Niech policzą nasze trupy

Niech policzą nasze trupy

Akt psychicznego egoizmu, przedsięwzięcie karygodnie lekkomyślne – elity intelektualne o powstaniu warszawskim

Powstanie warszawskie było największą obok kampanii wrześniowej polską klęską podczas II wojny światowej. Zginęło w nim ok. 17 tys. powstańców oraz 150-200 tys. cywilów. Do tego trzeba dodać warszawiaków wywiezionych do niemieckich obozów koncentracyjnych – 55 tys., z których przynajmniej połowa nie dożyła końca wojny. Nie znamy i prawdopodobnie nigdy nie poznamy dokładnej liczby tych spośród 600 tys. cywilów wypędzonych z Warszawy, którzy zginęli w wojennej poniewierce. Straty materialne poniesione w wyniku powstania przez Warszawę oszacowano w 2004 r. na co najmniej 45,3 mld dol. amerykańskich.

Przeciwnikiem powstania w Warszawie był m.in. dowódca 2. Korpusu Polskiego gen. Władysław Anders. W liście do ppłk. Mariana Dorotycza-Malewicza „Hańczy” z 31 sierpnia 1944 r. nie szczędził ostrej krytyki dowództwu AK: „Byłem całkowicie zaskoczony wybuchem powstania w Warszawie. Uważam to za największe nieszczęście w naszej obecnej sytuacji. Nie miało ono najmniejszych szans powodzenia, a naraziło nie tylko naszą stolicę, ale i tę część Kraju, będącą pod okupacją niemiecką, na nowe straszliwe represje. (…) Powstanie w ogóle nie tylko nie miało żadnego sensu, ale było nawet zbrodnią”.

Rację gen. Andersowi przyznał po latach emigracyjny historyk prof. Jan Ciechanowski, (1930-2016), autor opracowań naukowych o powstaniu warszawskim krytycznych wobec dowództwa AK. Sam Ciechanowski walczył w powstaniu i został dwukrotnie ranny. Pod koniec życia wspominał, że matki krzyczały do żołnierzy Armii Krajowej: „Ty morderco naszych dzieci!”. „Tak naprawdę do wybuchu przez swoje naciski doprowadził gen. Okulicki, który chciał, abyśmy zajęli Warszawę. Ale myśmy jej zdobyć nie mogli! Mój pluton, który miał nacierać na Sejm, posiadał 7 pistoletów, 3 karabiny i 40 granatów na 40 ludzi”, tłumaczył Ciechanowski.

Nieprzygotowanie militarne i polityczne podjętej przez AK walki o stolicę oraz wynikające z tego skutki dostrzegli także ludzie ówczesnej elity intelektualnej. Niektórzy zdobyli się na wyrażenie ostrej krytyki, pretensji, osobistego bólu. Ich świadectwo – wydane zarówno w czasie powstania, jak i po wojnie – przeczy współczesnej oficjalnej narracji o powstaniu warszawskim, która w najbardziej skrajnej wersji przedstawia je jako wielkie zwycięstwo moralne.

Wstrząsającą wymowę ma oskarżenie pod adresem dowództwa AK sformułowane przez poetkę Annę Świrszczyńską (1909-1984), uczestniczącą w powstaniu jako sanitariuszka. W jej wierszu „Żołnierz mówi do generała” pojawia się obraz żołnierza AK, który wzywa generała, żeby razem wykonali rozkaz zdobycia pięściami karabinów i armat.

Tomasz Łubieński w wydanym po raz pierwszy w 2004 r. eseju „Ani tryumf, ani zgon. Szkice o Powstaniu Warszawskim” tak wyjaśnił motyw tego wiersza: „Dowódcy Powstania (gen. Antoniemu Chruścielowi „Monterowi”– uzup. BP) przypisywane są słowa wypowiedziane na jakiejś odprawie, które brzmią nieprawdopodobnie w ustach wojskowego: »Musicie sobie zdobyć broń, idąc nawet z kijami i pałkami, a ci, którzy są do tego niezdolni, pójdą pod sąd«. Odpowiedziała, może to nawet osobiście »Monterowi«, uczestniczka Powstania poetka Anna Świrszczyńska. W tomiku wierszy »Budowałam barykadę« jest bowiem taki fragment: »Generale, chodźmy gołymi pięściami zdobywać karabiny maszynowe i armaty«. Dowództwo Powstania, które popełniło tak wiele błędów, mogłoby, zachowując żołnierską twardość, przemawiać bardziej po ludzku, spuścić z tonu”.

Czytelne oskarżenie zawiera też wiersz Świrszczyńskiej „Niech liczą trupy”:

Ci co wydali pierwszy rozkaz do walki
niech policzą teraz nasze trupy.
Niech pójdą przez ulice
których nie ma
przez miasto
którego nie ma
niech liczą przez tygodnie przez miesiące
niech liczą aż do śmierci
nasze trupy.

Z tym wierszem koresponduje inna refleksja Tomasza Łubieńskiego, który uznał za smutne to, że dowódcy powstania aż do śmierci „nie dopuścili do siebie żadnej samokrytycznej refleksji, jakiegoś prywatnego pytania, czy jednak mieli dość racji, robiąc Powstanie. Pozostali do końca, mówiąc romantycznie aż po grób, wierni swojej decyzji, mimo że pomyłka w rachubach czy nadzieja okazała się druzgocąca. Mało że się pomylili, to jeszcze z wierności swojej pomyłce uczynili swój święty obowiązek”.

Ogrom cierpień walczącej stolicy realistycznie oddaje notatnik prowadzony podczas powstania przez 80-letnią Marię Rodziewiczównę (1864-1944), która zmarła miesiąc po kapitulacji Warszawy. Pod datą 25 sierpnia 1944 r. czytamy: „Stare Miasto zburzone i spalone, ale trwa AK w ruinach”. Natomiast pod datą 17 września 1944 r. pisarka informuje: „Warszawa bez kropli wody – po gardło w kale i moczu, i w plwocinach”.

„Jakaś kobieta ciężko ranna dwa tygodnie leżała w piwnicy, odżywiając się olejem i wodą. Kiedy jej dano coś do zjedzenia, zwymiotowała i zaraz umarła”, odnotował z kolei 27 września 1944 r. pisarz i dziennikarz Eugeniusz Szermentowski (właśc. Schummer, 1904-1970). Wspomniał też o szokujących okrucieństwem zbrodniach formacji kolaboracyjnej Bronisława Kamińskiego, zwanego „katem Ochoty”.

Pisarka Larysa Zajączkowska-Mitznerowa (1918-1987) – politycznie związana z PPS – wybuch powstania powitała z entuzjazmem: „Dziś się rozpoczęło. Przyszło to, o czym się marzyło (…)”. Ale to jedyny tak optymistyczny zapis w jej diariuszu. Potem z każdym dniem jest tylko gorzej. Nie ma prądu ani wody. Ludność cywilna jest barbarzyńsko masakrowana przez Niemców. Ci, którzy nie zginą z ręki wroga – umierają na tyfus, grypę i czerwonkę. Albo po prostu z głodu. Wszędzie śmierdzą rowy kloaczne.

Leopold Buczkowski (1905-1989) – prozaik, poeta, artysta grafik i rzeźbiarz oraz żołnierz powstania – także nie cofał się przed krytyką dowództwa AK za wydanie rozkazu walki. Poszedł nawet dalej i w swoim dzienniku, zatytułowanym „Powstanie na Żoliborzu”, nie szczędził słów potępienia aliantom zachodnim oraz papieżowi. Pisał z irytacją: „Co autorytety na to? Co znaczy papież? Co znaczy każdy inny autorytet? Gówno – wszystko zbombardowane – mordują masowo Polaków od granicy wschodniej po zachodnią. Co to się dzieje? Czy to nie granda międzynarodowa? Dlaczego dopiero teraz zastanawiają się, czy uznać AK za kombatantów? (…) Porównaj wysiłek naszego chłopca z AK – drobnego, niedożywionego przez 5 lat, z pistoletem, pełniącego służbę bojową 20 kilka dni bez odpoczynku? A żołnierz brytyjski? A inny? Nie bądźcie świniami szanowni panowie! Zbłaźnicie się historycznie!”.

Zaskakująco odmiennie na kwestie polityczne patrzyła w zapiskach z tego okresu Maria Dąbrowska (1889-1965). Jej oceny były niemal zbieżne ze stanowiskiem dowództwa AK. Tak jak generałowie AK nie życzyła sobie 27 lipca 1944 r. wyzwolenia Warszawy przez Armię Czerwoną: „Przechodząc Alejami Jerozolimskimi, musiałam długo czekać, aby móc przejść przez jezdnię, gdyż wojsko i armaty szły bez końca na Pragę, znów tak jak w 1941 r. – na wschód. Podobno Niemcy pchnęli na front warszawski nowe 10 dywizji. O losie nasz tragiczny, że musimy to słyszeć z ulgą – i raczej się z tego cieszyć. Myśl o inwazji bolszewickiej jest najzupełniejszym koszmarem”.

Dwa ostatnie zdania szokują, ale jeszcze bardziej szokująca jest informacja zawarta w zacytowanym fragmencie „Dzienników” wielkiej polskiej pisarki. Skoro nawet Maria Dąbrowska potrafiła pod koniec lipca 1944 r. zauważyć, że Niemcy opanowali początkową panikę i ściągnęli do Warszawy świeże siły, jak to się stało, że nie zauważyła tego generalicja AK, wydając rozkaz walki w najmniej sprzyjającym momencie?

Kiedy jednak koszmarem stało się rozpoczęte w Warszawie powstanie, mające przecież w intencji jego inicjatorów nie dopuścić właśnie do „inwazji bolszewickiej”, Dąbrowska – tak jak dowództwo AK – zaczęła wyrażać pretensje pod adresem Stalina, że do owej „inwazji” nie doszło. Pisała: „Wszyscy komentują łajdacką postawę Moskali, którzy umyślnie zatrzymali swoje wejście do Warszawy, aby Niemcy mogli nas grzebać. Ich lotnictwo, które nas tak przedtem nękało terrorystycznymi nalotami, męczącymi całe dzielnice, nie przyszło nam z pomocą. Ani jeden samolot sowiecki od wybuchu powstania nie pojawił się nad miastem. Zapewne Stalin używa tego jako atutu wobec Mikołajczyka”.

Niektórzy uczestnicy i świadkowie powstania warszawskiego z kręgu elit intelektualnych pokusili się o jego głębszą analizę polityczną. Pisarz i krytyk sztuki Zbigniew Florczak (1923-2005) – w 1944 r. żołnierz powstania – na łamach londyńskich „Wiadomości” w 1947 r. postawił tezę, że do powstania nie należało dopuścić zarówno ze względów politycznych, jak i wojskowych. Jego zdaniem „błąd był w intencji samej, a błędy wykonania były jedynie konsekwentną zemstą wypadków, tak lekkomyślnie sprowokowanych”. Swoje rozważania zakończył oskarżeniem: „Kiedy się ogarnia wspomnieniem tę gigantyczną improwizację, przychodzi na myśl, że była ona śmiertelną zniewagą i nadużyciem zaufania całego kraju, pogrążonego od pięciu lat w konspiracji. Bo Kraj wierzył w dokładny, cudownie precyzyjny jak mechanizm zegarka plan akcji i miał prawo w taki plan wierzyć”.

Uczestnikiem powstania, podczas którego został ranny, był również Stefan Kisielewski (1911-1991), pisarz i publicysta, który w PRL nie ukrywał niechęci do panującego ustroju. Po raz pierwszy Kisielewski ocenił powstanie we wrześniu 1945 r. na łamach „Tygodnika Powszechnego”: „Powstanie warszawskie nie było aktem dojrzałej męskości: było aktem zniecierpliwienia, młodzieńczej niepowściągliwości. I dlatego przyniosło szkodę podstawowemu aksjomatowi patriotyzmu, jakim jest – istnienie narodu ponad wszystko. Walka o honor kosztem 30% polskiego potencjału kulturalnego i gospodarczego była poniekąd aktem psychicznego egoizmu, krótkowzroczności, nieopanowania i – nieprzemyślenia”. Po raz drugi Kisielewski wrócił do tego tematu w 1949 r. Napisał wówczas w „Tygodniku Powszechnym”: „Istotą myśli politycznej, jaka stała u założeń powstania warszawskiego, była próba realizowania – niemożliwości. (…) Jeśli polityka jest realizowaniem możliwości, to w założeniach powstania warszawskiego polityki nie było: był to czyn – antypolityczny, antykonstruktywny, jałowy, niszczycielski gest, to na pewno nie jest polityka”.

Podobnie krytyczną ocenę sformułował Jan Dobraczyński (1910–1994), pisarz i działacz polityczny związany przed wojną i podczas wojny ze Stronnictwem Narodowym, a w Polsce Ludowej ze Stowarzyszeniem PAX, oficer AK i uczestnik powstania. W artykule „List do nieobecnego”, opublikowanym w sierpniu 1947 r. na łamach tygodnika PAX „Dziś i Jutro”, pisał: „Wiedzieliśmy, że stoimy wobec czegoś, co pachnie tragedią (…). Nie to było grzechem organizatorów powstań, że »mierzyli siły na zamiary«, ale to, że zamiary ich nie były mądre, a właściwie nawet, że zapytani o swe zamiary, nie umieli dać odpowiedzi, bo nie wiedzieli dobrze, do czego dążą”.

Czesław Miłosz (1911-2004) nie uczestniczył w powstaniu warszawskim, ale był jego bezpośrednim świadkiem. W eseju biograficznym „Rodzinna Europa” (Paryż 1958) dał bardzo osobistą i zarazem jedną z najbardziej wstrząsających ocen powstania, za którą był wielokrotnie krytykowany: „Powstanie było przedsięwzięciem karygodnie lekkomyślnym, jakkolwiek dwieście tysięcy trupów zawsze waży na szali i nie da się odgadnąć, jak legenda, przekształcając się, działa w ciągu następnych dziesięcioleci i stuleci. Być może, gdyby mi dano sposób, wysadziłbym ten kraj w powietrze, żeby matki nie opłakiwały już zabitych na barykadach siedemnastoletnich synów i córek (…). Bo jest gatunek litości, którego nie można udźwignąć, i wtedy wysadza się jej przedmiot w powietrze przynajmniej subiektywnie, tj. owłada nami jedno jedyne pragnienie: żeby nie patrzeć”.

Krytyków powstania warszawskiego nie zabrakło również wśród tych intelektualistów, którzy byli nie uczestnikami lub bezpośrednimi jego świadkami, ale zewnętrznymi obserwatorami.

Pisarz i historyk Paweł Jasienica (właśc. Leon Lech Beynar, 1909-1970) uczestniczył w lipcu 1944 r. jako oficer AK w operacji „Ostra Brama” – wystąpieniu bliźniaczo podobnym do powstania warszawskiego – nazywanym też czasem powstaniem wileńskim. Po wojnie krótko walczył w partyzantce antykomunistycznej. Następnie zabiegał o wyjście młodych ludzi z podziemia i w swojej publicystyce zwalczał u Polaków romantyczne podejście do rzeczywistości. W tym właśnie duchu sformułował w 1949 r. na łamach „Tygodnika Powszechnego” negatywną i wymowną opinię o zrywie powstańczym w Warszawie: „Jakżeby inaczej wyglądało dziś życie w Polsce, gdyby nie warszawskie cmentarzysko. Nie ma takiej dziedziny życia narodowego, która by tego ciężaru nie czuła. Powstanie warszawskie było wymierzone militarnie przeciwko Niemcom, politycznie przeciwko Sowietom, demonstracyjnie przeciw Anglosasom, a faktycznie przeciw Polsce”.

Publicysta, dyplomata i polityk Ignacy Matuszewski (1891-1946) – politycznie związany z obozem piłsudczykowskim – w artykule opublikowanym 1 sierpnia 1946 r. (dwa dni przed śmiercią) na łamach wychodzącego w Detroit „Dziennika Polskiego” jako jeden z pierwszych dokonał rozróżnienia pomiędzy heroizmem walczącej Warszawy a przywódcami, którzy spowodowali klęskę. „Wszystko, co w powstaniu było zwycięstwem, jest tryumfem tych, co w murach Warszawy walczyli. Wszystko, co w powstaniu warszawskim jest klęską, spada odpowiedzialnością na tych, co z daleka powstańcom kazali iść ku zgubie”, pisał.

Pisarz i eseista Andrzej Bobkowski (1913-1961) w eseju biograficznym „Szkice piórkiem (Francja 1940–1944)” wydanym w 1957 r. przez Instytut Literacki w Paryżu także nie szczędził gorzkich uwag: „Boję się wymówić słowo »bezsens«, ale samo podsuwa się na każdym kroku, gdy o tym myślę. Drugie słowo, którego się boję, a które też ciągle brzęczy w głowie, to »prowokacja«. Na czyj rozkaz i po co Warszawa zerwała się do walki? Największe bohaterstwo, gdy jest bezcelowe, budzi gorzkie politowanie i nic więcej. Mówi się o nim jak o bohaterstwie szaleńca, który rzuca się pod pociąg, by go zatrzymać”.

Krytycznie do powstania odnosił się twórca paryskiej „Kultury” Jerzy Giedroyc (1906-2000). W 1944 r. – jako żołnierz 2. Korpusu Polskiego – uznał zryw powstańczy w Warszawie za „katastrofę pogłębiającą beznadziejną sytuację Polski”. Na łamach paryskiej „Kultury” została w 1951 r. opublikowana recenzja książki gen. Tadeusza Bora-Komorowskiego „Armia Podziemna” oraz trzeciego tomu wydawnictwa „Polskie Siły Zbrojne w drugiej wojnie światowej”. Jej autor Tadeusz Sołowij wyraził się następująco: „Decyzję powstania podjęli w Kraju i Londynie ludzie karmiący się złudzeniami, niemającymi żadnego pokrycia w ówczesnej sytuacji międzynarodowej. Wykonano ją w momencie, który przesądził z góry o klęsce planu, któremu powstanie miało służyć”.

Do powstania warszawskiego zaraz po wojnie odniósł się pisarz Stanisław Cat-Mackiewicz (1896-1966), jeden z najbardziej znanych publicystów emigracyjnych występujących z pozycji realizmu politycznego. W opublikowanym w 1945 r. eseju „Lata nadziei. 17 września 1939 – 5 lipca 1945” nie szczędził słów krytyki rządowi londyńskiemu i dowództwu AK: „(…) ostatecznie nie byłoby powstania Warszawy, gdyby nasz rząd i nasze władze wojskowe w Londynie i w Warszawie nie chciały tego powstania. W tej sprawie nie ma winnego, są tylko winni i współwinni”.

Krytykę powstania z pozycji realizmu politycznego uprawiali po wojnie również liczni autorzy o orientacji endeckiej. Wśród nich polityk i pisarz Jędrzej Giertych (1903-1992). W wydanej w 1986 r. w Londynie książce „Tysiąc lat historii polskiego narodu” Giertych postrzegał powstanie warszawskie jako dzieło ludzi będących „wyznawcami ideologii powstańczej, wedle której, w imię irracjonalnych wyobrażeń i uczuć, każde pokolenie polskie powinno ozdobić swoje życie zrobieniem powstania”. Zwrócił uwagę, że powstaniu „były przeciwne zarówno kierownicze czynniki polityczne i rządowe polskie w Londynie, jak przeważna część patriotycznego społeczeństwa w kraju, rozumiejąca, że powstanie to żadnego pożytku Polsce nie przyniesie”. Argumentował, że podjęcie walki w stolicy „przyniosło tylko polityczną szkodę. Gdyby się Warszawa, objęta powstaniem, doczekała przybycia armii sowieckiej – co było nadzieją złudną – armia ta potrafiłaby rządy powstańcze w Warszawie skutecznie obezwładnić i usunąć”. Umiał też dostrzec, że „Warszawa została po wojnie odbudowana. Jest wielką zasługą tych, co Polską od 1945 r. rządzili, że się na to wielkie dzieło zdobyli”.

Z powyższymi opiniami współbrzmią współcześnie oceny filozofa prof. Bogusława Wolniewicza (1927-2017), które sformułował pod koniec życia: „Powstanie Warszawskie to była straszliwa katastrofa, którą przywódcy polscy – ci na emigracji i ci w kraju – ściągnęli na własny naród. 30 lipca Mikołajczyk przybył do Moskwy na rozmowy ze Stalinem. Uroił sobie, że mając w Warszawie zwycięskie powstanie, będzie mógł z nim rozmawiać z pozycji siły. Sosnkowski, wódz naczelny, tchórzliwie zrobił unik i pojechał na inspekcję do Włoch, jakby to wtedy była sprawa najpilniejsza. Decyzję co do wybuchu zwalili na Komorowskiego, Jankowskiego, Pełczyńskiego i Okulickiego, a ci rozumem nie błysnęli – ani politycznym, ani strategicznym, ani żadnym innym”.

Wspomniany Tomasz Łubieński wyraził pogląd, że klęska powstania „zwiększyła groźbę zamienienia Polski w 17. republikę (gdyby taki plan miał być urzeczywistniony). Upływ najlepszej krwi osłabił wolę świadomego oporu”.

W ostatniej dekadzie do krytyków powstania warszawskiego dołączyli niektórzy prawicowi publicyści i historycy, znani z radykalnego antykomunizmu i krzewienia mitu „żołnierzy wyklętych”. Autorzy ci – posiłkując się krytyką powstania warszawskiego z pozycji realizmu politycznego – kreują jednocześnie mit powojennego „powstania antykomunistycznego”, politycznie przecież bardziej nierealistycznego niż zryw w stolicy z sierpnia 1944 r. W ich narracji AK staje się powoli formacją mniej liczną niż „żołnierze wyklęci” i niewygodną politycznie, ponieważ walczącą z Niemcami, a nie z ZSRR i komunizmem. Trudno oprzeć się refleksji, że historia w Polsce nie uczy życia ani myślenia politycznego ludzi aspirujących do bycia elitą polityczną.

Literatura
Stanisław Cat-Mackiewicz, Lata nadziei. 17 września 1939 – 5 lipca 1945, Kraków 2012.
Ciołkoszowa: powstańcze obrachunki, „Krytyka Polityczna”, www.krytykapolityczna.pl, 11 sierpnia 2013.
Maria Dąbrowska, Dzienniki 1914-1965, t. 5 (1942-1947), Warszawa 2009.
Jan Engelgard, Maciej Motas (red.), W imię czego ta ofiara? Obóz Narodowy wobec Powstania Warszawskiego, wyd. II, Warszawa 2017.
Tomasz Łubieński, Ani tryumf, ani zgon. Szkice o Powstaniu Warszawskim, Warszawa 2009.
Zuzanna Pasiewicz (oprac.), Dzienniki z Powstania Warszawskiego, Warszawa 2004.
Odpowiedzialni za Powstanie powinni byli stanąć przed sądem wojennym. Z prof. Bogusławem Wolniewiczem rozmawiają Rafał Pazio i Tomasz Sommer, www.nczas.com, 1 sierpnia 2014.
Anna Świrszczyńska, Budowałam barykadę, Warszawa 1974.


Anna Świrszczyńska: Generale, chodźmy gołymi pięściami zdobywać karabiny maszynowe i armaty.

Tomasz Łubieński: Dowódcy powstania aż do śmierci nie dopuścili do siebie żadnej samokrytycznej refleksji.

Maria Rodziewiczówna: Warszawa bez kropli wody – po gardło w kale i moczu, i w plwocinach.

Larysa Zajączkowska-Mitznerowa: Ludność cywilna jest barbarzyńsko masakrowana przez Niemców. Ci, którzy nie zginą z ręki wroga – umierają na tyfus, grypę i czerwonkę. Albo po prostu z głodu.

Stefan Kisielewski: Powstanie warszawskie przyniosło szkodę podstawowemu aksjomatowi patriotyzmu, jakim jest – istnienie narodu ponad wszystko. Było aktem krótkowzroczności, nieopanowania i nieprzemyślenia.

Czesław Miłosz: Powstanie było przedsięwzięciem karygodnie lekkomyślnym.

Paweł Jasienica: Jakżeby inaczej wyglądało dziś życie w Polsce, gdyby nie warszawskie cmentarzysko. Nie ma takiej dziedziny życia narodowego, która by tego ciężaru nie czuła. Powstanie warszawskie było wymierzone militarnie przeciwko Niemcom, politycznie przeciwko Sowietom, demonstracyjnie przeciw Anglosasom, a faktycznie przeciw Polsce.

Jerzy Giedroyc: Katastrofa pogłębiająca beznadziejną sytuację Polski.

Jędrzej Giertych: Warszawa została po wojnie odbudowana. Jest wielką zasługą tych, co Polską od 1945 r. rządzili, że się na to wielkie dzieło zdobyli.

Bogusław Wolniewicz: Powstanie Warszawskie to była straszliwa katastrofa, którą przywódcy polscy – ci na emigracji i ci w kraju – ściągnęli na własny naród.

Władysław Anders: Uważam [je] za największe nieszczęście w naszej obecnej sytuacji. Nie miało ono najmniejszych szans powodzenia, a naraziło nie tylko naszą stolicę, ale i tę część Kraju, będącą pod okupacją niemiecką, na nowe straszliwe represje. (…) Powstanie w ogóle nie tylko nie miało żadnego sensu, ale było nawet zbrodnią”.

Wydanie: 31/2018

Kategorie: Historia

Komentarze

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy