Nazywali nas podpalaczami Warszawy

Nazywali nas podpalaczami Warszawy

Warszawiacy o dowództwie AK w czasie powstania warszawskiego i po jego upadku

Kolejna rocznica upadku powstania warszawskiego (2 października 1944 r.) nie tylko skłania do refleksji nad losem stolicy i jej mieszkańców, ale także nieodmiennie stawia pytania o sens i zasadność powstańczego zrywu oraz jego ocenę. W polityce historycznej, uprawianej głównie przez IPN, jak również w mediach dominują opisy bohaterskich walk na barykadach, a samo powstanie traktuje się jako element walki o zachowanie polskości. Taki obraz powstania łączony jest z wypominaniem aliantom braku pomocy oraz oskarżaniem Stalina o cyniczną grę.

Jakże mało mówi się natomiast o tych, którzy najbardziej ucierpieli w czasie powstania i po nim – o ludności cywilnej, której, według ówczesnych niemieckich szacunków, zginęło 200 tys.

PRZEGLĄD od lat upomina się, i ma w tym pełne poparcie czytelników, by powstania nie ograniczać do heroicznej walki zbrojnej i międzynarodowych rozgrywek politycznych, ale by pokazywać je także poprzez ogrom strat w ludziach i cierpień warszawiaków oraz zagładę ich miasta. By dziejów powstańczego zrywu nie sprowadzać do hagiograficznego opisu zwycięskich uśmiechniętych powstańców.

Taki sprawiedliwszy i uczciwszy osąd powstania zaczyna ostatnio zyskiwać coraz szersze poparcie społeczne. W tym roku rocznicowe obchody poświęcone były ludności cywilnej.

Tekst dr. Krzysztofa Wasilewskiego pokazuje, jak cywile patrzyli na powstanie i jak je oceniali. Tragiczny los ludności cywilnej Warszawy nigdy nie może zostać zapomniany.
Redakcja


Po 63 dniach walki powstanie warszawskie upadło. Pochłonęło życie niemal 200 tys. cywilów i 10 tys. powstańców. Jednak tym, którzy przeżyli, kapitulacja stolicy nie przyniosła wytchnienia. Dla setek tysięcy warszawiaków 2 października był początkiem kolejnej tragedii. Ich miasto przestało istnieć, a dla nich samych rozpoczęła się tułaczka, której kresu nikt nie znał. Rozrzuceni po różnych zakątkach Rzeszy i okupowanej Polski musieli się zastanawiać, czy powstanie warte było swojej ceny. Ceny, którą przyszło im płacić jeszcze wiele miesięcy po kapitulacji Warszawy.
Dzisiaj jest to temat pomijany lub – w najlepszym razie – marginalizowany w dyskusji na temat powstania warszawskiego. Wszelkie próby odarcia zrywu z jego mitycznej otoczki, w którą obrasta od 1990 r., kończą się porażką. Kiedy w 1994 r. „Gazeta Wyborcza” napisała o przypadkach mordowania Żydów w czasie powstania, media odpowiedziały histerią, niemal doprowadzając do linczu na autorze tekstu. Sam PRZEGLĄD od lat zmaga się z łatką „przeciwnika powstania” jedynie dlatego, że ośmiela się stawiać pytanie o jego sens.

Kolejna rocznica kapitulacji powinna skłaniać do refleksji. Nie oznacza to zakwestionowania bohaterstwa walczących, którzy w imię wolnej Polski rzucili na szalę własne życie. Warto jednak wczuć się w położenie setek tysięcy cywilów. Ich lęki i doświadczenia psują lansowany przez media heroiczny wizerunek powstania warszawskiego, ale czynią go też pełniejszym. Kto inny, jeśli nie oni, miał największe prawo krytykować powstanie? Wsłuchajmy się w ich racje.

Po co to wszystko?

„Dzisiaj, gdy siły się wyczerpały, gdy nastroje musiały się zmienić, zmienił się stosunek do powstania i pogląd na nie. Prawie wszyscy są mu niechętni, prawie wszyscy zadają głośno pytanie: jak to było zrobione i po co było zrobione. (…) Byłoby lepiej nie zaczynać powstania, zanim nie zostało wszystko uzgodnione z bolszewikami. Zamiast tego skazano miasto na zagładę, na masakrę – tak, to jest masakra”, zapisał pod koniec września jeden z warszawiaków. Wycieńczenie, śmierć najbliższych, brak nadziei na zwycięstwo. Po tym wszystkim trudno było wydusić z siebie wzniosłe słowa o walce o wolność i niepodległość.

Jak bowiem ubrać w słowa obrazy, których umysł nie jest zdolny pojąć? Tadeusz Szczęsny nie miał nawet 15 lat, kiedy pewnego wrześniowego wieczoru zobaczył kobietę, „która szła boso pośrodku ulicy po bruku, miała rozwiane długie włosy. Ubrana była w białą długą koszulę. Szła i wykrzykiwała, płacząc, a niekiedy nawet wyjąc: »Piekło się pali! Piekło się pali! Boże, zobacz, jak piekło się pali!«. Kiedy chcieliśmy ją zatrzymać, nie zareagowała nawet, poszła dalej w głąb płonącej ulicy”.

Strony: 1 2 3 4 5

Wydanie: 40/2015

Kategorie: Historia

Komentarze

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy