się trzy lata temu, kilka miesięcy przed czarnym protestem, na promocji drugiego wydania „PoBOYowiska”, nie widziałyśmy sił, które byłyby w stanie temu się przeciwstawić.
– Tak, czarny protest to był fantastyczny sukces! Tyle wspaniałych i młodych dziewcząt wyszło na ulice Polski. Dla nich przecież to wszystko robiłyśmy i robimy, nie dla siebie. Potem były kolejne inicjatywy, protesty pod Sejmem i na ulicach, i to one spowodowały, że nastąpiło zatrzymanie, a obecnie dokonuje się zmiana postaw społecznych.

Czy nie uważasz, że to się ujawni w najbliższych wyborach? Czy szeroko rozumiana lewica i centrolewica zaczną odbierać teren konserwie?
– To nieuniknione. Były już wcześniej jaskółki w Sejmie – wspomnę tu Annę Grodzką i Roberta Biedronia. Potem nastąpił powrót konserwatyzmu w postaci PiS, nacjonalistycznej, zaściankowej, ksenofobicznej formacji, która na tle seksu ma prawdziwą obsesję. Teraz to już nie będą jaskółki…

…które wiosny nie czynią.
– To będzie trwała zmiana kulturowa i mam nadzieję, że trend ten się utrwali w postaci porządnej reprezentacji, która dostanie się do Sejmu. Ludzie o poglądach liberalno-lewicowych znowu dojdą do głosu.

Myślisz o nowym ruchu tworzonym przez Roberta Biedronia?
– O nim także, choć przyznam, że boję się, by ludzie na nim się nie zawiedli tak jak na Palikocie. Ten widoczny u Biedronia narcyzm napawa mnie niepokojem. Z drugiej strony widzę tak silne parcie na coś nowego, progresywnego, widzę „moje” kobiety ze Strajku Kobiet i to chyba jest nie do powstrzymania. One będą na niego głosowały, bo jest symbolem tej Polski, za którą nasze środowiska tęsknią. Byle tego nie zepsuł! Do tej pory dominowały w Polsce partie wodzowskie, oby nie nastał czas partii narcystycznych. Może Biedroń dojrzeje w walce. A ta nowa formacja przyciągnie sporo nowych, wartościowych osób, wiele kobiet – wspaniałych działaczek, które pracują w różnych częściach Polski, które są w stanie zorganizować w trzy-cztery osoby fantastyczny marsz, pikietę, strajk, happening, wystawy, seminaria, demonstrację – dosłownie wszystko!

Myślisz, że feministki to poprą?
– Bardzo wiele.

A „stara” lewica? Obudzi się?
– Będzie to bolesne przebudzenie, ale niezbędne. Starzy, nowi, lewicowi, progresywni – wszyscy muszą się zabrać do pracy, by „dokończyć emancypację”. Choć mówiąc między nami, procesy społeczne nigdy się nie kończą. Gdy skończymy jeden, zaczniemy drugi etap, a jeśli nie my, to kolejne pokolenie polskich feministek.

Fot. Krzysztof Żuczkowski

Wydanie: 50/2018

Kategorie: Wywiady

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy