Niech żyje łupież!

Niech żyje łupież!

Niedawny donos na prezydenta, że dopuścił się rzekomo ciężkiej obrazy uwielbianego papieża, “zachęcając” swego ministra, by ucałował kaliską ziemię, był nie tylko nikczemny ze względu na czysto polityczne pobudki, które donosicielom przyświecały. Donos ten pokazał również, jak głębokie jest zepsucie obyczajów w życiu publicznym naszego kraju i polityczne zacietrzewienie kleru.
Ubolewania godne były gwałtowne protesty duchownych, którzy wmieszali się w brudną politykę pod pretekstem, że Aleksander Kwaśniewski “ośmieszył Ojca Świętego”. Posuwali się nawet do kłamstwa, że prezydent “parodiował Ojca Świętego”. Paulini z Jasnej Góry zarzucili mu nawet, że “sprofanował znak Krzyża Świętego”.
Na czym miała polegać owa parodia i profanacja krzyża w wykonaniu samego A. Kwaśniewskiego? Na patrzeniu, jak M. Siwiec się wygłupia? Jest zwykłą przewrotnością i bezsensem z prawnego i logicznego punktu widzenia, wmawianie prezydentowi tego, co zrobił jego minister choćby w obecności szefa.
Wszelako również w błazeńskim zachowaniu M. Siwca nie można m.zd. dopatrzyć się zbrodni obrazy papieskiego majestatu. Jego czyn w najmniejszym stopniu nie ośmieszył Jana Pawła II. W tej scenie śmieszny był sam tylko minister-wesołek, odgrywający fikcyjną rolę, która była dlatego zabawna, ponieważ rażąco odbiegała od rzeczywistości.
Według teorii śmieszności, dawno temu już wyłożonej przez A. Schopenhauera, śmiech wywołują w nas zachowania absurdalne, imitujące czynności rzeczywiste (Świat jako wola i przedstawienie, t. II, przekład J. Garewicza, Warszawa 1995, s. 124 i n.). Np. śmieszna jest małpa paradująca we fraku niczym dystyngowany dżentelmen. Widok ten nie uwłacza, oczywiście, żadnemu dżentelmenowi.
Nawet parodia, czyli naśladowanie kogoś poważnego w sposób żartobliwy nie stanowi obrazy osoby parodiowanej, jeśli nie jest złośliwa. Dowiódł tego sam papież-Polak, żartując z siebie (a tym samym z najwyższego urzędu Kościoła katolickiego) słowami: “Niech żyje łupież!”. Jakże mali w porównaniu z papieżem, który potrafił zdobyć się na takie poczucie humoru, świadczące o widzeniu spraw Kościoła we właściwych proporcjach, są biskupi rozdzierający szaty z powodu nieznacznego epizodu sprzed trzech lat, który nie miał żadnego wpływu na stosunki prezydenta z Kościołem i w ogóle na sprawy polskie. Rekord nieumiarkowania (mówiąc delikatnie) pobił pewien arcypasterz, który nie bacząc na zasadę niezależności państwa od Kościoła, potwierdzoną Konkordatem, zażądał wręcz ustąpienia demokratycznie wybranego prezydenta!
Jedną ze swobód obywatelskich w prawdziwej demokracji jest prawo do parodii, o którym pisał dawno wybitny filolog klasyczny, T. Zieliński, zwracając jednak uwagę na granice tego prawa wyznaczane przez pietyzm. “Nie zniosę – pisał – najdowcipniejszej nawet karykatury portretu mojej matki albo parodii Ojcze nasz” (Po co Homer?, Kraków 1970, s. 371).
Niewybaczalnym wybrykiem byłoby więc szydzenie ze sposobu całowania ziemi przez papieża, doszukiwanie się w nim jakichś śmiesznych potknięć, niezdarności, kpienie ze szlachetnego patosu, jaki takiej wzniosłej chwili towarzyszy i przedstawianie papieża jako komedianta.
Na pewno nie wszystkie przejawy życia nadają się do parodiowania, np. w sztukach S. Mrożka. Nikt nie pozwoliłby sobie na szyderstwo wobec E. Rydza-Śmigłego, który tak samo jak Jan Paweł II ucałował polską ziemię, gdy w 1941 r. wrócił potajemnie z Rumunii do okupowanego kraju (świadkiem tego wzruszającego momentu był kurier przeprowadzający marszałka przez granicę).
Błahy w istocie incydent na kaliskim lotnisku obudził w katolickim narodzie groźne demony. Rozpętał irracjonalne emocje, jakie towarzyszą zwykle wydarzeniom podawanym ludowi jako zamachy na święte wartości. Pogłębił kult ciężko jakoby obrażonego papieża.
Ku czemu Polska idzie? Takie pytanie postawił kiedyś T. Boy-Żeleński, porównując II Rzeczpospolitą z czarną połą sutanny, którą wszystkie partie wydzierają sobie nawzajem, jak niegdyś królewięta czerwone sukno w Sienkiewiczowskim “Potopie” (“Wiadomości Literackie” nr 6 z 1932 r.).
Analogia z ówczesną Rzeczpospolitą nasuwa się także w związku z ogromnym w tamtym okresie kultem osoby Józefa Piłsudskiego. W 1938 r. uchwalona została ustawa o ochronie imienia Józefa Piłsudskiego, w której za uwłaczanie imieniu Marszałka przewidziana została kara więzienia do lat pięciu! Słynny był w owym czasie proces docenta S. Cywińskiego, skazanego na karę trzech lat więzienia (obniżoną później do 1,5 roku) za “obrazę Narodu Polskiego” przez to, że w tekście zamieszczonym w “Dzienniku Wileńskim” z 30.01.1938 r. użył zwrotu “pewien kabotyn”, wskazującego na osobę Józefa Piłsudskiego.
Dziś nastały trudne czasy dla trefnisiów. Nie żyjemy w państwie świeckim, w którym prawdziwe lub urojone świętości można bezkarnie “szargać”. Daleko nam jeszcze do prawdziwej demokracji, gdzie humor łagodzi obyczaje. Mówił o tym niestrudzenie M. Wańkowicz, pisała prof. M. Ossowska. Ateńczycy byli weseli i dowcipni. Spartanie ponurzy. W totalitaryzmie i w społeczeństwach ideologicznie zniewolonych nie ma miejsca na żarty. Dawno minęły czasy oświeconych monarchów, którzy zatrudniali na swych dworach błaznów mogących parodiować swych panów.
Nie igrać z folklorem polskim! Niech to pamięta każdy polityk, który pragnie obecnie utrzymać się na scenie politycznej. Niejeden z nich mógłby uniknąć kłopotów, gdyby stosował się do praktycznej przestrogi, jakiej udziela Radost w “Ślubach panieńskich” Gustawowi: “Nim się odezwiesz, pomyśl pierwej nieco, bo często słowa jakby z worka lecą”. Nie ma cenzury oficjalnej, cenzurujmy się więc sami. Ad maiorem dei gloriam.

Wydanie: 41/2000

Kategorie: Publicystyka

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy