Nie może być dwóch przywódców

Nie może być dwóch przywódców

Mieczysław F. Rakowski

Samorozwiązanie SLD byłoby niezrozumiałe i nieczytelne dla jego zwolenników. Zniknięcie ze sceny politycznej byłoby ładnym prezentem dla prawicy

– Wyprowadzał pan sztandar PZPR. Czy dzisiaj nie jest czas, aby wyprowadzić sztandar SLD? Zacząć nowe otwarcie?
– Jeśli do tego dojdzie, to na pewno nie ja będę wyprowadzającym i wprowadzającym, ale przecież jeśli jakaś „nowa lewica” powstanie, to też ktoś będzie musiał wydać polecenie „sztandar wyprowadzić”. Teraz jesteśmy świadkami chyba już owczego pędu. Stało się to, co przewidywałem, gdy Marek Borowski wyszedł z SLD. Nie oceniam tej decyzji, ale znając tradycje europejskiego ruchu lewicowego, wiedziałem, że za nim pójdą inni. No i poszli.
Czy zaczynać od nowa? Moim zdaniem, nie. W daleko trudniejszej sytuacji (przywołuję pierwsze miesiące po przełomie) nie wyszliśmy z Sali Kongresowej jako stado zmokłych ptaków, a teraz lewica ma się zwinąć? I co dalej? Dziś utworzenie nowej partii, dodajmy, z uzasadnionymi ambicjami, to nie jest prosta sprawa. Długo by mówić o przyczynach porażki, ale przecież SLD ma na swoim koncie wcale niebłahe osiągnięcia. Z różnych powodów nie dopisało wielu czołowych polityków lewicy. Ich krótkowzroczność, rzekłbym, zwykła głupota, spowodowała porażkę wprost niewyobrażalną…

Kongres na dwie części

– Tyle że nowe otwarcie umożliwiłoby stworzenie nowej formuły organizacyjnej. Czegoś na kształt federacji, która organizuje ludzi pod paroma istotnymi hasłami.
– A czym był Sojusz Lewicy Demokratycznej? Też federacją ponad 30 różnych ugrupowań lewicowych. Formuła organizacyjna jest ważna, ale przecież najważniejsza jest programowa. Formuła SLD nie była głupia, ale jego twórcy, chyba z zarozumiałości, zapomnieli, że ludzi nie tylko należy poważać, ale także pracować z nimi, tłumaczyć im i wyjaśniać. Uważam, że w europejską tradycję walki o postęp lepiej i korzystniej wpisuje się partia lewicowa o silnej strukturze, wrośnięta w społeczeństwo. Taka partia jest potrzebna ludziom pracy najemnej, szczególnie w okresie przemian, jakie po 1989 r. ogarnęły Europę Środkowo-Wschodnią i Południową. Moim zdaniem, samorozwiązanie SLD byłoby niezrozumiałe i nieczytelne dla jego zwolenników. Zniknięcie ze sceny politycznej byłoby ładnym prezentem dla prawicy, a nie zapominajmy, że w Polsce zmagania między obozem postępu i siłami konserwatywnymi nie są abstrakcją, lecz faktem.

– Jeśli jest pan sceptyczny wobec przekształceń organizacyjnych, to jaka jest pańska rada przed kongresem SLD?
– Moim zdaniem, jeśli wziąć pod uwagę polityczne skutki wyjścia SLD z LiD, opuszczenie klubu poselskiego przez posłów SdPl oraz Partii Demokratycznej, proklamowanie programowego zwrotu na lewo i wreszcie walkę dwóch młodych polityków o przywództwo (nieubłagany jest podział SLD na zwolenników Olejniczaka i Napieralskiego i ostre formy rywalizacji), to radziłbym podzielenie kongresu na dwie części. Teraz merytoryczna debata, a we wrześniu lub w październiku część wyborcza.
Postuluję debatę, ponieważ – tak naprawdę – w Sojuszu nigdy nie było poważnego namysłu nad sobą. Było sporo banalnych formułek, ale zastanawiania się nad modelem lewicowej partii w okresie przywracania w Polsce kapitalizmu – nie. Dla wypowiadających się o SLD pewnym kłopotem było określenie jego ideowego charakteru. Partia socjalistyczna? Nie. Socjaldemokratyczna? Tak, ale bez przeszłości. Lewicowa? Raczej nie, chyba że centrolewicowa. Słowem, ni pies, ni wydra. Teraz słyszymy, że Sojusz pomaszeruje w lewo. Ale co to będzie znaczyło w praktyce?
Moim zdaniem, kierownictwo SLD powinno w najbliższych tygodniach i miesiącach skoncentrować się na stworzeniu własnej oceny sytuacji społeczno-gospodarczej i politycznej, powinno w ten proces myślowy i analityczny wciągnąć każdego człowieka lewicy, bez względu na przynależność do jakiejś struktury. Dopiero po dokonaniu takiej analizy i na jej podstawie można przejść do prognostyki na krótszą i na dalszą metę. A zatem – analiza i prognoza. Jeśli mogę coś sugerować, to uważam, że każda analiza wspomnianych sytuacji powinna uwzględniać fakt, że jesteśmy częścią Europy Środkowo-Wschodniej, która – mimo naszych związków z zachodnią częścią kontynentu – stanowi odrębną jakość. Co zaś się tyczy prognoz, to lewica musi odpowiedzieć sobie na pytanie nie tylko o charakter kapitalizmu budowanego w Polsce, ale również o stosunek społeczeństwa do niego. Moim zdaniem, wciąż jeszcze żyjemy w dekadach przejściowych. Kapitalizm nie wykształcił się jeszcze w pełni, podobnie jak stosunki społeczne.

– Mówi pan o konieczności analizy sytuacji i co z nią zrobić, ale ważna jest odpowiedź na pytanie, jaka powinna być lewica.
– To najważniejsze pytanie, ale – z wielu powodów – odpowiedź na nie jest bardzo trudna. Jeśli obecni przywódcy SLD mówią, że ustawili zwrotnicę na lewo, to bez wątpienia jednym z celów jest walka o sprawiedliwość społeczną. Wymaga to jednak wyraźnego oznakowania pól, na których dziś realizowana jest polityka społeczna, naruszająca tradycyjne kanony pojmowania sprawiedliwości. Jest tych pól niemało. Niektóre zawsze były związane z kapitalizmem, inne tworzy technologia.

Rozstanie z XX wiekiem

– Zwolennicy zwrotu na lewo twierdzą, że zanim zaczniemy budować centrolewicę, należy zbudować lewicę. W przeciwnym razie mariaż związku zawodowego, aparatu z ideowymi liberałami skończy się dla grupy uchodzącej za lewicę tragicznie.
– To interesująca koncepcja, choć wydaje mi się niezbyt poważna. Taki mariaż to nieporozumienie. Po pierwsze, związki zawodowe z reguły wyznają ideologię roszczeniową, po drugie zaś, we współczesnym kapitalizmie ich wpływy i możliwość działania maleją. Związki zawodowe powinny być wsparciem dla partii lewicowych (oczywiście, jeśli same są lewicowe) i odwrotnie. Ale nie sądzę, by tak było.
Dla polskiej lewicy – czy to pokładającej nadzieje w SLD, czy w SdPl, czy w jakiejś innej strukturze – podstawowym problemem pozostaje uświadomienie sobie, że w tej części Europy konieczne jest definitywne rozstanie się z XX stuleciem, które na naszym kontynencie upłynęło również pod znakiem wielkich, masowych, rewolucyjnych demonstracji, organizowanych przez partie lewicowe: socjalistyczne, socjaldemokratyczne i komunistyczne. Ta epoka odeszła już w przeszłość. Nie sądzę, bym się mylił, stwierdzając, że większość społeczeństw naszej części Europy, a z całą pewnością większość społeczeństwa polskiego, ma poglądy umiarkowane, konsumuje dobrodziejstwa kapitalizmu, który jeszcze się u nas nie przejadł, chce żyć w spokoju i bogacić się (co oczywiście nie oznacza, że każdy marzy, by stać się milionerem). Słowem, większość plasuje się w centrum.

– Ma pan rację, mówiąc, że Polacy chcą się bogacić. Pojawia się jednak pytanie, czy racji nie miał Tocqueville, który mówił, że rewolucje wybuchają wówczas, gdy ludziom się poprawia. Tusk w kampanii rozbudził nadzieje społeczeństwa na godną płacę i godną pracę. Jednak już wiemy, że nie jest w stanie zaspokoić tych żądań. Czy nie jest to właśnie sytuacja, w której nastąpi zdecydowana walka o prawa ekonomiczne?
– Francuz był wielkim myślicielem, ale rewolucje wybuchały również tam, gdzie głód i brak jakichkolwiek perspektyw pozbawiał ludzi jakichkolwiek nadziei.
Co się tyczy rozbudzonych przez premiera Tuska nadziei, to dziwię się, że tak beztrosko wszystko obiecywał, ale to nie jest moje zmartwienie. Moim zdaniem, rewindykacje płacowe są i będą, natomiast i dziś, i jutro – co partia lewicy powinna wziąć pod uwagę – frustracje rodzące się np. na gruncie płacowym rozładowuje swoboda wędrowania Polaka po całej Europie. Polska, stając się członkiem Unii Europejskiej, podobnie jak pozostali kuzyni z tych okolic, wygrała los na loterii. Czy ktokolwiek wyobrażał sobie, dajmy na to ćwierć wieku temu, że nadejdą czasy, kiedy wyzyskiwany i poniewierany przez wieki polski chłop będzie otrzymywał pieniądze tylko za to, że uprawia ziemię?
Wracając do programowych i oczywiście realizowanych przez lewicę celów społecznych. Jeden z głównych ująłbym w formule: od mas do jednostki. Uważam, że lewica XXI w. powinna w centrum swojej działalności postawić kwestię ochrony jednostki przed państwem, które wraz z rozwojem techniki z roku na rok wzbogaca system kontroli nad obywatelem, nie rezygnując z gadaniny o wolności jednostki, o prawach człowieka. Jednostka coraz bardziej osaczona jest przez ustawy, rozporządzenia itd. By się bronić przed tym, musi korzystać z prawnika. Swojej krzywdy może dochodzić przecież nie u proboszcza, lecz w sądzie, a sądowe młyny mielą powoli. Wolnych i ważnych dla człowieka przestrzeni, w których może działać lewica, jest wiele. Aby zaznaczyć na nich swoją obecność, lewica musi uwierzyć w siebie, służbę dla narodu traktować jako posłannictwo, jako pomoc dla jednostki, a także dla małych ojczyzn.

– Pan w to wierzy, uważa, że współczesną lewicę, rozkochaną w grach parlamentarnych, w politycznych plotach, stać na taki zwrot?
– Dodam jeszcze na okrasę polityków powtarzających te same słowa i banalne prawdy w telewizji.
Wierzę do pewnego stopnia, choć sądzę, że ta pustka intelektualna, wiejąca z otchłani politycznej mizeroty, zmusi osoby kierujące partiami do stuknięcia się w łepetynę i zawrócenia z drogi, utkanej frazesami i bezmyślnością.

– Czy sądzi pan, że koncepcja centrolewicowej partii, której jest pan zwolennikiem, dająca szansę tworzenia wokół niej szerokiego ruchu, umacniającego siły postępu w Polsce, zostanie zaakceptowana przez Nową Lewicę, dziś kontestującą SLD, SdPl, a zatem wszystko, co dotyczy przeszłości?
– Nie mam pewności, wiele zależeć będzie od kierowniczych ekip obu partii. Jednakże trzeba wziąć pod uwagę, że Nowa Lewica to konglomerat poglądów, postaw itp. To przecież nie jest ideowo i politycznie jednorodne środowisko. Oczywiście, że buntownicze okrzyki młodych są uzasadnione; cóż by to byli za młodzi gniewni, którzy zakładaliby, że nosząc teczkę wpływowego polityka, mają otwartą drogę do kariery. Ale, czy to się komuś podoba, czy nie, chcę otwarcie powiedzieć, że nie jest mi po drodze i nie będzie (i nie powinno być również SLD) z tymi młodymi, którzy stosunek do przeszłości publicznie w jednym z marcowych numerów „Gazety Wyborczej” określali w taki oto sposób: jeden z nich powiedział, że z całej historii lewicy pozostawiłby tylko Daszyńskiego, drugi, że najchętniej minione 60 lat historii lewicy wrzuciłby do kosza, a w TVP usłyszałem od naczelnego redaktora „Krytyki Politycznej”, że dla niego ludzie lewicy to Jacek Kuroń, Ryszard Bugaj i ktoś jeszcze trzeci. Oczywiście, każdy może mówić, co chce, ale lekceważący czy wręcz pogardliwy stosunek do polskiej lewicy, liczącej sobie grubo ponad 100 lat, jest nie do przyjęcia przez jakąkolwiek partię uważającą się za lewicową. Aż trudno pojąć tak nihilistyczny stosunek do przeszłości. Nie jest też dla mnie zaskoczeniem, że ten typ młodego – pożal się Boże – lewicowca ocenia PRL jako tragiczne wydarzenie w dziejach Polski, bo tak rzecze IPN. Są to więc dzieci tej właśnie instytucji. Miejmy nadzieję, że są to niezbyt częste przypadki, chociaż…
A dla lewicy to jeden z przykładów, że przegrała bitwę o pamięć historyczną.

Czas polityków buchalterów

– Kto powinien być przywódcą SLD? Na kogo partia powinna postawić?
– Nazwisko? Nie wiem. Wiem, że nie może być dwóch przywódców. Kolektywne przywództwo przerabiała Jugosławia po śmierci Tity. Jak to się skończyło, wiemy. Partia potrzebuje przywódcy, który ma autorytet. Dwaj młodzi ludzie, którzy biorą się teraz za łby, mają zadatki na lidera, ale – prawdę mówiąc – obaj muszą wykonać wielką pracę intelektualną nad sobą. Muszą czytać książki, analizy, uczestniczyć w publicznych dyskusjach, mieć czas na pójście do teatru, kina itp. Czym polityk lewicowy powinien odróżniać się od prawicowego? Przede wszystkim wiedzą, umiejętnością polemiki, szerokim spojrzeniem na świat, wpisywaniem poszczególnych zjawisk w szerszy kontekst, znajomością historii. Jarosław Kaczyński pokazał, jak wielką bronią może stać się polityka historyczna. Lewica to zupełnie zaniedbała. Dla mnie jest to zadziwiające. Przecież pokolenie Kwaśniewskiego powinno z PRL wynieść zrozumienie, czym jest historia. A jeśli oni o tym zapomnieli, to nie można mieć zbyt wielkich pretensji do pokolenia Olejniczaka.

– Oparcie dużej partii na 30-latkach jest w Europie czymś unikalnym. To jest spotykane tylko w czasie rewolucji.
– To prawda, ale w roku 2005 sytuacja była tak dramatyczna, że gwałtowna zmiana była konieczna. Przy ówczesnym stopniu kompromitacji na lewicy zmiana ekipy kierowniczej była potrzebna. Czy właściwie, mądrze wykorzystali dany im czas i wielką szansę? Obawiam się, że nie, ale włączyłbym się do walki wyborczej, gdybym na miesiąc przed kongresem wystawiał im oceny. Ponieważ tylko jeden z nich dwóch zostanie przywódcą partii, miarą jego walorów osobistych, czyli osobowości, będzie jego stosunek do tego, który z nim przegrał.

– Wielokrotnie wracał pan do lat 90. Wówczas w SLD i wokół niego mieliśmy artystów, którzy potrafili współpracować i działać razem. Dzisiaj mamy rzemieślników i rozbicie organizacyjne.
– Moim zdaniem, w całej Europie mamy teraz wysyp średniaków w polityce. Minęły czasy wielkich mężów stanu. Polityków formatu Tity, Roosevelta, Churchilla, Mao Zedonga, de Gaulle’a już nie ma. Wszyscy oni byli dziećmi wielkich rewolucji, wielkiego kryzysu, świadkami i uczestnikami II wojny światowej i zimnej wojny. Gdy na oczach zdumionego świata upadł ZSRR, państwo, które w latach powojennych wspólnie z USA kontrolowało niebezpieczne ulice świata, uważałem, że chyba wyłoni się kilka nazwisk wielkiego formatu, wizjonerów, którzy zaproponują nam nowy, lepszy świat. A figę. Pojawili się politycy buchalterzy – Blair, Schröder, Chirac – którzy wpatrują się w badania opinii publicznej. Jeśli poparcie idzie w górę, to OK, jeśli maleje, trzeba coś zrobić, żeby słupek znowu się podniósł. Jak widać, wielkie wstrząsy polityczne nie zawsze obdarzają ludzkość herosami.

– W kwestiach społeczno-gospodarczych zaleca pan zbliżenie się w stronę centrum. Czy podobny kierunek proponuje pan w przypadku relacji państwo-Kościół?
– Nie, ponieważ są to dwie zasadniczo różniące się struktury, wpisane w życie społeczne Polaków; jedna przebywa w świecie abstrakcji, na drugiej zaś ciąży obowiązek zajmowania się sprawami wyłącznie ziemskimi. Lewica powinna stać na straży neutralności światopoglądowej państwa i ostrzegać przed dążeniem hierarchii kościelnej do zdobywania i umacniania swej dominacji nad codziennym życiem Polaków. Przyznaję, że SLD – wtedy, kiedy rządził, i wtedy, kiedy był w opozycji – niemrawo lub wcale nie reagował, gdy konstytucyjne zasady określające miejsce Kościoła w życiu narodowej społeczności były naruszane.
Nie jestem surowym krytykiem polityków SLD, milcząco łykających liczne przykłady pazerności kościelnej struktury, ponieważ byłem współodpowiedzialny w latach 80. za politykę państwa wobec Kościołów, a przede wszystkim wobec Kościoła rzymskokatolickiego. To ja w maju 1989 r. przedstawiłem w Sejmie tzw. ustawy kościelne. Nie byłem ich autorem, stworzyła je Komisja Wspólna, ale z przekonaniem, bez jakichkolwiek bieżących celów politycznych, przedstawiłem je posłom. Wreszcie to mój podpis widnieje pod zarządzeniem Prezesa Rady Ministrów z grudnia 1981 r., znoszącym wszystkie ograniczenia w budownictwie sakralnym.
Dla gen. Wojciecha Jaruzelskiego stosunki z hierarchią kościelną były nadzwyczaj ważne. Obliczyłem kiedyś, że w latach 80. 18 razy spotkał się z prymasem Józefem Glempem. To w tamtych latach zdarzył się incydent rzucający cień na stosunki państwo-Kościół. W pierwszej połowie lat 80. Ministerstwo Oświaty zainicjowało wydanie pierwszego podręcznika o życiu seksualnym. Biskupi wrzasnęli i… 20-tysięczny nakład poszedł na przemiał. Takie to były przejawy prześladowania Kościoła przez „komunę”, o czym po 1989 r. nieustannie mówią jego przedstawiciele. Notabene, nigdy nie usłyszałem wypowiedzi mojego krajana spod Żnina, w której brałby w obronę gen. Jaruzelskiego. A powinien to uczynić. Widocznie chrześcijańskie odruchy różny mają wyraz.
Należę do zwolenników krytycznego oglądu działalności kleru, choć uważam, że w krytyce hierarchów należy unikać elementów agitacyjnych, płaskich. Potrzebna jest powściągliwość i dobry smak. Trzeba unikać słownych fechtunków, bo…

Ile Kościoła, ile prywatności

– Tyle że to słyszymy od 20 lat. Będzie modernizacja, rozwój gospodarczy, to automatycznie przyjdzie i sekularyzacja. Dlatego nie należy atakować Kościoła. Przy czym w Polsce jest zupełnie inna tendencja. Zamiast sekularyzacji doszliśmy do stanu, w którym Kościół święci już wszystko. Czy nie jest to moment, kiedy wyraźnie trzeba powiedzieć „nie”?
– No tak, ale faktem jest, że od wejścia Polski do Unii Europejskiej Kościół katolicki znalazł się w nowej, bynajmniej nie komfortowej sytuacji. Przepływ idei, obyczajów, zachowań to walec toczący się z Zachodu na Wschód, który będzie burzył opłotki zbudowane z posłuszeństwa wieśniaka wobec proboszcza, przejedzie po nich. W tym kontekście rozumiem, dlaczego bp Pieronek, kościelny liberał, w niewybrednych słowach ruga nasze posłanki. Patrząc na Zachód, wie, czego Kościół katolicki może się spodziewać w naszym kraju. Jako ostoja wiary nie zniknie przecież, ale będzie musiał pożegnać się z pozycją Nietykalnego. Już się żegna. Czy 10-15 lat temu z taką otwartością wywlekano przed opinię publiczną wewnętrzne, nader nieprzyjemne sprawy, np. pedofilii? A któż wtedy debatowałby o tym, czy bp Głódź nadaje się na urząd metropolity gdańskiego? Pewne sprawy wewnętrznego życia Kościoła stanowiły tabu, a dziś?

– Mówimy o nowej formacji lewicowej, tej w budowie. Ona musi powiedzieć, że religia to prywatna sprawa obywateli.
– To oczywiste.

– Mówiliśmy o braku intelektualnego zaplecza lewicy. Teraz jednak sporo się zmienia w tej materii. Spór ideologiczny w środowiskach młodej lewicy jest bardzo żywy. Są odmienne poglądy na temat oceny PRL. Trwa spór, czy priorytetem powinny być sprawy pracownicze, czy tzw. obyczajowe.
– Ale czy są osoby, które zajmują się np. analizą stosunków państwo-Kościół nie z perspektywy stojącego z boku badacza akademickiego, ale ideologa lewicy?

– Tak, mamy takie osoby i w środowisku „Krytyki Politycznej”, i w miesięczniku „Le Monde diplomatique”, w kwartalniku „Bez dogmatu”, na łamach portalu Lewica.pl, czy też wrocławskiego pisma „Recykling Idei”.
– Z przyjemnością słucham tego. Mógłbym jeszcze dodać, że w kraju istnieje pewna liczba niszowych, lewicowych miesięczników, które od lat są pozostawione same sobie. Przez dwa lata zabiegałem o utworzenie stowarzyszenia prasy lewicowej i nic z tego nie wyszło. Może po kongresie ekipa, która zwycięży, zrozumie, że powinna dotrzeć do tych środowisk i połączyć swój potencjał organizacyjny z ich potencjałem intelektualnym, że jest to ważniejsze niż przelewanie z pustego w próżne. Jak widać, SLD ma co robić, by bardziej zaistnieć. Powtarzam, wpierw diagnoza, potem prognozowanie.
Moim zdaniem, ludzie odpowiedzialni za losy lewicy dziś i jutro, mają do wyboru dwie drogi. Albo przez wiele lat będziemy mieli lewicę podzieloną na grupy, na kanapy skaczące sobie do oczu, lądujące w końcu na klepisku sekciarzy, albo centrolewicę, która ma szansę walczyć w miarę szybko o władzę, ponieważ prawica, nawet ta, co zowie się centroprawicą, już utyka. A przecież to dopiero początek drogi rządowej.

Ciężar pierwszego rządu

– Tylko że czasami zbyt wczesne zdobycie władzy może mieć skutki destrukcyjne. Przykładem jest SLD w 1993 r. W efekcie nie wykonano samodzielnej pracy intelektualnej, nie dokonano samodzielnej diagnozy nowej rzeczywistości. SLD rządził w państwie, ale nad nim była władza symboliczna, mass media, które cały czas miały przekaz konserwatywno-liberalny. Pytanie, czy można iść do władzy na skróty.
– Niejeden raz wracam do tamtych lat i też uważam, że lewica za szybko zdobyła władzę. Przez to nie miała możliwości krytycznej oceny własnej przeszłości. Po drodze zaniedbano wiele kwestii, przede wszystkim zabrakło samodzielnej analizy nowej rzeczywistości społecznej. Teraz każdy przywódca SLD ponosi konsekwencje zaniedbań pokolenia, które w 1993 r., cztery lata po upadku komunizmu (to nie mój język!), doszło do władzy.
Jestem raczej umocniony w przekonaniu, że pierwszy lewicowy rząd skupił się tylko na sprawowaniu władzy. Był nią upojony. To był chyba największy grzech pokolenia Kwaśniewskiego, który – o czym warto przypomnieć – wprowadził do władz SdRP 60 swoich ludzi. Były to z reguły tęgie głowy, żadna zbieranina, ale walczący o uznanie przez zwycięzców 1989 r. Przeszłością się nie zajmowano. Zajął się nią Instytut Pamięci Narodowej, który – również za moje pieniądze – skutecznie robi pranie mózgów kolejnym rocznikom dzieci i młodzieży, a także dojrzałym obywatelom.
Pełnią szczęścia było, gdy „Gazeta Wyborcza” napisała o lewicowym rządzie coś miłego, a Monika Olejnik zaprosiła do radia czy telewizji. Wszelkie apele „Przeglądu”, „Dziś” o pracę nad ideologią zbywano milczeniem. Prawica posiada całą masę instytutów. Lewica nie ma żadnego. Jest już dość późno na poprawę tej fatalnej dla lewicy sytuacji. Były szanse, które definitywnie zaprzepaszczono. Czy w latach 90. stać było lewicę na choćby jeden solidny instytut, wpływowy dziennik czy stację radiową? Stać było.

– Czy powołując się na historię PPS, można pominąć w „lewicowej polityce historycznej” spuściznę PRL?
– PRL nie da się wymazać z historii Polski. Moje pokolenie wymiera, ale z nim nie zginie pamięć o Polsce Ludowej, choć wiele ważnych spraw to pokolenie zabierze ze sobą w zaświaty. Młoda lewica nie może prezentować stanowiska „cieszymy się, że nie żyliśmy w PRL”. Cholera mną trzęsie, gdy słyszę ich odcinających się od PRL, czyli już uległych zabiegom wymóżdżania. A jakie były osiągnięcia Polski Ludowej? Po pierwsze, zrealizowała podstawowe cele rewolucji demokratyczno-burżuazyjnej, których nie potrafiła zrealizować II RP. Po drugie, wielki kulturowy awans wsi i milionów córek i synów chłopskich. 17 mln ludzi przeszło ze wsi do miast. Po trzecie, przesunięcie Polski na zachód, mamy 90 km od granicy do Berlina. Wszystko to składa się na gigantyczny skok cywilizacyjny. Co się tyczy zachodniej granicy, to przypominam, że jesteśmy nad Odrą i Nysą Łużycką tylko dzięki komunistom. Gdyby nie ci „zdrajcy narodu”, nie byłoby nas tam.

– A ciemne strony PRL?
– Są znane i ja ich nie kwestionuję.

– Piętno stalinizmu z pewnością skaziło Polskę Ludową.
– Bez wątpienia, ale tak już ten świat jest urządzony, że czasami trzeba za postęp zapłacić wysoką cenę. W Polsce mieliśmy regularną wojnę domową. Były dwa walczące ze sobą obozy: londyński, który stał na stanowisku powrotu do Polski międzywojennej, i lubelski, reprezentowany przez bardzo szeroko pojęty obóz lewicowo-demokratyczny, opowiadający się za reformami gospodarczymi i społecznymi. A w wojnie domowej, niestety, z reguły dochodzi do łamania podstawowych praw człowieka. Popatrzmy na przykłady okrucieństwa w Wandei czy podczas wojny domowej w Hiszpanii, nie mówiąc już o Rosji. I tak Polska przeszła przez okres stalinowski mniej boleśnie niż inne kraje. Ja w 1957 r. byłem u Kadara, komunisty. Nic z tej rozmowy nie pamiętam, tylko odrastające paznokcie, które mu w śledztwie wyrywano. Śledczy oprawcy też byli komunistami. A niedawna wojna na Bałkanach?

– Inwigilacja społeczeństwa, potęga SB?
– Podsłuchy są przekleństwem naszych czasów. Jeśli mnie pamięć nie zawodzi, to w demokratycznej Polsce odbył się niedawno festiwal oskarżeń o podsłuchy. W 1989 r. byłem na 40-leciu NRD. Wojciech Jaruzelski i ja byliśmy umówieni z Michaiłem Gorbaczowem. Wpadł zdyszany, bo spóźnił się
15 minut. Mówił, że spotkał się z towarzyszami NRD-owskimi, że mają wspaniałe plany, bo wiecie… Nagle umilkł i wykonał ruch rękami, wskazując na ściany, i zmienił temat. On, przywódca supermocarstwa, w państwie satelickim wiedział, że jest podsłuch. Tak było, jest i będzie. Nie wierzę, że można kontrolować służby specjalne do najdrobniejszych szczegółów, a jeśli chodzi o wszechwładzę służb specjalnych, zachęcam do przeczytania choćby jednej książki o FBI i jego wieloletnim szefie Edgarze Hooverze. Napisałem kiedyś, że SB była państwem w państwie. Obrażono się na mnie. Ale można władzę służb ograniczać, jak uczynił to gen. Jaruzelski, który na czele MSW postawił wojskowego, Czesława Kiszczaka.

Więźniowie dogmatów

– Co z tradycji PRL powinno czerpać młode pokolenie?
– Przede wszystkim powinni szanować nurt reformatorski. Pamiętać o dorobku „Po prostu”, „Polityki”, krakowskiej „Kuźnicy”. Mówiąc o nurcie reformatorskim, do którego należałem, nie mogę nie pokusić się o pewną refleksję. Moim zdaniem, zaprzepaściliśmy szansę dokonania zmiany kursu partii w odpowiednim czasie. Była duża grupa ludzi reformatorsko myślących, świadomych słabości systemu. Nawet wśród pierwszych sekretarzy, np. dziadek Artura Hebdy, Mietek Hebda, był jednym z nich. Niestety, obóz reformatorski w PZPR nigdy nie miał większości. Byliśmy także więźniami kilku dogmatów, np. o jedności partii, o jej przewodniej roli, o szkodliwości frakcji itp. Jednakże, gdy w „Przeglądzie” Zbigniew Siemiątkowski mówi o Ruchu 8 Lipca, nie mogę nie przypomnieć, że ten ruch powstał już na samym końcu istnienia PZPR i o wielu jego członkach usłyszałem dość późno. Ale drożdże rosły i nastąpił dzień przesilenia.

– A jak pan premier ocenia Polską transformację?
– Ja miałem wówczas inną koncepcję przejścia do nowego systemu, którego nie nazywałem zresztą kapitalistycznym. Po głowie chodziła mi teoria konwergencji systemów. Jednak zmiany gospodarcze były konieczne. Już w latach 60. system centralnego planowania się wypalił. On był potrzebny, bardzo potrzebny, ale w latach 50. Potem trzeba było szukać nowych rozwiązań, ewolucyjnych zmian. W ich efekcie na pewno nastąpiłoby rozwarstwienie społeczeństwa. Ale na pewno byłoby mniej ofiar, mniej ludzi zbędnych niż w wyniku działań Balcerowicza. Uważam, że wielkim błędem było przyjęcie przez niego drogi na skróty. Społeczeństwo powinno mieć prawo decydować o losach polskiego przemysłu. Balcerowicz im to prawo odebrał. Winię za to również lewicę, ale przede wszystkim jądro intelektualne opozycji demokratycznej. Która skądinąd nas oszukała. Bo mówiła nam, że jest opozycją demokratyczną. To ułatwiało zbliżenie. Ale jak nas odsunęli od władzy, to nazwali się nie opozycją demokratyczną, ale antykomunistyczną.

– Co nie podoba się panu w Polsce po 1989 r.?
– Można by długo na ten temat rozprawiać, ale z całą pewnością wręcz poraża mnie niemal urzędowa rusofobia. Polski udział w polityce okrążania Rosji, którą zresztą popiera również SLD, uważam za awanturnictwo. Nie mogę pojąć, dlaczego mogliśmy pojednać się z Niemcami, a z Rosjanami musimy drzeć koty. Co, u diabła, umacnia nad Wisłą poczucie misji cywilizacyjnej, jaką ponoć mamy do odegrania na wschód od Bugu po Ocean Spokojny? Uważam za niekorzystne dla Polski powielanie westchnień, że utraciliśmy kresy. Wzdychając za nimi, gloryfikując je, skłaniamy do przemyśleń np. radykalnych Niemców, którzy kiedyś mogą powiedzieć, że utracone ziemie za Odrą nie mogą wiecznie należeć do Polski, bo sto lat temu Adolf Hitler wywołał wojnę. Tak może się stać, jeśli nie będziemy dbać o politykę wobec Rosji i Niemiec, opartą na zaufaniu między sąsiadami. Rok temu byliśmy blisko uczynienia z Niemców odwiecznych wrogów. Taka opinia snuła się po kątach polityki zagranicznej realizowanej przez rząd Jarosława Kaczyńskiego.
Krzewienie niechęci, przechodzącej we wrogość, wobec udręczonego przez stalinowskich oprawców wielkiego narodu rosyjskiego oraz traktowanie Niemców jako czyhających na mazurskie ziemie to głupota zrodzona z paranoi. De Gaulle powiedział kiedyś: „Układy są jak róże, z upływem czasu więdną”. Natomiast sporo mówił o przyjaźni między narodami.

Mieczysław F. Rakowski – wieloletni redaktor naczelny „Polityki”, premier rządu w latach 1988-1989, ostatni I sekretarz PZPR, od 18 lat redaktor naczelny miesięcznika „Dziś”.

 

Wydanie: 19/2008

Kategorie: Wywiady

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy