Nie jesteśmy robotami

Nie jesteśmy robotami

Wprowadzając obostrzenia, szukajmy kompromisów

Przedsiębiorcy już chyba masowo łamią obostrzenia. Czy nieustanne kombinowanie to jakaś nasza cecha narodowa?
– Absolutnie nie. To się dzieje na całym świecie. Obserwujemy takie postawy nie tylko u przedsiębiorców czy młodzieży, ale nawet u samych polityków, którzy ograniczenia narzucają. Sporo już widzieliśmy skandali, kiedy członkowie rządów czy ich doradcy, piewcy obostrzeń, byli przyłapywani na gorącym uczynku podczas łamania zakazów. Taka jest natura człowieka – w każdym z nas tkwi ziarno hipokryty. Polecam genialną książkę z obszaru psychologii społecznej „Błądzą wszyscy (ale nie ja)”, która mówi o tym, że najczęściej uważamy, iż wszyscy inni źle postępują, a my jesteśmy superfajni. To przekonanie, że nam samym trochę więcej wolno, wynika m.in. z iluzji kontroli. Zdrowy psychicznie człowiek uważa, że jest trochę lepszy, trochę ładniejszy, trochę mądrzejszy, że ma więcej kontroli nad swoim życiem i – co ważne – że los lubi go trochę bardziej niż przeciętnego człowieka. To właśnie dlatego myślimy, że gdy MY się spotkamy z rodziną czy przyjaciółmi, na pewno się nie zarazimy. Bo to my – w naszym przekonaniu – mamy kontrolę, a inni nie.

Zwróciłabym też uwagę na to, kto zostaje przedsiębiorcą. To ludzie o pewnym profilu charakterologicznym, osobowościowym, lubiący ryzyko, najczęściej bardzo aktywni. Ich biznesy często związane są z pasją życiową. Jeśli ktoś szuka bezpieczeństwa i stabilizacji, raczej wybiera etat w korporacji, a nie prowadzenie firmy.

Przedsiębiorcy często tłumaczą, że łamią zakazy, bo nie mają za co żyć.
– Oczywiście doświadczają ogromnych strat finansowych, które już teraz często są nie do odrobienia. Ale to nie jest jedyny czynnik, który decyduje o łamaniu zasad. Przedsiębiorcy to grupa, która jeśli nic nie robi, praktycznie nie żyje, więc jako psycholog nie dziwię się, że chcą pracować i prowadzić swój biznes. To dla nich być albo nie być. Mam wrażenie, że nikt nie zwraca uwagi na to, że izolacja, zamknięcie w domu, są w kontrze do podstawowych potrzeb człowieka. Często uważa się, że kwestie psychologiczne są mniej ważne niż zdrowotne. Układ immunologiczny człowieka, który czuje się samotny, niepotrzebny, wtłoczony w bierny styl życia – zwłaszcza gdy dotychczas był bardzo aktywny – będzie pracował gorzej, słabiej. I przez to ta osoba będzie bardziej podatna na choroby. Tę kwestię traktuje się u nas po macoszemu, za priorytet uznając to, co uchodzi za istotniejsze w zdrowiu fizycznym. Tymczasem te dwie sfery są ze sobą nierozerwalnie związane.

Ale mamy pandemię i nie możemy znieść obostrzeń.
– Oczywiście wirus istnieje. Nikt o zdrowych zmysłach nie powinien podważać tego, że może być zabójczy. Jednak założenie, że teraz wszyscy będziemy w stanie zejść na ten najniższy poziom egzystencji i zakopać się w swoich „norach”, dla wielu oznacza śmierć – w sensie emocjonalnym czy właśnie zawodowym – jako śmierć firmy, na którą nierzadko pracowali całe życie.

Co więc możemy zrobić?
– Eksperci zarządzający na szczeblu centralnym powinni szukać kompromisów. Przy zachowaniu niezbędnych zasad sanitarnych trzeba uwzględnić potrzebę życia – a nie tylko egzystencji – by firmy mogły funkcjonować z rozsądnie narzuconymi ograniczeniami. Wciąż można przecież chodzić do kościoła – a jednocześnie WHO wyliczyła, że polskie dzieci najdłużej w Europie uczą się w trybie zdalnym. Ta niespójność ograniczeń działa na ludzi jak płachta na byka. Apelowanie i przemowy o potrzebie solidarności już nie pomagają.

Mam wrażenie, że nawet jeśli popieramy obostrzenia, coraz trudniej jest nam w nich wytrzymać. Mam znajomą, która wiosną właściwie nie wychodziła z domu, a teraz zorganizowała dziecku urodziny w sali zabaw, oficjalnie zamkniętej.
– To się nazywa wypalenie zasobów ego. Dysponujemy pewną pulą energii na kontrolę swoich zachowań, ale znaleźliśmy się w sytuacji, kiedy musimy robić to nieustannie już od ponad roku. To daje skutki nie tylko w postaci łamania zasad, ale nawet aktów agresji – we Włoszech już zauważono, że nasila się skala rozbojów czy napadów. Dlatego w działaniach naszego rządu brakuje mi mądrego, holistycznego podejścia do człowieka i jego potrzeb. Jego przykłady mamy choćby w Nowej Zelandii, gdzie udało się pokonać pandemię. Owszem, wprowadzono tam surowe restrykcje, ale rząd był skupiony nie tylko na obostrzeniach, lecz też na dobrostanie ludzi – zapewniono obywatelom psychiczne wsparcie, zachęcano ich choćby do uprawiania sportu na zewnątrz. Efekt osiągnięty w tym kraju wynikał zresztą nie tylko z działań rządu w trakcie pandemii, ale też wcześniejszej mądrej polityki zdrowotnej. Nasz rząd traktuje nas natomiast tak, jakbyśmy byli robotami.


Dr Ewa Jarczewska-Gerc – psycholożka społeczna, trenerka biznesu, adiunkt w Katedrze Psychologii Różnic Indywidualnych, Diagnozy i Psychometrii Uniwersytetu SWPS


a.brzeska@tygodnikprzeglad.pl

Fot. Krzysztof Żuczkowski

Wydanie: 17/2021

Kategorie: Kraj, Wywiady

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy