Z prosiakiem jak z dzieckiem

Z prosiakiem jak z dzieckiem

Wielu polskich hodowców spełnia już wymogi unijne. Brakuje im tylko certyfikatów uznawanych w całej UE

– Ja w zasadzie mogę powiedzieć, że do Unii Europejskiej już wszedłem – twierdzi Janusz Linka, właściciel zarodowej hodowli trzody chlewnej z Szadka. – Jestem rolnikiem z małej wsi, widzi pan, parę domów i już las. Wiadomo, że trzeba pracować, jak należy. Jeśli chcemy dorównać Unii, musimy spełnić niezbędne wymagania, nie takie zresztą straszne.
Pan Janusz wraz z żoną Ewą oprócz hodowli zarodowej zajmują się produkcją nasienną warzyw oraz zbóż. – Na całym świecie w hodowli trzody są górki i dołki. Żeby nie dać się biedzie, trzeba mieć dodatkowy kierunek. W razie kłopotów przełożyć pieniądze z jednego działu do drugiego. Stąd te warzywa i zboże. Od kilkunastu lat kierunkiem dominującym jest jednak trzoda chlewna – tłumaczy.

Polskie rasy się sprawdziły

W zadbanym gospodarstwie państwa Linków przywitały nas kwitnące kwiaty. Na każdym kroku widać pracę gospodarzy. – Staramy się – uśmiecha się Ewa Linka. Świetnie zorientowana, widać, że jest prawą ręką męża.
– Nie wyobrażam sobie, żebym czegoś nie wiedziała. Kiedy mąż był w szpitalu, sama musiałam dać sobie radę.
Ich ferma istnieje blisko 20 lat. – Kiedyś hodowlą zarodową zajmowały się instytucje państwowe. Po upadku PGR-ów i spółdzielni rolniczych zezwolono na taką działalność rolnikom indywidualnym. Mąż pracował przy bydle, znał mechanizmy i procedury. Postanowiliśmy spróbować. Na początku nie było łatwo. Dużo się uczyliśmy, czytaliśmy specjalistyczne książki i publikacje. Jeździliśmy ze szkolenia na szkolenie. Interesowały nas szczegóły i konkrety. Ludzie często łapali się za głowy, drwili – wspomina pani Ewa.
Od ponad 10 lat prowadzą dwa stada zarodowe świń ras wielkiej białej polskiej i polskiej białej zwisłouchej. Stała praca hodowlana nad doskonaleniem cech użytkowych przyniosła świetne wyniki. Stado podstawowe liczy prawie 200 sztuk. Każda locha z chlewni zarodowej daje ponad dwa mioty w roku. Z jednego odchowuje się ponad 11 prosiąt.
Gospodarstwo stanowi zaplecze hodowlane dla innych chlewni zarodowych i towarowych. Produkuje rocznie tysiąc loszek oraz 400 knurków. W celu poprawy cech składających się na użytkowość trzody właściciele doskonalą rasy krajowe materiałem sprowadzanym z krajów skandynawskich oraz Anglii.
– Aby nasi producenci osiągali lepszą mięsność świń, trzeba maksymalnie podnieść poziom polskiej hodowli zarodowej – podkreślają właściciele. Z Zachodu importują też specjalną zapachową paszę.
– Umiejętność żywienia jest bardzo ważna, szczególnie w przypadku małych prosiąt. Trzeba postępować tak jak z dzieckiem – podkreśla Janusz Linka.
Nie uważa, że wyśmiewane niekiedy zabawki dla świń to irracjonalny wymysł urzędników UE. – Sami rzucamy młodym prosiakom plastikowe butelki. Kiedyś dochodziło w stadzie do kanibalizmu. Zabawki temu zapobiegają – mówi.

Nie jesteśmy gorsi

Janusz Linka bywał w krajach Unii, obserwował pracę tamtejszych hodowców. – Nie ma w zasadzie żadnych różnic między naszą chlewnią a unijnymi. Nie musimy się niczego obawiać. Niech oni nas się boją.
Jego zdaniem, najgorsza będzie biurokracja. – Pojawi się ogromna dokumentacja, z produkcji w gospodarstwie odejdzie jedna osoba, która zajmie się sprawami papierkowymi. Po wejściu do Unii wielu rolników będzie musiało się uczyć.
Mimo doskonałych wyników Linkowie uczą się cały czas, uczestnicząc w wielu kursach gminnych i centralnych. – Szkoleń jest jednak ciągle za mało – mówią zgodnie.
Podkreślają, że ich hodowla spełnia wszystkie wymagania.
– Cieszę się, że po wejściu do Unii uzyskamy te same certyfikaty, które obowiązują na Zachodzie. Dzięki temu będziemy mogli wejść na rynek unijny. Brakuje tylko dokumentu, bo materiał mamy taki sam, a nawet lepszy. Nie musimy już niczego modernizować, poprzeczkę i tak podnieśliśmy bardzo wysoko. W przypadku fermy zarodowej stałe powiększanie produkcji jest nawet niewskazane. Tu nie chodzi o ilość, ale o jakość – twierdzą.
Nie są zwolennikami gospodarstw wielkotowarowych. – W naszej gminie jest gospodarstwo 10-12-hektarowe, jak na wymagania unijne stosunkowo niewielkie, zajmujące się produkcją nasion kwiatów. I jest jednym z najbogatszych w całym regionie.

Świnka z indeksem

Państwa Linków interesuje tylko wybitny materiał hodowlany. 21 dni po urodzeniu dokonują pierwszej selekcji. Słabe sztuki oddzielają i sprzedają na rzeź, loszki i knurki trzymają do piątego miesiąca. – Przyjeżdżają wtedy przedstawiciele Związku Hodowców i Producentów. Elektronicznymi urządzeniami oceniamy dzienny przyrost, ilość mięsa, polędwicy, grubość słoniny i wielkość oka. Po zakończeniu badania każda sztuka dostaje indeks z oceną wartości. Nasze świnki uzyskują powyżej 160 punktów, czyli bardzo wysokie noty. A nie każdy wie, czego od świni wymaga – uśmiecha się hodowca.
O praktycznej obecności jego chlewni w Unii świadczy system znakowania zwierząt IACS. Od ponad trzech lat gospodarstwo uczestniczy też w europejskim systemie oceny Blup. – Na podstawie potomstwa w całej Polsce oceniamy, co dana sztuka przekazała stadu, jak się sprawdza potomstwo w innych warunkach i chlewniach – wyjaśnia Ewa Linka.
Na stałe w chlewni zatrudniony jest tylko jeden pracownik. Wymogi higieniczne są bardzo surowe. Specjalne buty, ubranie, gąbki do dezynfekcji. Bez tego nikt nie ma wstępu do chlewni. – Tylko prezydent Kwaśniewski dostał specjalną przepustkę – żartuje pani Ewa. (W 1999 r. Linkowie otrzymali Nagrodę Gospodarczą Prezydenta RP).

Zobaczycie, że się uda

Odbiorcami trzody z hodowli Linków są stacje unasienniania w całej Polsce. – Nie ma w kraju stacji, która nie miałaby naszych egzemplarzy – podkreślają. Niechętnie mówią o opłacalności. – Problem polega na tym, że nigdy nie wiemy, jakie będa zbyt i cena. Mamy nadzieję, że po wejściu do UE to się zmieni. Knur z naszej hodowli z dobrym indeksem i oceną w systemie Blup może kosztować nawet 3 tys. zł. Ale bez Blupu jego wartość wyniesie tylko 500 zł. Teraz pan rozumie, jak ważne jest świadectwo jakości – tłumaczy Janusz Linka
– Nam się powiodło, uda się też innym rolnikom. Najważniejsze, aby zmieniła się ich mentalność – mówi Ewa Linka. – Nasi rolnicy muszą zdać sobie sprawę, że mogą produkować tylko to, co wskaże konsument.

Wydanie: 20/2003

Kategorie: Kraj
Tagi: Tomasz Sygut

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy