Nie jesteśmy biurem tłumaczeń

Nie jesteśmy biurem tłumaczeń

Nie przeceniałbym roli reklamy: czytelnik nie ma zaufania do płatnych informacji

Rozmowa ze Stanisławem Sołtysem, prezesem wydawnictwa Książka i Wiedza

– Raporty o bibliotekach są smutne: czytamy coraz mniej. Czy również mniej kupujemy?
– Niestety, tak. Miniony rok był dramatyczny dla wydawców. Zbankrutowały trzy duże hurtownie, co spowodowało ogromne straty finansowe. Upadła ogólnopolska firma Światowid, hurtownia Liber obsługująca Małopolskę oraz wrocławskie Kwadro. Większość wydawnictw opiera swoją działalność na współpracownikach z zewnątrz. Daje im to większą elastyczność, zwłaszcza w sytuacjach kryzysowych. Nasze wydawnictwo jest inaczej zorganizowane. Podstawę stanowią pracownicy etatowi, co związane jest z tym, że jesteśmy spółdzielnią pracy, ale przede wszystkim z naszym profilem wydawniczym. Powieść, szczególnie tłumaczoną z języka obcego, można wydać, zatrudniając korektora na umowę-zlecenie. Jednak do wydania takich książek jak „Społeczeństwo polskie od X do XX wieku”, „Europa – dzieje kultury” czy „Prawo międzynarodowe” trzeba korzystać z umiejętności edytorskich ludzi, którzy mają odpowiednią wiedzę i doświadczenie. W naszym wydawnictwie właśnie tacy ludzie pracują. Dlatego trzeba było zrobić wszystko, aby zespół utrzymać, bo odtwarzanie go po ewentualnej – nie daj Boże – katastrofie nie byłoby chyba możliwe. Za swój największy sukces uważam to, że do takiej katastrofy nie dopuściłem.
– Czy zeszłoroczny kryzys odbił się na „produkcji” wydawnictwa?
– Na szczęście nie musieliśmy obniżać poziomu wydawanych książek. Wydawaliśmy w dalszym ciągu literaturę historyczną i filozoficzną, leksykony, jeśli poradniki, to oparte na badaniach naukowych, czyli spopularyzowanej wiedzy. Współpracujemy z wybitnymi polskimi naukowcami. Wydajemy też książki na zagranicznej licencji, ale starannie je opracowujemy. Nie jesteśmy „biurem tłumaczeń”.
– Ile osób pracuje w KiW?
– 32 osoby. Mamy też grono stałych współpracowników.
– Książka i Wiedza to jedno z najstarszych polskich wydawnictw, liczy sobie ponad pół wieku. Ile już wydała tytułów?
– Na ostatnio wydanym „Przewodniku po etyce” jest adnotacja: „Trzynaście tysięcy trzydziesta publikacja „KiW””. Tylko my drukujemy takie informacje, a liczymy wyłącznie pierwsze wydania.
– KiW ma także swoją witrynę w Internecie. Czy dużo czytelników robi zakupy drogą elektroniczną?
– Nie. Sprzedajemy ok. 10% naszych książek formie w wysyłkowej – na zamówienia internetowe i telefoniczne, ale 90 % sprzedajemy tradycyjnie, w księgarniach. Czytelnicy wolą wybrać książkę w księgarni, bo mogą do niej zajrzeć, przeczytać notki na obwolucie.
– W jaki sposób najłatwiej pozyskać nowych czytelników?
– Nic tak nie przysparza książce czytelników jak społeczna debata o książce. Dzisiaj, niestety, nie ma takich debat, jakie powodowały przed laty powieści „Kolumbowie” Bratnego czy „Popiół i diament” Andrzejewskiego. Z kolei nie przeceniałbym roli reklamy: czytelnik nie ma zaufania do płatnych informacji. Dlatego my nie zamieszczamy zbyt wielu reklam, bardziej zależy nam na promowaniu naszych książek w mediach, uczestniczeniu w targach książki. Jednak uważam, że nawyku czytania każdy nabiera w domu i w szkole: najlepiej wychowują nowych czytelników rodzice i nauczyciele.
– Kiedyś KiW miał szlachetny zamysł wydawania serii taniej książki, jednak do tego nie doszło: podobno seria nie wzbudziła większego zainteresowania, czego osobiście bardzo żałuję. Proszę powiedzieć, czy książki muszą być tak drogie?
– Muszą. Dzisiaj mają niski nakład, ok. 2-3 tys. egzemplarzy. A książka, która ma niski nakład, musi być droga. Żeby była tania, musiałaby mieć wysoki, kilkusettysięczny nakład – to jest dziś nierealne. Natomiast przy obecnych nakładach musiałaby mieć marny papier i byle jaką okładkę. Współczesny czytelnik nie kupi takiej książki.
– Większość czytających to ludzie, którym się nie przelewa: inteligencja budżetowa, studenci, uczniowie. Nie da im pan żadnej nadziei, że książki stanieją?
– Chciałbym, ale nie mogę. Mnie też z tego powodu serce boli. Często widuję w naszej KiW-owskiej księgarni osoby, które przychodzą, żeby przeczytać kolejnych 10-15 stron, bo nie mogą sobie pozwolić na kupno książki. Chętnie bym takiemu czytelnikowi podarował książkę, ale powstrzymuję się: podejrzewam, że wiadomość szybko by się rozeszła i wkrótce miałbym pełną księgarnię ludzi, którzy też chcieliby dostać książki w prezencie.
– Gdyby mógł pan zreformować polski rynek wydawniczy, co by pan zmienił?
– Przede wszystkim system dystrybucji. Jest za dużo małych, biednych hurtowni i małych, słabych księgarń. Chciałbym, żeby na rynku były dwie, trzy stabilne finansowo hurtownie, które by płaciły od razu za książki i miały środki na reklamę oraz na stworzenie ogólnopolskiego systemu dystrybucji, dzięki czemu książki trafiłyby do dużej liczby księgarń. Ponadto chciałbym, żeby w całej Polsce były duże księgarnie oraz żeby media były zainteresowane promocją czytelnictwa. I żeby Ministerstwo Kultury zamiast dotować nieliczne książki, kupowało je do wszystkich bibliotek w kraju. Oj, rozmarzyłem się…
– Jakie są najbliższe plany wydawnictwa?
– Chcemy w tym roku wydać ok. 70 tytułów. Będziemy trzymać się naszego profilu wydawniczego, wydamy książki naukowe, głównie historyczne oraz poradniki i kalendarze. Z tych 70 książek kilka, jeśli pani pozwoli, chciałbym wymienić, bo zasługują, żeby się nimi zainteresować. Z historycznych „Trzecią Rzeszę” Michaela Burleigha i „Historię Warszawy” Karola Mórawskiego. Z politologicznych „Zrozumieć Unię Europejską” i „Leksykon państw świata”. Z poradników – „Sztukę przemawiania i prezentacji”. Dla pożytku i dla relaksu – „Encyklopedię działkowca” i „Anegdoty warszawskie”.

 

Wydanie: 20/2002

Kategorie: Wywiady
Tagi: Ewa Likowska

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy